Bajka.

Tom to starszy pan, nie wygląda jednak na swoje lata. Wysoki, postawny mężczyzna ze świetną aparycją. Obdarzony intuicją i przeczuciem. Do tej pory nie zdarzyło się jeszcze, by jego przeczucia wprowadziły go w błąd. Ta cecha nie wzięła się znikąd. Wykształcony, inteligentny, doświadczony, z wielką wyobraźnią, lecz małomówny. Jest typem człowieka, który nie zwykł zwierzać się nikomu ze swoich problemów i trosk, nie wymaga też tego samego od innych. Może dlatego przez całe swoje życie był sam. Nie związał się z żadną kobietą na stałe, choć od nich nie stronił.

Tom Konior-Moore większość swojego życia spędził w USA, w Teksasie, w Houston. Tam wyemigrowali jego dziadkowie zaraz po wojnie w 1946 roku. Tam też, ku niezadowoleniu rodziców, ich jedyna córka wyszła kilka lat później za mąż za miejscowego chłopaka – Oliviera Moore’a, ojca Toma. Tym sposobem przyszedł na świat, tam się urodził i dorastał. Studiował w College of Business Administration. A wszystko to pod okiem swoich polskich dziadków, bo rodzice Toma, gdy skończył 12 lat, w pogoni za szczęściem przeprowadzili się do Dallas, zostawiając swojego syna pod ich opieką.

W domu dziadków mówiono tylko po polsku – dużo mówiono. W dzieciństwie lubił słuchać opowieści swojego dziadka o miejscu, w którym się urodził i wychował. Dziadek tęsknił za Polską i tą tęsknotą zaraził swojego wnuka. A wnuk już wtedy postanowił, że kiedyś odnajdzie to miejsce i tych ludzi, o których słuchał w opowieściach. Pomimo amerykańskiego pochodzenia zawsze podkreślał, że po części jest Polakiem.

Po skończeniu studiów na prestiżowej uczelni Tom zaczął robić karierę jako menedżer. Kilka lat później, po śmierci swoich dziadków, przeniósł się do Dallas, gdzie mieszkali jego rodzice. Dzięki ich koneksjom dostał pracę jako general manager jednej z sieci hoteli. Co pozwoliło mu na odłożenie pokaźnej sumy na swoim koncie. Był kompetentnym, docenianym i szanowanym szefem, co nie uszło uwadze jego pracodawców, gdy po roku 1989 w Polsce zmienił się ustrój, a firma, w której pracował Tom, postanowiła otworzyć tam filię swoich hoteli. Ponieważ Tom znał język polski, a przy tym był bardzo dobrym menedżerem, zaproponowano mu wyjazd do kraju przodków, by tam nadal pracował na rzecz swojej firmy. On zgodził się bez wahania. Jednak po kilku latach pracy w Polsce uznał, że już się napracował, i w wieku 62 lat rozstał się z korporacją, osiedlając się w Polsce na stałe. Z wypracowanych oszczędności i wysokiej odprawy nabył dom ze sporym kawałkiem gruntu. Jego posiadłość znajdowała się nad sztucznym zalewem w dolinie rozciągającej się pośród zielonych wzniesień i gór. Było to urokliwe miejsce, z którego pochodzili jego dziadkowie. Tym samym Tom spełnił swoje postanowienie z dzieciństwa i od tego momentu wszyscy znali go tu jako Tomasza Koniora, choć nadal był poczciwym Tomem.

Tom bardzo szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Szybko znalazł też przyjaciół, którymi zostali jego sąsiedzi –  Zofia i Edward oraz ich dzieci i wnuki. Cała rodzina prowadziła ośrodek wypoczynkowy – Jeden z wielu ośrodków znajdujących się wokół zalewu. Jego dawna profesja i doświadczenie w branży hotelarskiej poskutkowały tym, że został ich wspólnikiem. Udostępnił swoje aktywa w postaci areałów, na których powstało pole campingowe z kilkoma letniskowymi domkami i małą przystanią jachtową.

Tego czerwcowego, ciepłego wieczoru Tom razem ze swoimi sąsiadami i partnerami w interesach oddawał się partyjce remika w altanie w ogrodu, obok swojego domu. Było parę minut po 19:00, lecz słońce tkwiło jeszcze wysoko nad poszarpanym wzniesieniami horyzontem. Siedzieli we trójkę, rozmawiając i popijając czerwone wino. Wokół nich unosił się dym razem z zapachem grillowanego karczku i kiełbasek. I choć nie było to spotkanie biznesowe, to pomiędzy jednym a drugim łykiem wina i głośnym myśleniem o strategii gry planowali również strategię tegorocznego sezonu.

Zosia z Edwardem siedzieli naprzeciwko Toma. Za ich plecami w altanie ustawiony był grill, obok którego stał stolik z zastawą i innymi rzeczami niezbędnymi do grillowania, a dalej dom Toma i część ogrodu wokół niego. Tom raz po raz mimowolnie zerkał na grilla. W pewnym momencie zauważył postać dziecka. Dziewczynka wyszła ze stromizny zarośli przed jego domem. Potem, przechodząc przez parking obok ogrodu, przecisnęła się przez wąską szparę w miejscu, gdzie płot posesji Toma łączył się z ogrodzeniem sąsiadów. „A to co?!” – zdziwił się. Ale na jego twarzy nie pojawił się żaden grymas, który przykułby uwagę przyjaciół. Nadal pochłaniała ich gra i rozmowa. Tom nie zdradzając się, rozmawiał z nimi, lecz ukradkiem obserwował postać. „Where did this come from and why?” – zastanawiał się, śledząc jej każdy ruch. Dziewczyna miała długie blond włosy opadające na ramiona. Z jednej strony ich kosmyk wplatał się w pasek plecaka, który miała założony na sobie. Te czarne paski wyraźnie odcinały się od białego podkoszulka, choć jego biel nie była nieskazitelna. Był wymięty, przepocony, pełen plam i kończył się dziurą, opadającą na krótkie, postrzępione spodenki. Z nich wyłaniały się dwie opalone na czerwono, zgrabne nogi z bosymi stopami odzianymi w sandały.

Tom na chwilę oderwał od niej wzrok, bo odezwała się Zosia:
– To co, Tomciu?! W tym roku ty będziesz miał na głowie campingi i pole namiotowe? – spytała, wystawiając czubek głowy ponad talię rozłożonych kart w dłoniach.
– Nie za wiele jak na staruszka? – odpowiedział pytaniem Tom.
– Zaraz tam „staruszek”! – wtrącił Edward. – Masz dopiero 65 lat – uśmiechnął się.
– Taaa…  Dopiero – odparł przeciągle Tom i po chwili namysłu dodał: – Po angielsku nie ma takiego pojęcia jak „dopiero”.
– Oj tam, oj! – całkiem rozbawionym głosem odparł Edward – There is always time to grow old – dodał łamaną angielszczyzną.
– But time passes faster and faster – wymamrotał Tom.

     … Lecz w tym samym momencie spojrzał na dziewczynkę. Ich wzroki się spotkał. Ona nie zareagowała, szła nadal stanowczym krokiem, nie zważając na nic .

„Ja ciebie skądś znam?!” – pomyślał Tom, szukając w pamięci jej obrazu, lecz nie zdążył. Młoda osóbka w milczeniu podeszła do rusztu grilla. Zrywając z nim kontakt wzrokowy, a skupiając go na ruszcie, śliniąc palec, dotknęła rozgrzanego steku karkówki, jakby chciała sprawdzić, czy nadaje się do zjedzenia
– Od tego jest widelec… – odezwał się Tom, który nie spuszczał z niej wzroku, zamiast patrzeć w talię swoich kart.

Te słowa spowodowały, że dwójka siedzących przed nim osób momentalnie obróciła głowy, szukając obiektu, do którego odezwał się Tom.

– A to kto!? – wypowiedzieli niemal razem, gdy już zlokalizowali dziewczynkę.

– Głodne dziecko! – odparł wyjaśniająco Tom i się roześmiał – Na chwilę odłóżmy karty, nałożę  jej porcję – dodał, podnosząc się z krzesła.

– Nie wiedzieliśmy, że masz gościa. Ona tu była cały czas? – spytała Zofia.

– Nie, nie. Chwilę temu przyszła – odparł.

Tom, podchodząc do dziewczynki, patrzył w jej oczy, których piwne tęczówki zwiększyły swoją i tak już wielką objętość. Podchodził do niej z pewnym wahaniem; „Chyba mnie nie ugryzie!?”

Nie ugryzła , pomyślała tylko ;„Ciekawie czy mnie opieprzy i każe się wynosić?!” – lecz  cały czas patrząc na niego, stała nieruchomo, jakby czekała na to, co ma nastąpić dalej. Gdy on stanął obok niej, sięgnął jedną ręką po talerzyk, w dłoń drugiej pochwycił widelec i zamaszystym ruchem nabił na niego najbardziej wysmażony stek, kładąc go na talerzyk.

– Weź nóż , chleb i  usiądź obok nas – odparł, gdy talerzyk z jego dłoni pochwyciły jej dłonie.

