Bezsennie.

Kolejny kawałek mojego opowiadania… Odrobinę wpisuje się w jutrzejszy dzień „Wszystkich Świętych”… Unikamy słowa „święto”, w zamian nazywając „uroczystością”… Bo choć jest dniem „radosnym” ( dla świętych), Tym „nie świętym”, przypomina o Tych, co odeszli… A to już tak radosne nie bywa… Choć odrobina uśmiechu na wspomnienie…myśl o zmarłych, czasem bardzo dobrze robi na Duszę…

***

Tego wieczoru Bums nie mógł długo zasnąć…Za zasłoną okna, deszcz bębnił o szyby , nieregularnie  … Lecz monotonnie. W jego głowie, w  taki sam sposób odzywały się myśli. Przewracał się z boku na bok, Jednak niezależnie na który bok się ułożył, myśli nie ustępowały…  Wyczuł, że gdy obrócony w prawą  stronę-  myśli jakby bardziej „rozsądne”… Te z „lewej” pozycji – dzikie, niepoukładane… napastliwe. Ale leżenie na prawym boku, wiązało się z tym, że obracał się w stronę okna sypialni a wtedy „Kocia” muzyka na szybie, stawała się głośniejsza… Wybrał te „dzikie myśli”; ” A może je okiełznam?… Dlaczego Ona nie zadzwoniła?. Coś się wydarzyło złego…Czy przeciwnie, tak jej „dobrze” , że zapomniała o Bożym Świecie!?… Ale , żeby nie zadzwonić do własnego Ojca?…A może to telefon!?” – Tu Bums , rozświetlił sypialnię, wciskając pstryk  lampki nocnej, stojącej na „nakastliku”… Obok niej zawsze leżały okulary, stał tam również kubek z zimną herbatą i jego lekarstwa, które przepisał Mu doktor Marchlewski… Zakładając okulary na nos wstał ,wsuwając kapcie, schowane pod łóżkiem, poszedł do salonu. Obok kominka na drewnianej komodzie było miejsce telefonu… Chwycił za słuchawkę i przyłożył do ucha. W tym samym momencie w uchu zabrzmiało „buczenie” telefonu; ” Nie… Sygnał jest!. A może ten” sygnał” jest kiepski?…” Nie zastanawiając się długo, wykręcił numer telefonu Państwa Kolochów… „Przecież nie będę dzwonił w środku nocy do obcych ludzi i ich budził!?… Oni to co innego….Prawie jak rodzina!”- Pomyślał z słuchawką przy uchu. Po krótkiej chwili, rozległ się w niej trzask i odezwał się zaspany głos pani Kloch; – Tak?…Halo..Halo..Kto tam dzwoni po nocy!? – Antoniemu zrobiło się nieswojo; ” Byłem przekonany, że Barnaba odbierze a nie Marysia” – Odłożył słuchawkę w panice, nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku; ” No ale wiem, że telefon na pewno działa” – Utwierdził się w swoim przekonaniu. Wychodząc z salonu, poczuł nieodpartą chęć zjedzenia czegokolwiek; ” …U Klocha, nim wróciła Marysia z salonu fryzjerskiego – wypiliśmy kilka herbat… To mnie „rozdęło” i nie czułem głodu” – Znalazł wytłumaczenie da swojego łakomstwa. Zapalając światła w kuchni, zauważył, że kuchenne okno, to wychodzące na ulicę, nie jest zasłonięte zasłonami; ” No Tak… Ja Tu jem tylko śniadanie rano a potem nawet nie wchodzę”- Dwoma zamaszystymi ruchami zasłonił okno. Jego świętej pamięci żona Jadwiga, chciała mieć kuchnię od ulicy; – „Pomieszczenie w którym się najczęściej przebywa, więc najlepiej mieć wgląd na kawałek Świata …Kto przychodzi, przechodzi ulicą Spokojną”…  – I Czy nie uciekasz znów do Klocha!…”- W głowie Antoniego głos Jadwigi, rozbrzmiewał na każde wspomnienie o niej… Otworzył lodówkę: „…Hmm, mleko w  kartoniku, kawałek sera, kawalątek  wędliny ze sklepiku Pani Czarneckiej… Na trzeci dzień, chyba jeszcze można zjeść?…” – Bums w ostateczności, wyciągnął z samego dołu cebulę, schowaną pomiędzy kilkoma jabłkami, marchewką i jakąś połówką sałaty… Którą też po chwili wyciągnął i staranne badając jej przydatność do spożycia – Wzrokowo… Uznał że się nada. Z szafki  wiszącej tuż obok lodówki , wyciągnął chleb, zawinięty w lnianą „ściereczkę”… Odwinął i ukroił trzy durze pajdy; ” „Sklepowy” chleb, ale trzeba przyznać, że dobry…Na prawdziwym zakwasie”- Przeszło mu przez myśl, gdy nakładał na kromki masło… Gdy się zabierał do obłupienia cebuli i pokrojenia jej w plasterki, nagle z salonu dobiegł go wrzask telefonu; ” Odbierz mnie, odbierz, odbierz!”… Kładąc nóż obok na deseczce, otrzepał dłonie, klaskając… Nawyk „Starego Piekarza” , potem obtarł o spodnie piżamy .; ” Ki Czort!?” – Zastanawiał się idąc do salonu. Gdy podniósł słuchawkę, usłyszał w niej głos Barnaby; – A dlaczego Ty Antoni nie spisz….I nie dajesz nam spać!? – Irytował się Kloch; – …Kto dzwoni o 2 w nocy!?

– …No właśnie Klocek!- Przerwał mu Bums – …Dlaczego Ty dzwonisz do mnie o 2 w nocy? – Tu na dotąd zafrasowanej twarzy Bumsa, niczym  poranne słońce, rozbłysnął uśmiech.

