Rozmowy z samym sobą 2.

Popołudnie jak na koniec Lipca, było bardziej Jesienne niż Letnie – Mokre, zimne a zamiast błękitnego nieba, brudne szare chmury.                                                                                                                                                       Usiadłem w rogu balkonu. Zachodzi na niego dach mojego domu, wiec krople deszczu, które spadały z brudnego nieba, omijały ten kąt. Usiadłem z kubkiem , co dopiero zaparzonej kawy w dłoniach.  …Pieściło je przyjemne ciepło. Ale by zrobić łyk kawy, delikatnie schłodziłem, dmuchając w ciemnobrązową taflę  kubka. Wtedy zobaczyłem moje odbicie w tym nietypowym zwierciadle.;

– I czego się gapisz!?. …I tak niewiele zobaczysz.

Faktycznie.  Moja facjata  była ledwo widoczna a na dodatek  przysłaniała ją pianka, którą wprawiłem w ruch, dmuchając. …Zrobiłem łyk, ale okazało się, że jeszcze jest za gorąca dla moich warg.  Więc niech jeszcze chwile, kubek pogrzeje dłonie.                                                                                                                      

Spojrzałem na ogród – Był  ciężki i mokry od deszczu. Niektóre krzewy, uginały się pod ciężarem kropli osiadających na ich liściach. Nawet żywopłot. którym się kończył ogród od ulicy, jakby przechylił się na bok. Zauważyłem  za nim znajomą postać człowieka. Często  pojawiał się o tej samej porze, każdego dnia ,bez względu na pogodę. …Poza Sobotą i Niedzielą. Wyglądało na to, że to jego powrotna droga do domu. …Na pewno nie jest to żaden z moich sąsiadów, którego bym znał. …Szedł trzymając w jednej ręce parasol a w drugiej  małą buteleczkę z alkoholem. …Nie wiem czy zawsze tak dogadzał sobie w marszu, ale na pewno,  gdy tylko było mi dane go zauważyć, zawsze coś trzymał w dłoni, przechylając do ust… Czasem puszkę z piwem. Innym razem butelka piwa a czasem tak jak teraz „Małpka”. Nigdy się nie zastanawiałem dlaczego!?. …Jego życie, jego wola. Ale dzisiaj, gdy przechylił butelkę do ust, wypijając z niej ostatek alkoholu, nie rozglądając się na boki, obojętnym ruchem ręki rzucił butelkę za żywopłot wprost do mojego  ogrodu. Mógł mnie nie zauważyć. …Ludzie zazwyczaj idąc patrzą pod nogi. Zwłaszcza on, zawsze z pochyloną głową wpatrywał się przed siebie.  Zirytowało mnie jego postępowanie, wiec głośno zawołałem

– Co Ty robisz człowieku!? .

Ów „człowiek” nawet się nie obrócił w moją stronę. Nie zwracając uwagi  skąd dochodzi mój głos, wzruszył tylko ramionami i krótko, lecz wulgarnie odparł;

– A  odpier*** się ode mnie!  – I jak gdyby nigdy nic, szedł dalej.

Całe zdarzenie, jak się okazało, śledziła także moja  sąsiadka  z naprzeciwka. Gdy się odezwała, zobaczyłem ją w otwartym oknie , na piętrze jej domu;

– …Lepiej tak!. …Jakby miał rozbić butelkę na drodze. – głośno stwierdziła, znikając wewnątrz mieszkania , zamykając za sobą okno.                                                                                                                         

To stwierdzenie, jeszcze bardziej wzburzyło moją krew. …I nie tylko, bo kawa w kubku rozlała się , plamiąc moje spodnie. …Przy okazji okazało się, że ostygła.;

– Co z ludźmi nie tak!?.  – zacząłem się zastanawiać – …On przecież z pewnością, jeszcze nie raz przejdzie obok mojego ogrodu. …Będzie udawał, że mnie nie widzi, gdy mu zwrócę uwagę na jego zachowanie!? …Bo na pewno to zrobię, gdy go spotkam. A sąsiadka!?.

Ona pojawia się w domu po swoich rodzicach, tylko w czasie Lata. Resztę roku, spędza gdzieś zagranicą, gdzie mieszka na stałe.  Choć znam ją  od dzieciństwa,  to jednak nie utrzymujemy z sobą jakichkolwiek zażyłości i kontaktów , poza „Dzień Dobry”.  …To jej 'lepiej tak”, uświadomiło mi, że  dobrze zrobiłem, nie wdając się z nią w jakiekolwiek relacje. …Robiąc łyk kawy, zerknąłem  jednym okiem w odbicie;

 – Wiesz. … Coraz częściej mam takie uczucie , że wszystko wokół Mnie,  to bezkresny ocean absurdu i bezsensu. A ja tkwię  po szyję w jego głębi.

– To chyba dobrze, że nadal utrzymujesz się na powierzchni?

– Nie wiem czy to dobrze!?. …To taki bezwarunkowy odruch, ale kosztuje sporo wysiłku i  nerwów.

Zrobiłem kilka następnych łyczków. …Przełykając niesmak odczuć.

  – …I po co mam się utrzymywać na fali, skoro gdziekolwiek się nie obrócę, tam wszędzie horyzont realiów, łączy się z niebem głupoty. …Niema na nim, żadnej linii, żadnego lądu…

– Mówisz, że to bezwarunkowy odruch, wciąż utrzymywać się na powierzchni i płynąć? …Jak oddychanie!?.  …To dlaczego wciąż trafiają się samobójcy?. …Przecież  możesz się poddać. Możesz przyjąć świat takim,  jakim jest i tym samym stać się jego częścią.

– Częścią  irracjonalnych zachowań i postępowania?

– Tylko mi nie mów, że nigdy się nawet nie zachłysnąłeś tą breją w której pływasz!?. …Mnie nie oszukasz…

– A tak, tak!. …Przecież to nieuniknione. Przesiąkam tym, w czym jestem zanurzony.

Tu pełen skruchy, przez moment oglądałem w pamięci, wszystkie niechlubne postępki przeciw zdrowemu rozsądkowi,  dobremu wychowaniu i słowom. …Z tymi słowami bywa ciężko. Coraz częściej z moich ust wyrwie się jakieś wulgarne. …Kultura Słowa nam zubożała. Odzywamy się mniej. … Mniej elegancko a coraz bardziej wrednie…

Gdy  opuszczałem balkon, trzymając kubek z fusami po kawie w dłoni, przeszło mi tylko przez myśl;

– Jak długo jeszcze nim sięgnę dna!?…