Dziewczynka, i owszem –  sięgnęło po nóż i kilka kromek chleba, lecz nie poszło w stronę karcianego stolika, tylko bez słowa, rozglądając się wokoło, poszło w stronę domu, siadając na schodach małego tarasu, przed przeszklonymi drzwiami rozświetlonego salonu; ” A bo to wiadomo, czego się po nich spodziewać… Lepiej trzymać się na odległość!” – dlatego usiadła właśnie tam.

– A co to za „pannica”?! – spytał Edward, śledząc wzrokiem dziewczynkę.
– Niemowa czy co?! – spekulowała Zosia – I jakoś tak marnie wygląda!

Tom nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. „Nie wiem! Przecież widzę ją pierwszy raz w życiu!” – pomyślał. Ale w jego duszy  szeptał inny głos. Uległ tym szeptom.

– Cousins' daughter… Tfu! Znaczy się, cioteczna siostrzenica – skłamał  …Bo jego przeczucie, powiedziało mu, że tak trzeba.
– O, to ty masz w Polsce rodzinę?! Jakoś wcześniej o tym nie wspominałeś! – zaczął dociekać Edward.
– Nie utrzymujemy bliższych kontaktów. A w ogóle nie ma o czym mówić! – wyłgał się , by nie brnąć dalej w kłamstwo.

Tom krótko uciął spekulacje i z powrotem usiadł na swoim miejscu przy stoliku, łapiąc w dłoń rozłożone karty. Małżeństwo nie było zaskoczone jego reakcją na ich dociekania – znali już Toma na tyle, by wiedzieć, że od niego nie da się nic „wyciągnąć” – Za chwilę i tak im o tym powie. Nim to jednak nastąpiło, oddali się partyjce remika. Tom przez cały ten czas usiłował sobie przypomnieć, skąd znał tę twarz. I przypomniał sobie.

      Od chwili, gdy zamieszkał w stronach swoich dziadków, rozpoczął poszukiwania jakiejkolwiek polskiej rodziny – bliższej lub dalszej. Przecież tyle się nasłuchał od dziadków o ciociach, wujkach i innych krewnych. Chciał poznać ich losy… Jednym ze sposobów na to, było konto na Facebooku. Wpisywał w „wyszukiwaniu” swoje polskie nazwisko – Konior, i weryfikował potencjalnych członków rodziny. Trzy dni temu na jednym z kont pojawiła się fotografia tej dziewczynki. Nie zapomniał jej twarzy tylko dlatego, że nosiła to samo nazwisko co on…  A ona siedziała teraz przed jego domem, pochłaniając łapczywie stek z talerzyka ułożonego na kolanach.

– To powiedz chociaż, jak ma na imię – milczenie przerwała Zosia.

Tom nie odpowiedział od razu. Układał w głowie myśli, jak ma zacząć rozmowę z dziewczynką, by ta  choć trochę nabrała do niego ufności. Podniósł się, odkładając karty i zrobiwszy dwa kroki w stronę grilla, głośno spytał:

– Katy, would you like something to drink?

A wtedy ona spojrzała na niego, szeroko otwierając oczy ;” Chyba spytał, czy mi się chce pić?!” – pomyślała , lecz nie wydobyła z siebie jednak ani jednego słowa,  tylko przytaknęła ruchem głowy. Wtedy Tom odetchnął z ulgą: „It’s not bad… She can understand what I’m saying to her.”

 – To po naszemu będzie Kasia? – jął się upewniać Edward.
– Katarzyna?! To powiedziałby do niej Catherine? – spekulowała Zosia.

Tom  jakby ich nie słuchał . Podszedł do stolika obok grilla i schylając się, złapał za butelkę Pepsi, która stała oparta o nóżkę. Nakładając na nią szklankę, podszedł do dziewczynki.

– Proszę – powiedział, stawiając obok niej picie, a widząc pusty talerzyk, spytał: – Może jeszcze kiełbaskę?

Katarzyna  nie mogła uwierzyć, że jest tak wobec niej uprzejmy; „Ciekawe czy to z litości, czy ma w tym jakiś interes?!”  – lecz jak poprzednio, nic nie odpowiedziała, tylko patrząc głęboko w jego oczy, podała mu talerzyk. Nie było w nich widać wrogości .

– Aha… Czyli jeszcze zjesz kiełbaskę. A sałatkę?– spytał on.

„Pewnie że chcę! Poza drożdżówką w południe nic nie jadłam!”- i nadal milcząc,  kiwnęła dwa razy głową, ciągle nie odrywając oczu od Toma. Nawet wtedy, gdy się odwrócił i poszedł w kierunku altany. Przy grillu w altanie stał Edward, nakładając na swój talerzyk dwa pozostałe, wypieczone kawałki karczku. Widząc zaskoczoną minę Toma na jego poczynania, oznajmił:

– No co?! Zosia o tej porze już nie je… A Ty swój kawałek oddałeś siostrzenicy.
– Dobrze, że kiełbasek jest więcej…
– odparł ze śmiechem Tom.

Nałożył na talerzyk dziewczynki dwie kiełbaski, a potem ze stojącego na stoliku obok szklanego półmiska kilka łyżek sałatki z porów w sosie czosnkowym. Na to położył dwie kromki chleba i wrócił do siedzącej na ostatnim schodku tarasu  Kasi. Z oczu dziewczynki znikły obawy a w ich miejscu pojawiła się ciekawość.  

       Tom podając jej talerzyk, powiedział: „Proszę”. …I wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, łapiąc talerzyk w swoje ręce, dziewczynka głośno i wyraźnie odparła; „Dziękuję”!

Katarzyna pomyślała; „Skoro ten facet, stara się być dla mnie dobry, to dlaczego mam się mu nie odwzajemnić?!” – i  dlatego podziękowała. Chwilę później usłyszała głos Zofii:

– O! A jednak potrafi mówić ?! Masz piękny głos, kochanie !

Po słowie „kochanie” Kasia spojrzała na Zofię takim wzrokiem, jakby pierwszy raz usłyszała to słowo. Nie uszło to uwadze Zosi.

– Wybacz…  Ja tak mówię do swojej wnuczki…  Ale jeśli nie chcesz?!

Katarzyna  nic nie odpowiedziała . Spuszczając wzrok, znów zaczęła pochłaniać jedzenie.  A Zosia  podniosła się z krzesła, zgarniając wszystkie karty ze stolika:

– Wystarczy tej gry na dzisiaj …I tak ze Mną przegraliście – odezwała się dumnie, do  swojego męża.

– A bo my z Tomem dajemy Ci wygrywać – odparł  mąż , przełykając kęs  pieczonego mięsa.

– Yhm!? Tak sobie  tłumaczcie! – usłyszał w odpowiedzi Edward.

Słońce , właśnie chowało się za  szczytami pagórków, rzucając czerwone światło na siną taflę zalewu, gdy Zofia starannie złożoną talię kart , usiłowała wcisnąć w opakowanie. A  za jej plecami, nad szpalerem iglastych drzew, właśnie rozbłysły światła ich Ośrodka.

– Właściwie to która jest już godzina? – spytała Zosia, gdy talia kart zniknęła w opakowaniu.

– 20,25  – oznajmił Tom, zerkając na swój zegarek.

– My się już będziemy zbierać Tomciu

Zofia była nieco starsza od Toma, więc bez skrepowania używała co do niego zdrobnień …Tom nie miał nic przeciwko temu , przecież też  czasem zwracał się do niej  Zosieńko – choć Pani Zofia była głównym managerem całego biznesu.

– Jak ten czas szybko leci -westchnęła

W głosie Zofii było słychać nutkę żalu, więc Edward natychmiast postanowił  zagrać  dla niej bardziej optymistyczna nutkę:

– Kochanie, nie pamiętam, gdzie to usłyszałem ? Ale „życie mija szybko. Jeśli czasem się nie zatrzymasz, łatwo je przegapić”  – Musimy częściej tak przystawać.

– Tak, tak! – Przystanek na podwójna porcje karczka? – Odparła z ironią w głosie.

– Yy?!… Też. Ale przede wszystkim na chwile przyjemności? – odparł z uśmiechem.

-Dobra, dobra-Kończ jeść. Popatrz na dziecko, pada ze zmęczenia – Tu Zosia skinęła na Kasię.

Dziecko siedziało skulone z głową na kolanach. Gdy usłyszało, że o nim mowa –  odparło:

– A jakoś tak zimno Mi się zrobiło…

 Katarzyna odezwała się drugi raz od momentu, gdy pojawiła się w ogrodzie. Uznała, że skoro jej pojawienie przyjęto jako coś naturalnego, to nie wypada milczeć.

– Zmykaj do środka kochanie – głos Zofii zabrzmiał jak komenda. I nawet  to „kochanie„- zagłuszył.

Dziewczynka wstała jak na rozkaz i niepewnym krokiem otworzyła drzwi salonu.

– Na kanapie jest koc – ośmielił ją Tom – Okryj się, ja za chwilę przyjdę.