– Weź mnie nie denerwuj! – Ususzał w odpowiedzi, piskliwy głos Klocka; – Już Ja dobrze wiem, że to Ty nas obudziłeś chwilę temu!… No przecież widzę, że u Ciebie  świeci się światło w kuchni! – Prawe krzyczał Barnaba do telefonu, gdy dało usłyszeć się  w słuchawce, przytłumiony głos jego małżonki; – Nie wykrzykuj na Antoniego, Barnabi… Pewnie go coś trapi?..Odłóż te słuchawkę i choć do spania…

– Idę, idę – Odpowiedział żonie Klocek a do Bumsa, już spokojnie odparł; – Idź i Ty spać…  Jutro się z Tobą policzę..

 Trzask i buczenie telefonu, zadowoliło Bumsa: ” … I o co się piekli!?…Noc przecież długa”. Wrócił do kuchni i oddając się kulinarnej twórczości, dokończył „robienie” kanapek, skupiając uwagę tylko na czynnościach związanych z tymże zajęciem… Zegar, który wisiał w holu, wybił  trzecią godzinę, gdy Antoni z talerzykiem kanapek , wpakował sie do swojego łóżka w sypialni i podkładając na plecy poduchę, oparł się i jął pałaszować owe kanapki z sałatką, cebulką, kawałkami wędliny i obficie nawalonym majonezem na samej górze…” Gdyby widziała to Jadwisia!?… By mi sie dostałooo!… No tak!… teraz mi wszystko ujdzie, ale nic przez to nie czuje się lepiej… Z Tobą, to człowiek jakoś mniej się przejmował… Ogarniałaś nas Wszystkich – Mnie, dzieci… Dom. A teraz widzisz?. Posypało się wszystko, dzieci o mnie zapominają. Wnuki… Czasem myślę sobie, że to niesprawiedliwe, że ja Tu zostałem… Nawet proboszczowi powiedziałem, że mam żal do Boga… Niesprawiedliwe to jest!” – Oczy Antoniego zaszły mgłą, która zaczęła skraplać się łzami, przełknął ostatnia kanapkę, popijając zimną herbatą, stojącą w kubku na nakastliku … Wstał i nie święcąc światła, ani w holu, ani w kuchni podreptał boso do stołu i odłożył talerzyk… Światło z sypialni rozlewało się bowiem po wszystkich zakamarkach pustego domu. Gdy je wyłączył i przykrył sie puchową kołdrą, obracając sie w stronę „gadającego” deszczem okna – Żeby zagłuszyć myśli i wspomnienia w głowie – Zasnął…

***

Zapomnienie

Zarośnięta ścieżka gąszczem zdarzeń
Zbyt wąska była i kręta
Dawno nikt stóp swoich na niej nie postawił
A po drugiej stronie może wciąż ktoś czeka?.
Zarośnięta ścieżka gąszczem czasu,
trudno znaleźć ją na mapie nostalgii.
A po drugiej stronie ktoś tęskni,
gotów wyjść Tobie na spotkanie.

(K.Miłosz)

Zaduszki.

Dziś Premier ogłosił, że z powodu „pandemii”  Cmentarze i Nekropolie, będą zamknięte, by uniknąć większej liczby zakażeń… Często bywam na Cmentarzu. Odwiedzam groby bliskich Mi osób. Rozmawiam z Nimi. Wspominam… Zastanawiając się nad tym, „Kim” przez nich jestem?.Jakim człowiekiem… Jaki wpływ mieli na moje życie, że jest takie jakie „jest”… I jakie mogłoby być, gdyby nadal Oni żyli?… Ile straciłem, przez to,, że odeszli? – Czy może coś zyskałem?…

Gdyby cmentarne aleje emitowały „blask” wspomnień i myśli o pochowanych tam zmarłych, pewnie stale tonęły by w świetle… Jaśniejszym niż blask zniczy. Zabrzmi to dziwnie, ale „oswoiłem” się ze śmiercią, dotykała mnie pośrednio… Przez własne cierpienie ( Mniejsza jaki to rodzaj cierpienia), przez  cierpienie tych , Których dane mi było poznać i zatrzymać ich w swoim sercu, lecz nie w realnym świecie… Nie umiem płakać na pogrzebach. Ot śmierć jest dla mnie czymś naturalnym… Następną częścią „istnienia człowieka”, niewidoczną zmysłem wzroku, ale namacalną wszystkimi innymi zmysłami…

To, że w tych dniach nie można będzie wejść na Cmentarze, przyjąłem obojętnie… Nawiedzam zmarłych – Myślą o Nich!… Tłumy burzą ład myśli. Wybiorę się wtedy, gdy „spokój”  ogarnie alejki.

(K.Miłosz)

Kolejna odsłona.

…Wiem, wiem, że już dziś „coś” wrzuciłem. Ale pomyślałem, że może jutro w ogóle tu nie zawitam… I tak przed senem….Tak „na dobranoc” , następny fragment „Bumsa” ( …Który można potraktować jak bajkę na dobranoc!).

***

Tego roku Jesień była zimna, deszczowa i brzydka… W Październiku  za domem Klochów, wszystkie owocowe drzewa pozrzucały już liście , widok „nagich” drzew z okna pokoju, był przygnębiający;

– Ty graj Bums – Odezwał się w pewnym momencie Klocek; – Podstawiasz mi „damkę” pod konia!? -… A bo jakoś dziś kiepsko się czuję – Wymamrotał Bums, odwracając głowę na szachownice i podpierając ja na rekach, zapierając się łokciami na stoliku westchnął ;-  Uhh… Co my tu mamy?…  – Przez chwilę tkwił w tej pozycji nad szachownicą, a potem biorąc lewą ręka  czarnego „piona ” postawił w to miejsce, łapiąc w swoją prawą ,wielką dłoń, swojego białego gońca; – O i już Klocek…Teraz Ty myśl – Rzucił do Barnaby  zadowolony z swojego posunięcia – Już to przewidziałem! – Prawie wykrzyknął Kloch, podnosząc wskazującego palca prawej dłoni do góry, po czym zabierając  figurę  Bumsa, postawił w to miejsce swoją „Królową” ; – No to teraz już nie pograsz… – Odezwał sie do  Antoniego z satysfakcją  w głosie… Bums chwile kolebiąc sie na stołku w przód i  tył, wpatrywał się w figury, po czym jednym ruchem reki przejechał po szachownicy,  zgarniając wszystkie figury na blat stolika – No co Ty wyprawiasz!? – Oburzył się Kloch; – Mogłeś jeszcze chwile powalczyć! – Dodał z przekora w głosie, uśmiechając przy tym szelmowsko…  Na twarzy Bumsa, nie pojawił się jednak ani promyk radości… Zaciskając usta z kamienną miną łapał w garść piony i wkładał do drewnianej skrzyneczki szachownicy… A , że jego dłonie były wielkie, wystarczyły trzy  machnięcia ręką… Kloch zauważył to… Znali się przecież od dawna ; – Jednak coś Ci jest – Powiedział, wstając od stolika i patrząc na swojego przyjaciela , Ten kiwając głowa w stronę okna, odparł; – Jestem w środku jak ten sad za oknem….  – .Czekaj, czekaj – Wtrącił Barnaba; – Znaczy się, że co…Poprzycinać cię trzeba!? – I Tu  parsknął śmiechem a rozgoryczony Bums tylko machną ręką;