„Gościu, jestem tak cholernie zmęczona, że choćby na podłodze się kimnę!” – Weszła nieśmiało do środka, rozglądając po wnętrzu. Zaraz za przeszklonymi drzwiami  po prawej stronie wejścia z tarasu stała beżowa kanapa. Na niej  leżało kilka  poduszek,  a w rogu starannie poskładany, tego samego koloru koc „ Obawiam się że mogę mu ubrudzić te kanapę, moimi brudnymi stopami …Lepiej niech ich nie widzi” – pomyślała i usiadła na skraju kanapy zsuwając ze stóp sandały i mały plecak z ramion, a potem kładąc się ,  naciągnęła  na siebie koc.

W tym czasie Tom pożegnał się ze swymi przyjaciółmi, rzucając na odchodne” Dobranoc” . Później zabrał się do uprzątnięcia bałaganu po grillu. Gdy po  wszystkim ,  wszedł do salonu – dziecko już spało. Powoli i ostrożnie poszedł do kuchni odstawiając tackę na blat a później tak samo cicho poszedł do swojej sypialni,  zaraz za ścianą salonu, gasząc za sobą światła . W sypialni od razu sięgnął po tablet. Uruchamiając stronę na której widniała jej fotografia. Konto należało do „Diana 22” a pośród „znajomych” widniała uśmiechnięta twarz Katarzyny. – kliknął w nie, lecz poza paroma zdjęciami  nie było żadnych postów.  Więc  zaczął przeglądać wpisy i komentarze na koncie „Diana 22”. Dowiedział się tylko tyle, że konto należało do starszej siostry Katarzyny .  Uwagę Toma przykuł ostatni wpis z przed trzech dni  na którym pod zdjęciem Katarzyny widniał komentarz  – „Kejti gdzie jesteś?! Odezwij się!”. Tom odłożył laptop i ostrożnie  wrócił do salonu. Salon nie był pogrążony w ciemnościach, bo przez przeszklone drzwi i wielkie nie zasłonięte okiennice wpadało do niego światło latarni. Podszedł do kanapy i  delikatnie złapał za szelki plecaka –  ” Wiem, że to jest złe. Ale to dla twojego dobra” – Pomyślał  zabierając  jej plecak. …Niestety, gdy chwile później przeglądał jego zawartość  zauważył  tylko zwiniętą w kłębek dżinsową katankę i pustą – plastikową butelkę po wodzie . W bocznej kieszonce znalazł wprawdzie telefon, ale był rozładowany. Był t  też  zapinany na zamek portfel. Lecz poza kilkoma banknotami o małym nominale i bilonem  nie było nic ;” Skąd ty się tu wzięłaś i dlaczego akurat u mnie? – Myślał odnosząc plecak w miejsce z którego zabrał. Chwilę patrzył na śpiącą dziewczynkę; ” Nagle się pojawiłaś znikąd.  To może zechcesz tak samo zniknąć?! ” – Tom na wszelki wypadek, pozostawił uchylone drzwi na taras. A chwile później , gdy i on kład się spać, tak samo uchylił drzwi z sypialni do holu ; ” Żebym mógł usłyszeć, jak mówi – dziękuję i do widzenia„.

Nic takiego nie usłyszał. Tom nigdy nie śnił. Wieczorem zamykał oczy i otwierał je porankiem. W czasie snu nie wydarzyło się  nic, co zaburzyłoby ten sen. Gd otworzył oczy, pierwszą myślą była myśl ” Ciekawe czy ona tu jeszcze jest?” – Była!. Bo przez uchylone drzwi z holu dobiegł Toma bębniący odgłos oklepywanej poduchy kanapy. Usiadł na łóżku spoglądając na zegarek. Było parę minut po szóstej rano. Założył swoje pantofle i w piżamie poszedł do salonu. Tam zastał Katarzynę, która w tym momencie starannie składała koc w kostkę. Stała boso. Jej biały podkoszulek był jeszcze bardziej wymięty niż wczorajszego wieczoru. A blond włosy jeszcze bardziej rozczochrane.

        Tom jeszcze spał, gdy Katarzyna obudziła się rano. Po otwarciu oczy, chwile wodziła wzrokiem po salonie aż utkwił na zielonych liściach, wielkiej palmy , stojącej na piętrze. Wokół panowała kompletna cisza ;” Cholera , gdzie ja jestem?!” – Dopiero parę sekund później wróciła pamięć wczorajszego dnia. Odrzucając koc usiadła, nadal wodząc wzrokiem po salonie ;” Gość musi być nadziany” – pomyślała, podsumowując wygląd i wyposażenie salonu.  Obok  swoich brudnych stóp, zauważyła swój plecak. Stał w tym samym miejscu w którym go wczoraj postawiła ; ” Skąd wiedział jak mam na imię… Gdyby nawet przeszukał plecak, to legitymacje szkolną przecież mam w kieszonkach spodni?!” – Podniosła się obmacując pośladki , odetchnęła z ulgą ; ” Jest!”- Stała jeszcze chwile nasłuchując ;” Eno – facet?!  Wstajemy!” – Miała ochotę krzyknąć, lecz tylko się uśmiechnęła. Patrząc na rozgrzebane posłanie, postanowiła je przywrócić do takiego stanu, jak wczoraj gdy kładła się spać. W chwili, gdy poprawiała poduchę usłyszała za plecami jego głos:

 –  Dzień dobry Kasiu – powiedział przystając obok jednego z czterech filarów wyznaczających hol.

– Dzień dobry proszę pana  –  Już wczoraj myślałam nad tym skąd pan zna moje imię?!

– Ba! Wiem też jak się nazywasz …I wiem , że masz siostrę Dianę.

Po tej odpowiedzi, Katarzyna od razu  domyśliła się skąd może znać jej imię… I nie tylko:

– Wow! Widzę, że „Fejs”  ma pan opanowany!

– Dużą część swojego życia, spędziłem  ślęcząc przed komputerem. To dlaczego nie?. A Mnie nurtuje od wczoraj cos innego – Skąd się tu wzięłaś. Uciekłaś z domu?.

-Nie. Ale kiedyś to zrobię – odparła i schylając się, odłożyła koc na kanapę.

” Co z nią nie tak?! – Pomyślał , gdy napomknęła o ucieczce, ale nie drążył tematu i wszedł do kuchni.

– Postawię wody na kawę. Jakieś śniadanie „Pani” życzy sobie?!

    Katarzynę  zamurowało ; „Czy ja dobrze słyszę!? – gościu proponuje mi śniadanie!?”

– Życzę! – potwierdziła wchodząc za Tomem do kuchni.

 Usiadła na jednym z krzeseł przy wielkim stole ustawionym pośrodku kuchni i zaczęła ogarniać ją wzrokiem

– Niezłą ma pan chałupę  – oznajmiła – Jak dla mnie – Bajka!

– Taką kupiłem – odparł bez entuzjazmu zajęty poszukiwaniem czegoś, co jedzą na śniadanie „dziewczynki”. – To niby co mam Ci , na to śniadanie?!

Znów ją zaskoczył ;„Facet  cokolwiek?!” – przeszło jej przez myśl, lecz nieco kokietując , odparła:

– O to jeszcze mogę wybierać? …To poproszę jajecznice na bekonie.

 –  O proszę?! Teraz zamiast płatków kukurydzianych z mlekiem, małe dziewczynki zjadają jajecznicę na bekonie?

– Małe i owszem- cicho odparła.

Katarzyna odparła ironicznie , bo pomyślała; ” Facet – Dziewczynki to mają po 7 lat!”

– A właśnie! …Ile ty masz właściwie lat? –Tom zrobił poważną minę, choć w piżamie i z patelnią w dłoni obok otwartej szeroko lodówki  wcale nie wyglądał poważnie.

– 12! …A Pan?

– Trochę  więcej. Tak z pięć razy – odparł.

-To ile?

-Możliwe , że jestem w wieku twojego dziadka.

– Nie mam  i nigdy nie miałam Dziadka …Ani żadnej Babci , jak już.

„dziwne dziecko!.” – Tom coraz bardziej upewniał się w tym przekonaniu. Przez chwilę o nic nie spytał. Najpierw  zaparzył swoją kawę w kubku a potem  zajął się jajecznicą. Gdy  już ją  przyrządził  i  w talerzyku postawił na stole  przed  Kasią, dopiero wtedy się odezwał

– Więc skoro nie uciekłaś z domu, to skąd się tu znalazłaś?

Katarzyna w pierwszej chwili pomyślała ;” A co ty ksiądz jesteś, a ten stół to konfesjonał?!” – lecz potem doszła do wniosku ; „…A dlaczego by nie!?”

On  nie  czekając co odpowie  odwrócił się i poszedł po pieczywo.  A ona przystąpiło do jedzenia, nabijając  na widelec kawalątek bekonu. Gdy przełknęła zaczęła opowiadać:

– Mam koleżankę. Namówiła mnie, żebym z nią pojechała zbierać truskawki …Że niezła kasę płacą…

– Ej no! Kto zatrudnia 12-latki?! …I Twoi rodzice na to pozwolili?! – przerwał jej na moment.

– Oni nie maja takiego „IQ” jak pan. A poza tym nie mam rodziców. Mam mamę i „Wiesia” – partnera mamy. Mało kiedy myślą trzeźwo.

– Piją?

Na to pytanie Katarzyna nie odpowiedziała. Potrząsnęła tylko głowa przytakując.

” Dzieciak z patologicznej rodziny mi się trafił!” – Pomyślał Tom,  siadając naprzeciwko niej z kubkiem kawy  i talerzykiem pieczywa. Przesuwając talerzyk  w jej stronę, spytał:

– To zbierałaś te truskawki?

– Nie.  To była  ściema. Tej Wredocie zależało tylko na mojej kasie, którą dostałam od siostry. To za moją forsę kupiła bilety. To mój namiot  postawiłyśmy na polu namiotowym  po drugiej stronie zatoki …I wszystko inne było za moją  kasę.

Mówiła w przerwach pomiędzy jednym a drugim kęsem jedzenia.

– Przedwczoraj wieczorem, wpakowało się do namiotu  dwóch kolesi Wredoty. Byli chamscy i nachalni . Więc złapałam tylko plecak z tym co w środku  i wyszłam. Przekimałam całą noc pod wiatką na przystani. A rano okazało się, że po namiocie i tej Wredocie niema ani  śladu.

– I nikt się Tobą nie zainteresował?

 Po tym pytaniu, Katarzyna na moment zamilkła ” Człowieku gdzie ty żyjesz?! Kogo obchodzi samotna 12-latka… Chyba tylko zboczeńców ?!” – lecz zdobyła się na kulturalną i wymijającą odpowiedź:

– Unikałam widoku ludzi. Lepiej nie rzucać się w oczy. Z tego bywają tylko same kłopoty – odparła.

– Nie boisz się? Przecież jesteś  jeszcze dzieckiem.

– A Bo to mało razy podpity Wiesiu wyrzucał mnie z domu?- Przywykłam  …I ,aż „Takim dzieckiem”  nie jestem!.

– A dlaczego przyszłaś  akurat tutaj?

– Wtedy nocą gdy siedziałam tam na przystani, patrzyłam w ten  rozświetlony brzeg. Rano gdy Wredota znikła pomyślałam, że przeniosła się tutaj. Wiec obeszłam zatokę   …To był zły pomysł , bo zajął mi cały dzień. A wieczorem byłam tak padnięta i głodna, że gdy poczułam zapach grilla wszystko przestało mieć znaczenie, byleby coś zjeść i gdzieś się kimnąć.

Jej opowiadanie przerwał dźwięk telefonu dochodzący z sypialni Toma.

– To z pewnością Zosia. Pojdę odebrać. A Ty zjedz spokojnie śniadanie.

Tom podniósł się z krzesła i łapiąc kubek z kawą poszedł w kierunku z którego dochodził dźwięk telefonu, zostawiając Katarzynę sam na sam z porcja jajecznicy ;„Dobra lepiej wszamię to żarcie, bo nie wiadomo czy zostanę tu do obiadu?!” – pomyślała,  gdy wyszedł.  On właśnie odebrał telefon i  usłyszał w nim niecierpliwy , rozdrażniony  głos Zofii:

– Tomasz! No gdzie ty jesteś?! Miałeś być po 7. Mareczek czeka na ciebie!

– Przeproś go. Muszę ogarnąć te „małą” a on przecież może zająć się czymś innym.

-Może, ale  sprzęt z magazynu macie odebrać do 11! Rusz to swoje amerykańskie dupsko!

Nim się telefon rozłączył w słuchawce było słychać jej śmiech. Tom odłożył telefon i wrócił do kuchni – Talerzyk był już pusty.

-I co ja mam teraz z Tobą począć? – spytał wchodząc – Nie masz nic poza tym co na sobie – I wybacz, ale wyglądasz jak 7 nieszczęść . Kiedy się ostatnio kąpałaś?.

Po tym pytaniu, Katarzyna nabrała pewnych wątpliwości co do powodów dla których ja przenocował; ” Cholera?! Pewnie jakiś zboczuch?” – pomyślała, lecz w tym samym momencie, Tom  zauważył, że jej policzki lekko się zarumieniły po jego uwadze co do wyglądu.

– Przepraszam. Nie wyglądasz jak 7 nieszczęść – zreflektował się.

Ona się tylko uśmiechnęła i odparła   – Woda w jeziorze była za zimna – a nim odpowiedziała pomyślała tylko; ” Nie wygląda na zboczeńca  …Taki trochę odklejony staruszek!”.

Starszy pan odwzajemnił uśmiechem. Lecz potem chłodno odparł. – Wiesz, mam dzisiaj sporo na głowie. Pokażę Ci co gdzie i jak – Chodź!.

Na słowo „Chodź” znów pojawił się w jej głowie niepokój; ” Gościu gdzie i po jaką cholerę mam iść – Ty mi tu nic nie kombinuj?!”

       On odwracając się poszedł do łazienki. Katarzyna z lekkimi obawami również poszła za Tomem. On wszedł w drugie drzwi holu, otwierając je szeroko, oznajmił ” Tu jest łazienka” . Nieśmiało weszła  za nim. Łazienka też była spora. Cała w białym marmurze. Po jednej stronie  stała kabina prysznicowa a obok umywalka z szafką i wielkim lustrem nad nią. Błyszczące polerowanym chromem wieszaczki na ręczniki  i suszarka do włosów, też chromowana i błyszcząca. …I klapa sedesu pomiędzy prysznicem a umywalką. Po drugiej stronie była narożna wanna w której obudowie też lśnił chrom a przy ścianie obok niej  biały regał pod sam sufit i zamykaną szafką – równie wysoką.

– Ja nie mogę?! – Ful wypas!  

– A tam. To tylko łazienka – Tom zareagował tak samo obojętnie jak wtedy gdy wspomniała o „Chałupie”.

Kasia podeszła do wanny przejeżdżając dłonią po jej obrzeżu.

– Ona jest ze szkła?!

– A tak, tak. …Uważaj nie rozbij! – roześmiał się Tom.

Gdy Katarzyna zachwycała się wanną, Tom szperał w półkach regału w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się na szlafrok. Gdy  znalazł to „coś” , co było kiedyś jego białym szlafrokiem- oznajmił

– Nie mam innego szlafroka dla Ciebie, ale przytnę rękawy i dół mojego …Będzie dobrze!

Katarzyna , słysząc to roześmiała się w głos zasłaniając jedną ręką usta i  pomyślała  z ulgą ” Uff?! Jednak to tylko zwykły, uczynny starszy pan”.

– No co?! –  On też się uśmiechał.

Wyszli z łazienki, wchodząc w kolejne drzwi.  Katarzyna już śmiało  poszła za nim, bo doszła do wniosku, że ;  „Dziaders z niego ale miły …Może się tu zahaczę na kilka dni?!” – Pomieszczenie do którego weszła,  było nieco mniejsze. Po prawej stronie stała pralka a nad nią suszarka. Po lewej ciąg szafek podobnych jak w łazience, lecz niektóre z nich miały szuflady.  Było  tam jeszcze sporo sprzętu przydatnego w domu. Otworzył jedną z szuflad szafki,  i wyciągnął  z niej nożyce

– Ubieraj. Zmierzimy ile przyciąć – powiedział wręczając Kasi szlafrok.

Ona gdy go ubrała , widać było tylko uśmiechniętą twarz.

– Trochę przyduży – stwierdził Tom.

Trochę?!– Kasia nie mogła opanować śmiechu.

– No nie trzęś się tak bo przycinam dół.

Tom  klęknął na kolana. Jedna ręką zagarniał nadmiar szlafroka a drugą z nożycami w dłoni skracał długość. Wypadało to mniej-więcej w połowie szlafroka na wysokości paska do opasywania. Gdy zakończyła się ta operacja, podniósł się podpierając jedna ręką.  

– No to teraz rękawy – Jaka długość pani sobie życzy?

– Do łokci proszę pana.

– Już się robi! .

Katarzyna nabrała śmiałości na tyle, że zaczęła traktować Toma, jak znajomą osobę. Ta  Znajoma Osoba, właśnie sięgała do kolejnej szuflady, wyciągając z niej rolkę taśmy klejącej. Potem  on owinął oba rękawy na wysokości  jej łokci i powiedział:

– Ściągnij. Szkoda by było takich rącząt – i znów się uśmiechnął.

Gdy już wszystko było prawie gotowe, po obcięciu rękawów w czasie przymiarki Katarzyna zauważyła:
– No, ok. Długość dobra i rękawy w sam raz. Tylko szerokość! Ja się owinę nim ze trzy razy! – i śmiejąc się dodała: – Nie prościej byłoby, żebym ubrała się w swoje ciuchy?

Nie! Twoje ciuchy wylądują w pralce – Tom stanowczym tonem, zaprzeczył pomysłowi Kasi. – Przytniemy też z szerokości …Ale o kieszonkach zapomnij!

Gdy już odzienie było gotowe – Nie wyglądało źle na Katarzynie. Troszkę za szerokie, troszkę postrzępione – Ale dokładnie okrywało całe ciało . A gdy  Kasia założyła na głowę kaptur . Przed Tomem stał tylko chochoł z białego szlafroka. Oczywiście nie zwracając uwagi na wystające po bokach opalone ręce i łydki zakończone brudnymi , bosymi stopami.

– To teraz sio do łazienki wziąć kąpiel. Ręcznik znajdziesz na regale a w szafce  jakiś mój szampon do włosów. Ja się idę przebrać  – Oznajmił, i poszedł do sypialni. Tom szybko zamienił piżamę na ubranie …I ledwo zdążył zaścielić łóżko, gdy znów odezwał się jego telefon:

– Tak Zosiu?!