– Wierz dobrze o co mi chodzi…

 – Oj wiem, wiem…  Tylko nie znoszę, gdy jesteś „Taki”…

 – Jaki!?

– No taki „negatywnie” nastawiony do życia!

– Ee tam!?. – Prychnął Bums i wstając ze stołka, podszedł do okna; – Popatrz na te drzewa, w ogóle, nie ma w nich życia… Sterczą   te „szkielety” z ziemi… Martwe, obrane z całej „godności”…

 – Oo!?…Widzę, że z Toba jest jednak gorzej niż myślałem – Postawił diagnozę o przyjacielu Klocek; – Co?… Czyżby Córka powiedziała Ci, że się z wnukami do ciebie na Niedzielę nie wybierze?

– Noo… Wczoraj wieczorem dzwoniła…  Jadą gdzieś z Tym… Tym „Nowym Tatusiem” moich wnucząt…

– Oj Antoni… – Westchnął Barnaba; -… Przyjadą inną porą w końcu daj swojej  córce nacieszyć się życiem.

– No przecież się „cieszą”… Razem w czwórkę – Wymamrotał Bums, siadając z powrotem na krzesło.

– …No i , że Oni się „cieszą” , to Ty – Mi tu , będziesz fochy stroił?… Powinieneś być zadowolony, że wnuki będą miały ojca… Na pewno „Dziadzia Antosia” nie przestaną kochać…- Odparł Kloch, zasuwając swoje krzesło, pod stolik ; – Pójdę postawić wodę na herbatę – Dodał i zniknął w drzwiach prowadzących do kuchni… Jego ukochana  małżonka, jak zwykle w każdą pierwszą Środę miesiąca, wybrała się do  salonu fryzjerskiego… I choć nie miała bujnej we włosy  czupryny na głowie, czas  jaki spędzała w salonie fryzjerskim przeciągał się prawie zawsze w nieskończoność… Dlatego Kloch sam musiał pełnić  honory gospodarza domu. ; – … A z drzewami. – Zaczął Barnaba , stając po krótkiej chwili znów w drzwiach – , To jest tak, że na Wiosnę znów puszczą pędy, liście… Znów będą miały owoce i znów, będziesz mi wyżerał czereśnie, prosto z gałęzi – Oznajmił. ; –

…Taa- Skwitował Bums; – Nic nie jest wieczne, ta Czereśnia ma z 30 lat!?… Ile będzie jeszcze rodzić?;

– Jeszcze , jeszcze!… Dbam o nią, co roku przycinam, podlewam w suche Lata… Ba, nawet czasem do niej gadam!

– ..No tak!…Że też Ona nie uschła od tego Twojego gadania , to sie dziwię!? – Odparł Bums, patrząc na Klocha „spode łba” -…  Ludzie to nie drzewa . Nie stoją w jednym miejscu. Maja swoje rzycie i jego ścieżkami chodzą…

– Nooo  właśnie… – Barnaba znów uniósł do góry wskazujący palec; – Mówiłem Ci „Daj się nacieszyć jej własnym życiem”! – Antoni zmarszczył brwi; – Ty jeszcze raz uniesiesz ten palec do góry, to ci zasadzę takiego kopniaka, że polecisz w kierunku wskazanym przez ten paluch!

– Ha!…Tu cię boli!?… Nie podoba Ci się, gdy „akcentuję” swoją rację?…Jedyną i najrozsądniejszą!

– Twoje „racje” , to Ty zostaw sobie Klocek – Burknął Antoni ; – Na te herbatę długo będziemy czkać?

– No..No widzisz!? – Obruszył się Kloch; – Tak właśnie jest z tobą, że jak wiesz, że mam rację… Zmieniasz temat, byle mi jej nie przyznać… – I obracając się, kolejny raz zniknął za drzwiami. W tym samym momencie do przeciwległych drzwi, które prowadziły na ogrodową werandę, zaczął dobijać się pies Państwa Kolochów… Łapiąc w zęby klamkę, łapą zapierał się o futrynę. Drzwi jednak nie ustępowały, otwierając się, by poczciwe psisko mogło wpełznąć do środka, bo jego Pan, gdy go wypychał na ogród, zamknął za nim drzwi na klucz.

– Ty Barnaba! – Zawołał Bums;..- Ty weź więcej ciasteczek… Bąbel wraca!

– Nie mam! – Przytłumiony głos dobiegł z kuchni; – Dziś sama herbata…Może Marysia jak będzie  wracać, kupi coś po drodze!?…

– Bums  nie słyszał… Chwilę mocował się z kluczem w drzwiach i z psem… Który uwieszony zębami za klamkę, zamiast ciągnąć drzwi w swoja stronę,  pchał w stronę Antoniego

– Odejdź!…Sio, sio! – Usiłował odpędzić psa; – Nikt mi nie powie, że pies nie jest podobny do swojego właściciela z charakteru! – Wykrzyknął odwracając głowę, bo był święcie przekonany, że Barnaba jeszcze tkwi w kuchni, lecz on stał tuż za nim;

– Ale śmieszne, ale śmieszne – Powtórzył dwa razy, kręcąc głową z dezaprobatą.

– … No może nie takie śmieszne….Ale za to jakie prawdziwe! – Odparł Bums, unosząc wskazujący palec do góry…

Zamglone.

Pokonany

Dzień przetoczył się przeze mnie
kamiennym głazem…
Nie dobrnąłem na szczyt.
Syzyf się uśmiechnął…
Coraz mniej we mnie sił,
coraz mniej we mnie wiary,
że wszystko w życiu ma sens.

Znów pokonany…

Wciąż od nowa i wciąż, 
z ręką na sercu powtarzam słowa:
– Ludzie są dobrzy…, 
lecz słowa te bez echa giną
w tumulcie wrzeszczących gęb:
– My chcemy igrzysk i chleba!
Swoje mądrości zabierz stąd…

I cóż mi robić?

Myśli już inną rzeką płyną.
Spokojnej tafli wody brak.
Już pełna wirów, rwących gardzieli,
już się jej nie da przepłynąć wpław.

***

(K.Miłosz)

Ad hoc.

***

Wszystkie chwile..
rzeczywiste i nierzeczywiste,
dobre i złe, 
pogodne i smutne.

Żyję każdym snem nocy, 
nierzeczywistych obrazów fabułą.
Żyję dotykiem każdego dnia.
Chwilą, co jak mrugnięcie powiek.
Żyję pamięcią ludzi, 
każdą ich myślą o mnie.
Żyję szukając wartości życia
w każdej drobince swoich uczuć…

 

… A Oni znów każą:
– Walcz!
A mi się już nie chce, 
do złej gry dobrą stroić minę
i jak paw napuszony stać,
choć zeszło już ze mnie powietrze..

I znów każą:
– Idź!
A ja nie wiem dokąd, 
cztery strony świata, wszystkie takie same
I znów każą:
-Żyj!
Lecz nie mówią po co..

Dobroć w sercu, 
w Bogu wiara i nadzieja, 
miłość w duszy – sens istnienia?

… I niczego więcej?

***

Zauważyliście, ciągle coś „musimy”… Nie tylko dla tego, że taki nacisk jest wynikiem normalnej egzystencji ( Jeżeli przestali byśmy „musieć” , zapomnieli byśmy, co znaczy „chcieć”)… Praca, dom… wszelaka nasza egzystencja,  bierze się z pośredniego lub bezpośredniego przymusu… Fajnie jest jak wynika on z Nas ( My sami narzucamy sobie pewne działania)… Ale już mniej „fajnie” jest,  jak Owe „przymusy” są wpływam „obcej potrzeby” (np.  pracodawca z naszej pracy czerpie zysk, albo żona w końcu doczeka się nie- cieknącego kranu w łazience…). Do przymusu, dochodzi wtedy presja… Presja wywierana na nas, powoduje często , że zaczynamy wykonywać coś w  stresie… A stres, powoduje w nas nieprzyjemne odczucie, że jesteśmy do czegoś zmuszani a nie zobligowani … Nie cierpię, gdy  Mi się narzuca jakieś działanie, które choć słuszne i w dobrej wierze – To jednak przymuszone!

( Ta krótka i patetyczna pogadanka, była wynikiem obserwacji realnej sytuacji na linii – Trybunał Konstytucyjny – Rząd – Kobiety… Tu Owo „Musimy” zaistniało bardzo boleśnie… A mogło się wszystko zacząć od słowa „Chcemy”… Pewnie też byłoby „głośne” i wzbudziło polemikę… Ale nie byłoby aż tak „zjadliwe” )

(K.Miłosz)

Bums.

Dziś kolejny fragment mojej nigdy nie napisanej książki ( Co jakiś czas wrzucę Tu „kawalątki”)

***

”Kloch chciał uczynić to samo, lecz że był nieco niższy, jego sięganie po owoce wyglądało bardziej jak taniec godowy Pelikana, niż sięganie po „Czereśnię”.
– Bozia nie dała wzrostu co!? – Zakpił Bums, wypluwając pestkę.
– Ty nie dowcipkuj, tylko weź i nachyl te gałąź – Odrzekł Klocek.
– Za to, dała pomyślunek – Dodał, po chwili, przełykając miąższ owocu.
… Że też Bóg, nie wszystkim daje po równo – Zawyrokował Alojzy.
– No jak, no? – Zaoponował Kloch
– Bóg wszystkim daje tyle samo a, że Człowiek to słaba istota, to nie potrafi udźwignąć wszystkiego – Ją tłumaczyć Bumsowi.
– Wtedy ludzie biorą tylko to, co im akurat potrzebne i idą dalej, a to, co zostawili – przepada bezpowrotnie – Skwitował.
– No nie imputuj tu Mi, że ludzie rozum zostawiają a biorą głupotę, bo akurat im była potrzebna?.. – Dociekał Bums.
– O nie!- Znów zanegował Klocek.

– Mądrości Bóg nie daje, ani głupoty… Wiesz, „Mądrość” to starannie poukładane w koszyku to, co nam Bóg dał a poukładane, dlatego żebyśmy jak najwięcej mogli udźwignąć z Tego, co mamy i żeby nam się nic nie zapodziało. A „Głupota” to, To, co wiemy, że jest w koszyku a nie wyciągamy, gdy jest potrzebne”

Cdn.