– Cholera!. Ty mi tu nie „zosiuj”. Już jest 9;00! –  Ruszaj się!.

Telefon się rozłączył ; „A  skąd ja niby mogłem wiedzieć, że dzieci są tak czasochłonne!?” – Ta myśl była usprawiedliwieniem, lecz Zofia nie zdążyła jej wysłuchać kończąc rozmowę. Tom w pospiechu  spakował swojego laptopa w czarne etui z szelką i przegródkami  na dokumenty. Przełożył przez ramię i wyszedł z sypialni …Lecz po dwóch krokach wrócił, i przekręcając klucz w drzwiach do sypialni  zamknął  je,  a klucz  schował do kieszonki etui ;  ” Trzeba spodziewać się niespodziewanego …Wciąż nic nie wiem o Niej”–  Podszedł pod drzwi łazienki i delikatnie zapukał, za to głośno powiedział:

– Wybacz, ale ja muszę wyjść. I nie wiem kiedy wrócę. Jak się już wykąpiesz i wyjdziesz z łazienki, to zajmij się czymkolwiek chcesz …I poczekaj aż wrócę. Tylko nie rozwal mi chałupy!

Zza drzwi łazienki, po krótkiej chwili konsternacji padło krótkie i głośne „Dobrze!”. Tom, przestał nasłuchiwać już innych słów i w pośpiechu wyszedł przez salon na taras. Siadając na pierwszym stopniu jego schodków w pośpiechu założył obuwie, nawet go nie sznurując i pognał na teren ośrodka. Gdy minął szpaler iglastych drzew odgradzających jego ogród od ośrodka wypoczynkowego, zauważył w dole koło Baru Zofię. Stała z wściekłą miną trzymając w jednej dłoni zwinięty rulon  papieru – obijała nim nerwowo drugą dłoń ;”Oho!. Chyba ma złe zamiary?!” – Uśmiechnął się. Lecz ,gdy do niej podszedł, ta też się uśmiechnęła:

– Tomaszu …Pośpiech pośpiechem, ale weź i zawiąż sznurowadła, bo to się  może skończyć tragicznie!.

– Oj no!. …Wszystko przez tego dzieciaka. One nie maja instrukcji obsługi!  – przykląkł na jedno kolano i zaczął zawiązywać sznurowadła.

– Przecież Ty się dobrze dogadujesz z dziećmi …Widzę po moich wnukach.

– Ja się bawię z Twoimi wnukami …Nie rozwiązuje z nimi ich problemów – odparł , stając na obie nogi.

– To twoja siostrzenica ma problemy?!

– Ma a nawet gdyby ich nie miała, to ona sama jest dla mnie problemem –  …I oto w tym wszystkim chodzi .

Odparł, łapiąc za rulon dokumentów  i delikatnie szarpnął wyrywając z jej dłoni. Poczym  starannie go rozwinął i włożył w etui :

– …Jeszcze mogłaś je troszkę więcej wymiętosić  i upaćkać – rzucił ironicznie.

– Ty się ciesz, że nie oberwałeś nimi po głowie – chichocąc odparła Zofia  a potem dodała – Leć,  bo Mareczek pewnie się już gotuje.

Pan Mareczek , potężny , umięśniony mężczyzna , był prawą ręką Toma – Czyli człowiekiem od wszystkiego i do wszystkiego. Tom zastał go na parkingu obok hotelu. Stał przy dostawczym samochodzie z doczepioną przyczepą, gdy go zobaczył, rozłożył ręce w geście bezradności  –  mówiąc:

– Szefie no co jest?! …Do Bukowa jedzie się z półtorej godziny. A odebrać można tylko do 11!

– No to nie stój jak ciele tylko wskakuj i jedziemy! – zbył go Tom.

Marek z trudem  wpakował się za kierownicę samochodu . Tom lekko i zwinne wskoczył na siedzenie pasażera –  I ruszyli. Gdy po chwili jechali już szosą, zostawiając z tyłu ośrodek, Marek  zaczął rozmowę:

– Szef dzisiaj nie jest sobą!

– Wszystko przez dziecko …Ale zostawiłem w domu.

– To szef ma dziecko?! – spytał Marek  z niedowierzaniem , uśmiechając się przy tym chytrze.

Tom popatrzył na niego spode łba, takim wzrokiem, że uśmiech na jego twarzy nagle zgasł.

– Cioteczną Siostrzenicę mam w domu …Ty patrz lepiej drogi!

Ich rozmowa na tym się nie zakończyła …Przecież musieli czymś zabić czas podróży. Lecz nie poruszyli więcej tego tematu . Nawet gdy wracali, Tom nie wspomniał o Katarzynie.

      Katarzyna Konior-  nazwisko ma po matce, bo „tatuś” nieznany. Może i  jest Kasią – Dzieckiem, ale tylko po zewnątrz –  wiekiem i wyglądem. W środku – W jej psychice, jest ofiarą podłego losu, który nie dał jej szansy na bycie dzieckiem i szybko wydoroślała. O wszystko zawsze musiała sama  walczyć – Nawet o odrobinę matczynej miłości. Nie pamięta wielu szczęśliwych  chwil w swoim 12 letnim  życiu. Dlatego gdy Zofia , odezwała się  do niej „Kochanie”  – Nie zrozumiała  co określa to słowo…

Gdy Katarzyna usłyszała stukanie do drzwi, była już w wannie pełniej wody ;” Chyba tu nie wejdzie?!„- I na wszelki wypadek skuliła się, zasłaniając to i owo –  Nie wszedł. Usłyszała tylko z za drzwi jego głos, że musi wyjść ;” A niech sobie idzie …Przecież pleców mi nie będzie mył”- Ale gdy za moment  usłyszała o tym, że nie wiadomo kiedy wróci, miała pewne obawy. Ale szybko znikły ;” Przecież mogę przez chwile, posmakować luksusów!” – I głośno odparła „Dobrze!”.  Potem nastała cisza. Jeszcze chwile siedziała skulona nasłuchując a potem wygodnie ułożyła się w wannie pełnej ciepłej wody, i piany; ” Ciekawe czy zauważy, że ubyło pół butelki płynu do kąpieli?!” – Uśmiechnęła się zanurzając w wodzie. Gdy się wynurzyła, przecierając  z nadmiaru wody twarz, i rozgarniając na boki długie włosy, jej myśli opanowały wspomnienia ostatnich dni ; ” Jaka ja debilka jestem, że dałam się tak zrobić wrednej Olce?! Wiedziałam, że z tymi truskawkami to lipa – Też się chciałam wyrwać z tego osiedlowego syfu  i zabawić. Ale że ona jest dziwką, nie znaczy żeby robić ze mnie dziwkę?!” . Katarzyna sięgał po szampon, nalewając na dłoń, a potem wtarła w włosy na głowie i energicznie ją myła, czochrając swoimi długimi palcami ; ” Gdybym wtedy nie wyszła, ci idioci by się do mnie dobrali …Ona myślała, że nie widziałam, jak jej wcisnęli kesz?! –  zatłukę małpę, jak wrócę!”  – Gdy uznała, że głowa już jest umyta, znów dała nura do wody, spłukując głowę. Gdy się wynurzyła, obtarła ociekający wodą nos ;„Co ja teraz powiem Siostruni?!.- zjedzie mnie z góry na dół …I mogę zapomnieć o forsie od niej” – Katarzyna wstała i łapiąc za gąbkę nalała na nią odrobinę płynu do kąpieli, myjąc całe ciało od szyi w dół  ” Dobrze, że trafiłam na tego gościa – nawet  w pożo facet …I Chałupę ma mega! – Przykucnęła a potem położyła się na plecach, zagarniając obiema rękami pianę ku sobie, uśmiechała się –  „Tak to można pożyć” .