… – Tu przerwał swój wywód i na powrót zaczął ów taniec godowy pod Czereśnią.
– Zre-sztą, co bę-dę tłu-ma-czył sta-re-mu, Chło-pu!? – Usiłował mówić, podskakując na obu nogach.
Jednak Alojzy nie słuchał, zerwał z gałęzi drzewa liść i miętosząc go w dłoni, podszedł do Bąbla i usiadł na małym pniaczku, wyciętym z drzewa starej Jabłoni.
Bąbel obwąchał dłoń i parsknął, jakby chciał powiedzieć „ – Eee… To nie nadaje się do zjedzenia, przez Psa”.Na twarzy Bumsa, pomimo, że usiadł w słonecznych promieniach, które przedzierały się przez konary owocowych drzew, wcale nie było widać blasku. Przeciwnie, zamiast rozpromienionego do tej pory oblicza, pojawiła się szarość … Jakby osiadł na niej kurz.
– A Tobie co – Zapytał z troską Barnaba, widząc przygnębienie swojego przyjaciela.
– Bóg daje i odbiera… I na cóż Mu była Moja Jadzia?. – Wyrzucił z siebie półszeptem Bums.
– Tego to i ja nie wiem Lojzek… Zresztą, nie ma nikogo, kto by wiedział, inaczej czy Bóg były Bogiem, gdybyś my znali jego zamysły?… A z drugiej strony!? To po coś Cię tu zostawił? – Słowa Barnaby Klocha, przez chwile wydały się Bumsowi „przesadnie patetyczne”, ale tylko przez chwilę…
– Wiesz Bums, kilka razy w roku od chwili śmierci Jadwigi, nagle, ni stąd ni zowąd , zadajesz takie pytania – Zaczął ponownie Kloch.
– Jadzia odeszła spokojnie śpiąc… Jej śmierć nie była okupiona cierpieniem, lub jakąś inną tragedią.
– Ani Ty, ani ja… Ani nikt Inny, temu by nie zapobiegł – Ot wyrok Boski – Nie lepiej przyjąć go, i żyć „szczęśliwym życiem” z nadzieją, że i tak się spotkacie?… Niż mi tu zazdrościć, że moja Marysia „jeszcze” żywa? – Zakończył Kloch, przykucając obok Alojzego.
– A co też Ty!? – Obruszył się Alojzy.
– Ja Ci wcale nie zazdroszczę… – No trochę może wtedy, jak Ci upichci to „Golonko w Żurawinie”! – Tu na Jego twarzy, znów pojawił się blask i grymas uśmiechu.
Kloch stękając stanął na obie nogi; – Wiesz, miałem znajomego. Podobnie miał jak Ty.. – Po jego głosie można rozpoznać było, że to o czym teraz będzie mówił, to albo zmyślona przez niego historyjka, albo jakiś niewybredny żart.
– Zmarła bidula kilka lat przed małżonkiem. On został sam i używał życia, które mu jeszcze zostało. Aż w końcu Śmierć przyszła i po niego… – Cały czas mówiąc, znów zaczął podrygiwać pod gałęziami Czereśni.
-…, Gdy już Mu otworzył bramę Raju Święty Piotr, chłopina oznajmił Świętobliwemu, że chciałby odnaleźć żonę, która zmarła parę lat wcześniej.
Święty się nieco strapił, bo w Raju, Dusz wiele, więc poprosił o jakieś informacje na temat żony, które pozwoliłyby na jej odnalezienie…
Chłopina, podrapał się po głowie, pomyślał i mówi – No Zofia powiedziała przed śmiercią, że ile razy Ją zdradzę, tyle razy obróci się w grobie…
Na co Święty – Aha wiem!… Znana jest w Raju, nazywają ją tutaj „Zofia wiatrak”!
– Hę, Hę, Hę – Ironicznie roześmiał się Bums, akcentując przy tym każde „Hę” – Znałem To!
– Dwa lata temu też mi to opowiadałeś!.- Wyjaśnił Bums. Dziwnie gapiąc się na Barnabę.
– Popatrz no Alojzy!?. To pewno starość, bo nie kojarzę, żebym Ci to opowiadał?– Odpowiedział Klocek, zawieszony między gałęzią drzewa a trawnikiem, pod drzewem. A widząc zdziwienie na twarzy Bumsa, dodał, przekrzywiając głowę na gałąź, do której był podwieszony; – Myślałem, że „cholera” się zegnie – I puszczając ją, opadł wgniatając trawnik.;
– Barnabi! – Dobiegł Ich głos małżonki Klocha.
– To gdzie będziemy jeść Tę kolację?.- Dopytywała.
– A tu – Odpowiedział Klocek; – Przeniesiemy z Bumsem stolik. -Potem zwrócił się do niego;
– Zajdź po te graty…, Co?. – Robiąc „kocia minę” Klocek powstrzymywał uśmiech.
– Dlaczego mówisz zawsze, że coś razem zrobimy, a potem się okazuje, że to ja tylko robię a Ty, tylko dogadujesz Klocku?.
– Bo jestem „cwańszy”? – Odpowiedział Barnaba, używając pytania.
– No nie wiem!?…, W przypadku stolika, pewno dlatego, że to stolik musiał by nieść ciebie, bo masz rączki za krótkie! – Parsknął Bums i podreptał po stolik. A Kloch za nim.
Natomiast Bąbel nie ruszył z miejsca za swoim panem…, Po co On ma iść na kolację, skoro to kolacja może przyjść do niego?… Szczekną tylko za Klochem „- Się pospiesz!”
Mebel nie był ciężki, gdy tylko Gospodyni z Gospodarzem sprzątnęli zeń, pobrzękującą szachownicę i dwa kubeczki po herbacie. Alojzy złapał w obie ręce stolik i zaniósł w wolne miejsce od zwisających gałęzi pomiędzy drzewami. Potem wrócił po dwa taboreciki z okrągłymi siedzeniami… W końcu tworzyły komplet ze stolikiem. Ostatnią rzeczą, która przytaszczył do ogrodu, był wiklinowy fotel Marysi… I gdy go w końcu usadowił, oparciem obróconym w stronę słońca, obcierając czoło, rękawem koszuli, Westchnął głośno do Bąbla – Uf!, Osz kurcze, zasapałem się!
– Bąbel popatrzył obojętnym wzrokiem ; –„Frajer!”… I układając głowę na przednich łapach zaczął snuć wizje tego, co też przyniosą na kolację.
Kloch z Marysią zniknęli w domu. Bums w oczekiwaniu na nich, usiadł przed stolikiem, wsparł łokcie o blat, a na wielkich dłoniach oparł głowę, przybierając pozycję podobną do Bąbla.
-… A może też powinienem sobie sprawić Psa? – Pomyślał, patrząc na zwierzaka.
– Klocek sobie żarty stroi, bo póki, co, nie wysiaduje wieczorami sam w domu! – Myślał.
– Jego twarz „matowiała”. Im bardziej jego myśli podążały w „mroczne” wnioski i wizje, faktu utracenia kochanej żony i pozostanie samemu, tym większa szarość malowała się na jego obliczu. Wiedział, że śmierć to jest To, co przyjść musi… Nie mógł pogodzić się z faktem, że przyszła nagle, po cichu…;
– Wieczorem Tego dnia, powiedziałem Jadwisi tylko zwyczajne „ Dobranoc”… – Na dobre odpłynął z realnie trwającej chwili; – … Przecież rankiem, po przespanej nocy, znów mieliśmy powiedzieć sobie zwyczajne „- Dzień dobry Kochanie”. … Teraz, gdy rankiem staje sam przed lustrem, w pustym i cichym domu, mamroce sobie czasem pod nosem – wymuszając uśmiech –„ Dzień Dobry Bumsie!” – Lecz dopiero wieczorem, oceniam Ów dzień, czy „dobrym” był, czy tylko „pozorem”?…
– Bums!… Bums! – Dotarło do niego, że ktoś go woła.
Na drewnianych stopniach werandy stał Klocek;
– I czego się drzesz!?. Głuchy jeszcze nie jestem.- Odpowiedział przyjacielowi, gdy odzyskał świadomość chwili;
– Popatrz no!? – Zironizował Barnaba – A wyglądało jakbyś poza rzeczywistością tego miejsca, gdzieś w jaźni, telepatycznie gadał z Bąblem – Ciągnął Klocek.
– A co?. To mnie nie wolno z psem pogadać?. – Odgryzł się Bums.
– Zostaw ten cały majdan i chodź, kolację zjemy jednak w kuchni przy stole – Oznajmił Klocek.
Na te słowa pies poderwał się z miejsca „ Osz kurcze!?… Im człowiek starszy, tym bardziej niezdecydowany… Nie powinno być odwrotnie?… – Szczeknął raz a potem’ – „W końcu, to gdzie ta kolacja!?” – Odszczeknął znów i pognał do domu, nawet nie oglądając się na Bumsa. Ten wlekł się powoli za psem i gdy dochodził do schodków, Kloch odezwał z wyraźną powagą w głosie;
– Alojz usiądź… Proszę.
– Bums jak na komendę usiadł na pierwszym stopniu; -„ Szkoda, że Bąbel tego nie widzi” – Przeszło przez myśl Klockowi, ale skupił sie na stanie ducha Alojzego;
– Mógłbym Ci – Przyjacielu, przez kilka godzin wygłaszać cały „przewód” na temat życia, bycia… śmierci i samotności. Udowadniać, że Twój żal, po stracie Jadwigi, już dawno powinien wywietrzeć Ci z głowy. Że powinieneś korzystać z czasu, który Ci dano.– Zaczął powoli Kloch
-… Ale 75 lat Twojego życia, z którego niemal każdy dzień jest lekcją filozofii i mądrość – Przerwał mu Bums; -Czyni cię we własnym mniemaniu – Najmądrzejszym!?- Na te słowa w Klocha, coś wstąpiło i urażony do żywego,  odparł;
– Nie wiem, co Ci się tam kołata w łepetynie?.. I raczej nie chce wiedzieć, ale niech Ci ta, „Twoja mądrość i filozofia życia”, będzie pożytkiem, nie szkodą… Ja chcę dla Ciebie dobrze!… Nie mogę znieść swojej bezsilności, patrząc jak się „gryziesz”… Bąbla to bym zaraz posypał proszkiem na pchły! – Tu zapadła chwila ciszy..
-, Choć na tę kolację, Bumsie! – Skończył Kloch, znikając w półmroku wnętrza domu.