       Upłynęło sporo czasu, nim wyszła z łazienki , trzymając zawiniątko wszystkiego, co wcześniej miała ubrane  na sobie. Zawiniątko wrzuciła do kosza na pranie który zauważyła w pralni. …Na posadzce nadal leżały  resztki tego, co pozostało z szlafroka, który  miała ubrany na sobie. Potem poszła do kuchni ” Od rana nic nie piłam. …Boomer zapomniał o herbacie przy śniadaniu”  – I otworzyła wielką lodówkę. Lodówka była wielka, ale nie było w niej wielu produktów. Półki świeciły pustką …Zauważyła  butelkę Pepsi z której wczoraj upiła szklankę. Przez chwilę, uchylała wszystkie drzwiczki  kuchennego segmentu, aż w końcu trafiła na tę, w której znajdowały się 4  kubki i  kilka szklanek. Wtedy pomyślała; „Wygląda jakby mieszkał sam w tym wielkim domu” . Z Pepsi i szklanką,  powędrowała do salonu, odkładając obie rzeczy obok kanapy, podeszła do niskiej sofy, stojącej pod ścianą z zawieszonym na niej telewizorem . …Pilot do niego, leżał na blacie. Gdy go pochwyciła w dłoń, pozostał po nim prostokątny, błyszczący czarny  odcisk, nie  pokryty kurzem.;  „Telewizora też dawno nikt nie oglądał!?” – zdziwiła się ale nabrała pewności. – „Na bank mieszka tu sam! „. Gdy wróciła na kanapę, siadając na skrzyżowanych nogach, przez chwilę przelatywała po kanałach, aż trafiła na kreskówkę  dla ,  nomen omen – Dzieci. Nie wciągnęła ją na długo. …Tak na 2  szklanki Pepsi.  Więc znów wędrowała po kanałach. Najpierw był film przyrodniczy, potem  Top Show . …A gdy butelka po Pepsi, była już pusta, wyłączyła telewizor. Opierając się  o poduchę, zaczęła wodzić wzrokiem po piętrze. Po lewej stronie, ciągło się atrium, z przeszkloną barierką,  wyznaczającą część piętra.   …. Po środku, pod szczytem dachu, wisiała futurystyczna lampa – Tę już zauważyła  rano, tak jak wielką palmę stojącą w przeszklonym holu atrium na piętrze. ” Chawira  na wypasie”- Westchnęła i wstała nadal patrząc w górę na zielone liście palmy. Gdy odkładała na komodę pilota, przejechała palcami po jej blacie, a potem obtarła je o szlafrok –  „Chyba mało czasu spędza w swoim domu ?”– Przeszło jej przez myśl. Potem poszła w stronę kuchni –  ” Gdzie  on jest?! Głodna jestem!. …Chyba musze się ugościć sama? „ – I otwierając lodówkę , wyjęła  kilka jajek i resztki cienko pokrojonego bekonu na talerzyku.

Zjadła to samo co rano, z tego samej patelni, przy tym samym stole,  siedząc na tym samym krześle ; ” Ależ on może mieć nudne życie w tym domu?!” – Pomyślała. Gdy skończyła posiłek,  na wyświetlaczu mikrofali, czerwone cyfry wskazywały 12:30 – Wstała od stołu i zaczęła sprzątać po posiłku.

           …Tom razem z panem Markiem, wybrali się do odległej miejscowości po kilka kajaków, które tam wyremontowano. W sezonie kajaki cieszyły się powodzeniem wśród wczasowiczów, więc każda sztuka była ważna,  a przecież sezon się już zaczynał. Problem polegał na tym, że to była Sobota. …Nikt w weekend nie chce zostawać po godzinach, więc mogli je odebrać najpóźniej do 11:00. …A,  że późno wyjechali,  a droga była długa, pan Marek mało kiedy ściągał nogę z gazu;

– Mareczku nie szalej! –  upominał go Tom.

–  E tam! Z tą przyczepą na ogonie nie poszalej. Prędkość mam  rozsądną, ja po prostu jadę odważnie  – uśmiechnął się.

– „Discretion is the better part of valor” – odparł Tom.

– A Szef znów po swojemu!? …Przecież szef wie, że ja potrafię tylko – „piąte przez  dziesiąte” po amerykańsku.

Tym razem Tom się uśmiechnął.  – Ogólnie, rzecz ujmując to Angielski, a tak mniej- więcej,  to będzie, że…  – „Rozwaga jest lepszą częścią odwagi , a odwaga  winna iść w parze z rozwagą”.

Na chwilkę Marek zamilkł, lecz po chwili popatrzył z uśmiechem na szefa – mówiąc:

– Szefie. …I tak nie załapałem!

Roześmiali się. …Często przez całą drogę się śmiali i żartowali  a mimo to, dzięki odważnej, aczkolwiek rozważnej jeździe Marka, dotarli na miejsce tuż przed 11:00. Tom pognał do biura, załatwiać formalności . Marek, razem z pracownikiem firmy, zajął się załadunkiem. Tom był człowiekiem od załatwiania formalności i zarządzania – Jedynym jego  fizycznym wysiłkiem, było krosznie trawnika  w ogrodzie domu.

Droga powrotna  z ładunkiem zajęła im więcej czasu. Rozsądek wziął górę nad odwagą. Gdy dojeżdżali do ośrodka, dochodziła 14:30. Na parkingu, przed hotelem czekał na nich Edward, razem z swoim dorosłym już synem;

– Mareczku podjedź jak najbliżej do slipu …Od razu je zwodujemy – zawołał Edward gdy samochód na chwilę przystanął.

-Czekaj no Edek, niech wysiądę tylko …Duszno w tej kabinie! – odpowiedział Tom i wysiadł.

Gdy wysiadł, na jego miejsce wskoczył syn Edwarda – Damian, po czym  samochód powoli ruszył  w stronę przystani,  przez świeżo przystrzyżony trawnik.

– Zdążyliście bez problemów?  – zapytał Edward śledząc wzrokiem pojazd z przyczepą  6 kajaków.

– …Czy kiedykolwiek zdarzyło się, że my z Markiem,  mielibyśmy jakieś problemy? – odparł Tom pytaniem, robiąc przy tym minę ważniaka.

– Dobra, dobra, zawsze macie fart,  to fakt! – uśmiechnął się – Koło 15 będzie obiad. …Oni do tego czasu powinni się wyrobić. A ty na  przyjdź  z siostrzenicą- odpowiedział Edward.

… I poszedł po śladach pojazdu, udeptując butem  wybrzuszenia   po kołach, które odcisnęły się na trawniku.

…Dopiero teraz, gdy Edward wspomniał o „siostrzenicy”,  Tom  uświadomił sobie, że o niej zapomniał ; ” No ładnie!?  …Na rodzica nie nadaje się” – Pomyślał  i ruszył w stronę domu  pełen obaw co w nim zastanie. Gdy przez ogród wszedł na taras, od razu zauważył ; ” Jakiś jaśniejszy jest?!” – Obok wejścia do salonu, stały wymyte sandały Katarzyny i jego   „domowe klapki”. Więc zamienił swoje buty na klapki. Gdy wszedł, salon tez wydawał się jakiś jaśniejszy i hol i kuchnia. Za to nigdzie nie było Katarzyny. Stanął pośrodku salonu, i zadzierając głowę w górę na piętro, głośno spytał; ” Kasia, where are you?”. Po chwili usłyszał głuchy , drewniany stukot a chwile później  przy barierce atrium , pokazała się  postać Katarzyny …W jednej ręce, trzymała w dłoni  frotową ścierkę zrobioną z resztek szlafroka, drugą  przetarła czoło, sapiąc . Gdy go  zauważyła – odezwała się:

 – A to pan?!  Tu jestem! …Zaraz skończę wycierać hol na górze …Pan to chyba tu mało kiedy sprząta?

Tom się uśmiechnął – Raz w miesiącu przychodzi pani Halinka- Nie trzeba było. Ale bardzo dziękuję!

Katarzyna tylko się uśmiechnęła i zniknęła z pola widzenia  Toma, poprawiając swoje okrycie. On poszedł do swojego pokoju, zmienić przepocony podkoszulek i  pozbyć się etui z laptopem, którego szelka odcisnęła się boleśnie na jego ramieniu. Gdy stamtąd wychodził,  naprzeciw zobaczył Katarzynę schodzącą po schodach z wiaderkiem pełnym wody i miotłą.

– No co Ty robisz?! Nie dźwigaj ciężarów  – energicznie podszedł, zabierając jej wiaderko z wodą.

Zdziwiła ją troska w jego głosie; ” O kurka!? Dżentelmen mi się trafił?!” – lecz bezpardonowo odparła:

– Ee tam! Mam wprawę, pomagam czasem mojej mamie  …Ona dorywczo sprząta.

– Ale dźwigać wiaderko pełne wody, i ta miotła?!  – Przecież w pralni stoi odkurzacz do odkurzania na mokro…

– Widziałam i nawet chwilę się zastanawiałam  do czego to może  służyć – roześmiała się.

– Ech Kasiu, Kasiu … -westchnął Tom.

       To krótkie westchnienie, upewniło tylko Katarzynę w przekonaniu, że; ” Chyba mnie  lubi?!” – Polubił i odtąd,  teraz będzie często tak wzdychał , ale jeszcze o tym nie wie.

Tom z wiaderkiem wszedł do łazienki, wylewając jego zawartość do sedesu, tak, że na dnie została tylko mokra ścierka. Kasia stała w holu, obok uchylonych drzwi, znów poprawiając na sobie szlafrok:

– Za luźny jest…  – odparła, gdy zauważyła, że Tom się jej przygląda.

– No właśnie …Ciuchów nie wrzuciłaś do pralki?. Za chwile idziemy na obiad.

W tym momencie Katarzyna uzmysłowiła sobie, że ów starszy pan, póki co, nie ma zamiaru pozbyć się jej z domu „Inaczej nie proponowałby obiadu!”

– Zupełnie o nich zapomniałam. …Jaki obiad? – na chwilkę zamilkła a po chwili olśniona powiedziała – Aa, to dlatego w Pana lodówce są pustki ?!

Tom nic nie odpowiedział. Poszedł do swojego pokoju po telefon. Wyszedł z nim trzymając przy uchu:

– No cześć Martyna …Mam sprawę.

W telefonie rozległ się kobiecy głos.

– Jaką panie Tomku?

– Czy ty masz może w domu, jakieś ciuchy , które mogłaby założyć 12-laka? …Wiesz po Emilce?!

W słuchawce rozległ się śmiech.

– A po co, panu one?

– Ty się nie śmiej , siostrzenice mam w domu  …I nie ma się w co ubrać!

Po tych słowach  śmiech w słuchawce rozległ się jeszcze bardziej i Katarzyna też parsknęła śmiechem ” No facet, nie wiem co to za kobita?!  Ale na pewno teraz zwątpiła w ciebie” – Katarzyna nie myliła się w swoim stwierdzeniu, bo w słuchawce rozległo się:

– Od tej strony Pana to ja nie znałam! – a potem słychać było tylko śmiech.

– Martyna ja na poważnie – Tomowi wcale nie było do śmiechu – Jej ciuchy wyglądają, jakby przebiegło przez nie stado baranów. …Co mam ją nagą przyprowadzić na obiad!?

Kobieta po drugiej stronie, chyba zrozumiała powagę sytuacji

– A ile ma wzrostu?

Tom popatrzył na Katarzynę, ta nadal się uśmiechała. Lecz cicho wyszeptała „146 cm”. Tom to samo powtórzył do telefonu.

– …I co to ma być!?… Bluzka i spodnie czy kiecka?

– Obojętne, byleby pasowało…

– Dobra …Za chwilę tam wpadnę…

Telefon się rozłączył, lecz nim Tom, zdążył wcisnąć go do kieszeni spodni, znów zadzwonił. W słuchawce było słychać cichy śmiech;

– Panie Tomku… –  Kobiecy głos się zawahał – …A bielizna też!? – a potem było słychać tylko sam śmiech.

– No o tym nie pomyślałem!? – nie dało się ukryć uśmiechu i na jego twarzy.  

Z rozbrajającą miną popatrzył na Katarzynę a ona tylko przytaknęła ruchem głowy ” No jak mamy iść już?! …Przecież nie założę mokrych majtek !”-  pomyślała.

–  Też, też! – potwierdził Tom.

Gdy tom schował  w końcu telefon do kieszeni , oboje z Kasią usiedli w salonie, spytał:

– To Ty nie zabrałaś z sobą więcej ciuchów… I bielizny!?

– Zabrałam. …Ten plecaczek służył jako podręczny. Ten napakowany ciuchami, został w namiocie razem z innymi moimi rzeczami… – zwięźle wyjaśniła.

Kasia poprawiła się na kanapie, siadając  na skrzyżowanych nogach. Spod szlafroka wystawały tylko jej kolana. Tom siedział obok, wodząc wzrokiem po lśniącym salonie:

– Nawet Pani Halinka, tak nie potrafi …Że Ci się chciało!?

– Jakoś musiałam zabić czas… – zaczęła , lecz na chwilę zamilkła, by spytać – Pan to chyba mało spędza czasu we własnym domu!?

– Czy ja wiem!? …Skąd te wnioski?.

– Pusta lodówka, mało naczyń i zakurzony pilot na komodzie – odparła.

I tym razem Tom się uśmiechnął.

– No proszę, bystra Dziewczynka! …Ale to nie jest do końca tak…

– A jak?…

– Są takie tygodnie, że nie wychodzę z domu w ogóle. Są też takie, że wpadam tu tylko na krótkie chwile i wyspać się … A poza tym, nie lubię sprzątać, więc niby co miałbym robić sam w pustym domu?

Takiego wytłumaczenia Kasia się spodziewała usłyszeć – Przecież była bystrą dziewczynką i już dawno się tego domyśliła… Lecz mimo to spytała:

– Nie ma Pan żadnego hobby? …Czegoś co robiąc, sprawiałoby Panu przyjemność i powodowałoby, że przestałby Pan zwracać uwagę na mijający czas!?

Tym pytanie zaskoczyła Toma. Nie, chodziło o samo pytanie, ale o to jak to ujęła; „Wrażliwa i sentymentalna  …Tylko gra twardą sztukę” –  pomyślał, i odezwał się:  – No fakt. Czas niczym nie wypełniony ulatuje w mgnieniu oka  …Ale nie jest tak źle…

Przerwał, bo z miejsca w którym oboje siedzieli, przez okna salonu było widać przejście na Ośrodek. W  nim pojawiła się kobieca postać, z pakunkiem zaciśniętym pod pachą.

– O!. Martyna idzie… – rzucił  wstając z kanapy.

Kasia też się podniosła, poprawiając swój prowizoryczny szlafrok i przygładziła swoje włosy …Co i tak nie zmieniło faktu, że były w nieładzie. Obserwowała jak kobieta wchodząc na taras, spojrzała na obuwie obok drzwi. Zsuwając również ze stóp swoje trzewiki, weszła do środka.

– Dzień dobry Panie Tomaszu.

– No Hej! – uśmiechnął się, i  łapiąc za ramiona Katarzynę, wypchnął ją przed siebie, mówiąc:

– To jest moja siostrzenica.

Gdy Katarzyna usłyszała te słowa, pomyślała ” Po cholerę nazwał mnie siostrzenicą!?”   – Lecz  dygnęła wydobywając z siebie:

– Dzień dobry proszę pani.

– Żadna Pani! …Martyna jestem – odparła kobieta  i wyciągnęła do Katarzyny rękę na powitanie, tę pod której pachą ściskała pakunek.

Zachowanie Martyny ośmieliło Katarzynę ” Prosta  i zwyczajna z niej babka” – więc bez wahania podała jej swoją dłoń.

– Kasia jestem – uśmiechnęła się  a potem nieśmiało dodała – …Pani jest podobna do Innej Pani, która tu wczoraj była…

– Tak!? – Martyna spojrzała na Toma.

– Ona mówi o Zosi…

– Aa! To moja mama.

Potem, wyciągnęła spod pachy wypchaną ubraniami torbę na zakupy.

– Mam tu parę rzeczy dla Ciebie …Przymierz. Bielizna jest nowa a ciuchy  wyprane i czyste… Myślę, że będą na Ciebie pasować, masz podobną figurę do mojej córki, jak była młodsza – i podała torbę Kasi.

Ona z pewnymi obawami sięgnęła po te torbę; „Oby to nie były takie ciuchy jak te z MOPS-u  – Schodzone i stare” – lecz gdy zerknęła rozchylając torbę, zobaczyła zapakowaną bieliznę ;” Nie jest źle!” – pomyślała, i mówiąc  „Dziękuję„- poszła do łazienki.

         …A Tom z Martyną zaczęli  od rozmowy na temat jego dzisiejszego  wyjazdu …Potem o  jedynej córce Martyny. Gdy skończyli i ten temat, Tom nie wytrzymał:

– Kasiu  ja cię nie poganiam, ale pospiesz się! – zawołał.

Zignorowała jego wołanie. Stała wciąż wpatrując się  w lustro; „Markowe ciuchy i prawie nowe! …Daj się nacieszyć!”

Sekundy później otworzyły się drzwi łazienki  i do holu weszła Katarzyna. Miała na sobie założone długie dżinsy i ubraną,  zapinaną na guziczki  pomarańczową bluzkę z krótkim rękawem.

– No i śliczne wyglądasz – Uśmiechnął się Tom i zaraz dodał– …A teraz chodźmy!

Tym stwierdzeniem rozbawił obie kobiety:

– No co Pan!? …Chwila, trzeba oglądnąć  – zaprotestowała Martyna – Pokarz no się moja droga…

Kasia zatoczyła kółko według własnej osi i zatrzymała się z uśmiechem na ustach, mówiąc:

– Super jest!

– A bielizna!?

Kasia poczerwieniała – Założyłam tylko dół …A i tak trochę za luźne.

– E tam!? Spodnie podtrzymują – Roześmiała się Martyna.

– No już wystarczy  – wtrącił się Tom – Chodźcie już…

– No już idziemy, idziemy – odparła Martyna Tomowi a patrząc na Kasię, powiedziała : – Resztę ciuchów przymierz później a  jak Ci nie spasują, to podrzuć potem do Baru…

– Do Baru!?

Na to pytanie nie padła już żadna odpowiedź ani z ust Toma ani Martyny. Oboje wyszli na taras zakładając obuwie. Z niezaspokojoną ciekawością, podążyła również za nimi Kasia. Budynek baru,  znajdował się  poniżej ogrodu Toma. Wchodziło się do niego po schodkach.  Od ścieżki którą przyszli znajdowało się spore loggio,  Oni stanęli  w jego zadaszonej części , obok długiego stolika, zaraz przy ladzie baru oraz  wejściu do kuchni i na zaplecze.  Bar był właściwie pusty, tylko przy tym jednym stoliku, po obu stronach siedziało już kilka osób. Specjalnie nikt nie zwrócił na ich uwagi. Przy stoliku było gwaro. Martyna znikła w kuchni a Tom usiadł  od strony  ściany za stolikiem , wdając się w rozmowę z Edwardem, który siedział naprzeciw . Kasia lekko zdezorientowana  stała obok. Wtedy poczuła  dłoń na ramieniu i usłyszała głos, który już poznała;

– O Kasia!?  – za plecami stała Zofia – Czekaj zaraz znajdziemy Ci miejsce – powiedziała.