***

Wiem, że jesteś…

Pomiędzy jednym, a drugim uderzeniem serca
między głębokim wdechem, 
a westchnieniem.
Ciszą wypełniły się myśli i milczeniem, 
by po chwili krzyk rozdarł przestrzeń
wokół Ciebie..
– Jestem!
Ciężkie, stalowe wrota zaskrzypiały, 
ustąpiły pod naporem słów,
otwierając sie na oścież.
Do ciemnego wnętrza wpadły promienie słońca…
Ile słów potrzeba, by otworzyć duszę
i wypełnić ją światłem radości?

(K.Miłosz)

Inny punkt

O wrażliwości nieco inaczej . Bez westchnień , gwiazd na niebie , kwiatuszków … O wrażliwości tysięcy ludzi …

Trzy  lata temu „biegając” po necie trafiłam na komunikat – Szukamy wolontariuszy do Szlachetnej paczki .Chwilę pomyślałam , wypełniłam ankietę i ruszyło ..Spotkanie z liderką* ( Osoba zarządzająca zespołem) , czytanie regulaminu , spotkania z ludźmi działającymi tam od lat (na kawie , ciastku) – Chłonęłam ich opowieści … rady .

 Szlachetną paczkę założył ksiądz , wiec jest organizacja , która skupia wielu ludzi wierzących , szczególnie młodych , ale nikt tam nie pyta  o Twoje poglądy …

Może teraz przybliżę same procedury i organizację tej instytucji; Potrzebujących zgłaszają różne organizacje , a wolontariusze weryfikują , wypełniając mnóstwo papierków , odwiedzając potencjalnych odbiorców tej pomocy …Potem znów  pisanie ( na komputerze ) , wysyłanie do „lidera” , wprowadzanie poprawek ,oczekiwanie na akceptację . Potem musi to zatwierdzić Warszawa …Jeśli rodzina dostanie „zielone światło”… A nie wszystkie je dostają.

  – Więc znów odwiedziny , rozmowy , pytania o potrzeby.(To jest najtrudniejsze) Nie każdy jest w stanie przyznać się do swojej biedy –  Tak!.  Są w kraju bardzo biedni ludzie , szczególnie starsi …ledwo wiążący koniec z końcem , schorowani , opuszczeni przez bliskich . Czasami po powrocie do bezpiecznego  domu, w miarę dobrze sytuowanego – Miałam tzw. „kaca”.( …Z powodów chyba jasnych, nie mogę opisywać przypadków  z jakimi się zetknęłam , ale proszę uwierzyć do dziś je pamiętam) .

… Ideą Szlachetnej paczki jest nie tylko pomoc  w formie żywności , środków higienicznych , przedmiotów pierwszej pomocy , ale też wyciąganie ludzi z biedy , marazmu , czasami bezradności .Jacy są ludzie ? –  Różni …  Rodziny wielodzietne , samotna matki , emeryci .  czasami zdarzają się „roszczeniowycy”  . Czego pragną ? zwykłych rzeczy; ciepłych kapci , nowej kołdry, wymiany okna , porąbania drewna do pieca – I tu wkraczają darczyńcy … Po weryfikacji umieszczamy taką listę na naszej stronie i się zgłaszają , Jedni od lat , inni po raz pierwszy … Zadaniem wolontariusza jest rozmowa  z nimi , przedstawienie rodziny , ich potrzeb – Czasem niewypowiedzianych( Bo im po ludzku wstyd prosić o cokolwiek..)

Potem następuje Finał szlachetnej paczki , zapewne nie raz ktoś oglądał w telewizji uśmiechniętych „celebrytów” z pięknie zapakowanymi prezentami … Nie , nie! Nie pakujemy , nie mamy takiego papieru ..Darczyńcy nam przywożą opakowane ,my ich zapraszamy na kawę i ciasto , kupione za własne pieniądze .Następnie własnym  sumptem ( czyli prywatnymi  samochodami ) rozwozimy i zanosimy .

 … Te chwile są najcenniejsze , gdy władowujemy się do mieszkań z górą paczek .Nie wszyscy wierzyli , że dostaną  cokolwiek , a tu masz; … monitor do komputera , opiekacz do grzanek , nowy płaszcz dla babci , lodówka (używana , ale sprawna).

  Cos jeszcze o ludziach wrażliwych , spotykamy się tez poza „paczką”, rozmawiamy , zbieramy „klamoty”, co rok obchodzimy urodziny jednej z dziewczyn , w tym roku 20 , a jedna z naszych liderek w tamtym roku wyszła za mąż  za chłopaka , którego poznała  w wolontariacie.

 … Ktoś zapyta; – Po co piszesz ?.  Chwalisz się ? – Trochę tak! Ale przede wszystkim, chylę czoła przed każdym , który pomaga , bo wiem ile to wymaga czasu i pracy . 

  W poniedziałek pójdę do kolejnej rodziny ( zrobić wywiad, czego im trzeba) … Mój mąż nadal uważa , że jestem stuknięta .

( Bukowa)

***

…Jako dopełnienie tego, o czym pisała Bukowa… Wiersz, który czasem można sobie wymamrotać pod nosem, w chwili, gdy zaczynamy szukać sensu  swojego działania … Względem Innych ludzi.

Dokąd?

Dokąd idę? Nie wiem sam…
Coś pcha mnie właśnie w
tę stronę – Pod wiatr.
Pod prąd, w górę, na przekór
…W nieznane miejsce, niewiadome.
Idę, choć nie wiem po co?.
Idę, by ugasić bliżej nieokreślone pragnienie.
Spełnić się!…
Idę.
Na przeciw myślą – Ich każdą wizją.
Biorę i obracam je w dłoniach,
szukając tej właściwej.
Idę.
Na przeciw Człowieka – Jego każdym wcieleniem.
Poznając Jego uczucia, emocje- Naturę.
Idę.
Tyle jest słów, tyle jest dróg…
Miliony kilometrów trzeba przejść przez życie.
Milionem słów, opisując wędrówki tej kierunek.

Wybierz z miliona jeden i powiedz z ręką na sercu, że ten jest Tym właściwym…

( K.Miłosz)

(kolejne)Dlaczego?

Znajoma, która czasem „podczytuje” moją stronę, zaczęła w pewnym momencie odpytywać mnie o sens istnienia „mojego przybytku”;  –  … Powiedz Mi…Twój” blog”  jest o „wrażliwości”? … Jakieś teksty, które można dwuznacznie interpretować… Obrazy, na których ludzie są tylko „cieniem” – Paroma kreskami bez grymasów na twarzy… Miłosne niuanse – filozoficzne rozterki  nad plasterkiem „kiełbasy”, którą się kładzie na pajdę chleba, konsumując związek…  Jakieś wiersze o słabościach ducha i ciała – Oderwane od rzeczywistości i realiów?… I może pięknie napisane, ale ni jak nie mają się, do tego co dzieje się wokoło „Tu i teraz”… Epidemia i wszystko wokół niej… Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego i reakcje wśród kobiet po jego wydaniu – To jest szkoła wrażliwości!…Ty wielu „fanów” mieć nie będziesz..- Zawyrokowała. Uśmiechnąłem się tylko, nic jej  nie odpowiadając… Pewnie by nie zrozumiała,  gdybym jej odpowiedział, że  ” Nie tylko ten, Kto dotyka – Czuje”… Że świat i wszystko wokół mnie, odbiera się wszystkimi zmysłami nie tylko jednym…  , Że wrażliwość to nie „słomiany pożar”, który równie szybko gaśnie jak się zapala…

Żeby Ów ogień nie zgasł, należy go podsycać…Ale nie co chwilę dorzucając na palenisko, kolejny „snopek” słomy ( Jak to czynią Rządzący, politycy…media) , żeby ta wrażliwość na wszystko wokół,  tliła się nieustannie, potrzeba czegoś bardziej „kalorycznego”… Uruchamiając wszystkie zmysły, nie tylko dotyk i emocje…

Tu nadal, będę pisał o tym, co pozornie  ma mniejsze znaczenie na  rzeczywistość –  Pozornie!. Bo zmusza do sięgnięcia „wewnątrz” siebie… Wyostrzając postrzeganie  zewnętrznej rzeczywistości, nadając „kalorii” wrażliwości… Czy nie tak?…Co do „fanów”…No cóż – Są póki co..Są : ) i dziękuje im za To …

Dlaczego?.

Coraz mniej słów „proszę”…
Zamiast tego słychać kąsające „czego!?”
Coraz mniej uspakajającej ciszy.
Zamiast niej natrętne ujadanie.
Spokój zastępujemy agresją
obnosząc się z nią , jak z złotym medalem,
godnym zazdrości.
… W ogóle , coraz więcej jest „zamiast”.
Nikt nawet nie stara się o oryginał,
wszyscy wybierają zmieniki
; Łatwe życie, kupa forsy i uwielbienie przez tłumy…
Nikt nie chce oglądać się za siebie,
ani zbyt daleko patrzeć w przyszłość.
Nikt nawet przez chwilę nie zastanawia się – Dlaczego?

…Dlaczego zawsze jest więcej pytań niż odpowiedzi?.

Życie to jedna wieka scena.

… Tak, tak, jedna wielka scena a ja akurat wczoraj usiadłem w pierwszym rzędzie ( Choć trudno powiedzieć, że ławeczki w parku stoją „rzędami”)…To był jeden z ostatnich  – Pięknych i ciepłych dni tegorocznej Jesieni. Spacerkiem  wybrałem się po moim miasteczku… Popatrzeć na ludzi, popatrzeć na „zmiany” wokoło, albo na to, co się nigdy nie zmienia, czy jeszcze stoi w swej niezmienności ( !?)… Mało kiedy wychodzę ot tak, bez  celu, bez konkretnej potrzeby – Zdrowie nie pozwala a i „pandemia” … Nie, nie strach przed nią, raczej „rozsądek” – Zatrzymuje w czterech  ścianach…  Ale ileż można?….Więc wybrałem się korzystając z dobrodziejstwa chwili… I stałem się mimowolnym widzem sceny wyjętej jak z filmu, czy opowiadania… A to tylko – Proza życia ! ; W Miejskim Parku, usiadłem na jednej z ławeczek obok stawu i z wcześniej zakupioną bułką w piekarni, oddałem się bezmyślnemu karmieniu (tą bułeczką) – Kaczek. Opodal stała druga ławeczka…Pusta była do momentu, gdy „wyskubałem” połowę pieczywa, drugą ocalałą połówką, zająłem się sam… Widać nie  był to Kaczy przysmak, albo już miały pełne brzuszki, bo odpłynęły, nie zwracając uwagi na moje „Taś, taś”  . Wtedy właśnie na ławeczkę obok usiadło Ich Dwoje… Mogli mieć po 30… 30-parę lat. Ona zapłakana, rzucając niedbale torebką, usiadła chowając twarz w obie dłonie… On  usiadł obok; – Nie rób „cyrków” – Warknął do niej. – Ja robię „cyrk”!?… Ty się zastanów co mówisz! – Odpowiedziała , odsłaniając twarz, schowaną w obu dłoniach… Rozmazany tusz z rzęs, przecinały krople łez… Na policzkach przez chwile tkwiło  czerwone „widmo” dłoni. – Tak, przesadzasz Kochanie… – Dodał już łagodniejszym tonem. – „Kochanie”!?…  A do Niej, jak mówisz? – Rozpaczliwe pytanie odbiło się od lustra wody, i poleciało w głąb Plantów… Na tyle głośnie, że  małe stadko wodnych ptaków zerwało się do lotu, lecz tylko „depcząc” wodę, osiadło na jej wzburzonej tafli  kilkanaście metrów dalej – Ile razy mam Ci mówić, że mnie z nią nic nie łączy!?… Koleżanka z pracy – Tak , tak „koleżanka”! – Zadrwiła przekornie – … I „koleżeńskim” rytuałem jest witanie się w Parku , namiętnym pocałunkiem? – Dodała. On zerwał się z ławki; – Nie będę Tego, tu  roztrząsał… Ludzie się gapią..Chodź do domu – …To „choć do domu”, które do niej powiedział, zabrzmiało jak komenda… Stanowcze, zimne…agresywne. – Idź dokąd  tylko chcesz!..Mnie zostaw w spokoju! – Wykrzyczała i jej twarz znów zasłoniły obie dłonie…  Tym razem stado ptaków wzbiło się pionowo w powietrze,  jej rozpaczliwy okrzyk nadał im impetu… On nachylił się , łapiąc ją za ramię, jakby chciał zabrać Ją z tamtego miejsca, lecz ona odchylając się do tyłu  znów wrzasnęła rozpaczliwie – Zostaję!… – On postał jeszcze nad nią chwilę, przestępując z nogi na nogę… Pewnie szukał w myślach jakiegoś wytłumaczenia, usprawiedliwienia?… Sposobu na „udobruchanie”?… Ale w końcu machając ręką, burknął – A siedź sobie i wieczność!.. – Obrócił się i odszedł. Gdy mijał Mnie, usłyszałem za plecami jak mamroce wiązankę przekleństw…Taki kolokwialny „paciorek” zła, pod Jej adresem. …Ona siedziała tak pochylona z twarzą w dłoniach… Raz po raz, odrywała jedną z nich, do reszty rozmazując tusz pod oczami… Zrobiło Mi się jeż żal, choć nie znałem przyczyn owej „kłótni”… W pierwszym momencie chciałem „przysiąść” obok niej…Zagadać, pocieszyć… Tylko co by to dało?. Mogło by tylko pogorszyć sytuację ( Moją….sytuację ) – Znalazł się „Starszy troskliwy Pan”… Co dosiadł się „pocieszyć”… ( przekora?) –  Odszedłem, połykając ostatni kęs „bułeczki”… Ciekawe czy promienie słońca, które, gdy odchodziłem , „zalały” promieniami ławkę na której Ona została.. – Czy te promienie, osusza jej łzy…Rozgonią rozpacz i żal?.

&…

Życie męczy (  Przewrotnie zwana „Prawdą  P.Coelho ” ) ….Meczy każdym dniem. Choć każdy z nich – Inny…To wszystkie One sie powtarzają… I właśnie ten rysunek, ciągle mi przypomina o tym, żeby nie dać się „wmurować”  w żaden z murów, które ograniczają moje „ja” (Freuda by się uśmiechnął)… Rysunek powstał lata temu… Nawet nie pamiętam, Kto jest posiadaczem oryginału. Często go „publikowałem”… Za każdym razem z innym „wierszem”… Żeby choć słowa się zmieniały, skoro obraz ten sam.. niezmiennie.

(K.Miłosz)