Kasia nawet nie zdążyła wydobyć z siebie „Dzień dobry” , gdy starsza Pani znikła. Za to obok pojawiła się uśmiechnięta , młoda kelnerka, taszcząc  krzesło.

– Szefie gdzie postawić? – odezwała się głośno do Toma.

– Obok mnie Marysiu – odparł nadal zajęty rozmową z swoim sąsiadem.

Marysia stawiając krzesło obok Toma, spytała:

– A Pani będzie jadła zupę …Podać?

Tom zauważył, że ten gwar i ruch, nieco onieśmielił Kasię, więc odparł głośno  za nią:

– Podać, podać Marysiu …To moja siostrzenica. Wpadła do mnie na kilka dni.

Gdy  wypowiedział ” Moja siostrzenica” Kasia odniosła wrażenie, że wszyscy na nią w tym momencie popatrzyli …Może to było tylko jej wrażenie, ale od tego momentu, Katarzyna oficjalnie została siostrzenicą Toma, choć oboje wcześniej nie mieli ze sobą  niewiele wspólnego poza nazwiskiem. Wtedy też dotarło do Katarzyny to, że starszy pan, z jakichś powodów znanych tylko jemu, nie ma zamiaru się jej szybko pozbyć.

      …Tymczasem do stolika dosiadywała się coraz więcej osób. W pewnym momencie po drugiej stronie naprzeciw Kasi, usiadła  nieco starsza od niej dziewczyna:

-Cześć!  Emilka jestem – przywitała się z uśmiechem na buzi.

 – Cześć! …Kasia jestem – odparła z takim samym uśmiechem.

– Ciuchy jednak pasują? – spytała co dopiero poznana dziewczyna

– A to od Ciebie?…

– No! Wyrosłam już z nich. …A przecież jeszcze świetnie wyglądają. …Przynajmniej na Tobie.

Dziękuję !- roześmiała się Katarzyna.

Podobno , dobrze zaczęta rozmowa, może skończyć się wielką przyjaźnią. …Przynajmniej tak było w tym przypadku. Katarzyna gdy zobaczyła Emilkę, ucieszył ją  widok kogoś, kto był zbliżony do niej wiekiem…  A poza tym,  zaimponowała jej swoimi odzywkami.  Przez cały czas trwania obiadu, rozmawiały. …O wszystkim i niczym, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła. Dlatego  nie zauważyły, że stolik opustoszał. Poza nimi dwiema, przy stoliku pozostała  mama Emilki – Martyna.  Mama mamy Emilki – Czyli jej Babcia Zofia. Był też jej wujek Damian z dwójką swoich dzieci i żoną. … I oczywiście Tom a obok niego jakiś Pan.

– To co!? …Pojadły? – Zwróciła się do nich babcia Emilki.

– Jak zawsze Babciu – odparła Emilka.

Choć niewiele co zjadła w przeciwieństwie do Katarzyny. Ta właśnie dojadała faszerowaną nadzieniem z ryżu paprykę.

– Niezłą  macie tu wyżerkę!  – rzuciła. Lecz  w tym samym momencie, jej twarz nabrała czerwonego koloru papryki , więc po chwili sprostowała – …Znaczy się wszystko było pyszne.

Po tych słowach wnętrze Baru wypełniło się śmiechem.

– To dobrze moja Kochana, że Ci smakuje – odparła rozbawiona Zofia.

            Te sobotnie, późne obiady w gronie najbliższych i przyjaciół były tutejszą tradycją. Dlatego szef kuchni, pan Bogdan, wznosił się na wyżyny swojego kunsztu, aby godnie wszystkich ugościć. Właśnie sam kosztował swoich specjałów, siedząc obok Toma, gdy usłyszał Kasię. Obtarł dłonią usta i stwierdził:
– No bo to jest „Dobra Wyżerka”! Bez owijania w popelinę
– Na sali znów rozległ się głośny śmiech.

Było parę minut po siedemnastej, gdy Tom z Kasią wyszli z baru. Wracali powoli. Do jego domu było pod górkę, a obiad był syty.

– Często są takie obiady? – spytała Kasia, idąc za Tomem.
– Co sobotę – odparł i dodał: – Właściwie to ja tu jadam codziennie… Śniadania, obiady, kolacje.

– Tego się przecież już domyśliłam – odparła Katarzyna. – Fajna atmosfera. Wszyscy wszystkich znają. Wszyscy się lubią…
– …Szanują –
przerwał jej Tom.
– A to nie to samo?
– Można kogoś nie lubić, ale szanować…

Kasia zamilkła i po chwili wahania spytała:
– A lubi mnie pan?
– Polubiłem i zaczynam szanować – uśmiechnął się, a potem, patrząc na nią, westchnął: – Ech, Kasiu, Kasiu!
          Po powrocie rozsiedli się na kanapie. Katarzyna jak zwykle usiadła ze skrzyżowanymi nogami obok Toma. On dyskretnie poluźnił guzik spodni, ale ona i tak to zauważyła.
– A bo się najadłem – odparł, gdy spostrzegł, że zauważyła. – Chwilę odsapniemy i muszę potem iść do biura…
– Nawet w sobotę?!

– Nawet! – odparł a po chwili milczenia zaczął – Muszę Ci się do czegoś przyznać. …Wczoraj jak spałaś, przepatrzyłem Twój plecak. Poza niedziałającym telefonem i paroma złotymi. Nie było w nim nic …Żadnych dokumentów.

– Aa …Bo legitymację szkolną mam w kieszeni w spodenkach!. Dobrze, że nie wyprałam… – Odpowiedziała i zerwała się z kanapy. Po powrocie z łazienki, chciała ją podać Tomowi. Lecz ten się odezwał:

– Schowaj …You are who you are – od razu tłumacząc – „Jesteś Kim jesteś”. Nie w tym rzecz. Poza Twoja siostrą, nikt się o Ciebie nie będzie martwił, szukał?

-Mamę uprzedziłam … A Wiesiowi to ja jestem obojętna. – znów zamilkła, by po chwili z niepewnością w głosie dodać – …Tylko może być jeden problem.

– One problem is not a problem, jak mówią Polacy. …W czym tkwi?

-Zrozumiałam – uśmiechnęła się – Problemem jest pani z socjalnego. Wpada do nas dwa razy w miesiącu – Wścibskie babsko! Ale chce dobrze…

– No to faktycznie jest problem. Pokaże te twoją komórkę  …Bo nie widzę tu plecaka.

Katarzyna , która jeszcze nie zdążyła usiąść, poszła do kuchni, wracając z komórką w dłoni

– Znalazłam  obok mikrofali leżącą ładowarkę. Pomyślałam , że może pasować …Ale nie! – powiedziała, wręczając aparat Tomowi.

– Popytam, na pewno się znajdzie – odparł kładąc telefon obok  – A póki co?! … – sapnął, zapinając guzik spodni i podnosił się. Wyciągnął z tylnej kieszeni swój telefon – Numer znasz do Siostry!?To zadzwoń – i podał telefon.

Katarzyna  usiadła na kanapie, wciskając numer do siostry, po chwili usłyszała jej głos.

– Halo słucham …Kto mówi!?

– To ja… – odparła Kasia.

W słuchawce zapanowała krótka cisze a potem odezwał się rozdrażniony głos;

– Jaki  „Ja” !?

– Nie poznajesz!? …Kasia .

– Ty Małpo , Cholero jedna! Ja już się zastanawiałam, czy nie iść na policję. Telefonu nie odbierasz, nie dajesz znaku życia…

 Tom słysząc to, uśmiechnął się i patrząc na Kasię, półgłosem powiedział ” Będę u siebie”  i wskazał ręką na sypialnie. Wszedł i usiadł na łóżku  nadal się uśmiechając ” Należało się jej!„.  Znów rozpiął guzik spodni i położył się na zaścielonym łóżku.

       Katarzyna nadal rozmawiała :

– Sory sistra! …Wredna, małpa Olka wystawiła mnie do wiatru, fon padł i niewiele kasy mi zostało.

W słuchawce na chwilę zapanowała cisza, a potem  pytanie:

– A gdzie ty w ogóle jesteś?

– Nie wiem siostra… Gdzieś w górach?!

Górach!?  Pochlastało cię?!

– Ale spoko! Ma gdzie spać i co jeść.

– A masz za co wrócić!?

– Nie…

Na chwile obie ucichły, Katarzyna szukała pomysłu skąd wziąć pieniądze na powrót – i znalazła:

– Siostra pogadaj z facetem u którego mieszkam …Może mi pożyczy.

– Oo kochana!  Zapomnij o kasie ode mnie …A do tego faceta  daj do telefonu, może go urobię. Ale forsę wykombinujesz sama po powrocie, żeby mu oddać!

Katarzyna podniosła się  z kanapy i podeszła pod drzwi sypialni, za którymi  Tom z rękoma pod głowa,  wyciągając obie nogi, odbywał sjestę – Nie poleżał długo, bo  usłyszał stukanie do drzwi  i głos Kasi;

– Sistra chciała z Panem porozmawiać.

Westchnął głęboko ; „Yh ! And again problems „- Wstał zapinając guzik. Gdy tylko wyszedł z pokoju, Katarzyna podała mu telefon.

– Dzień Dobry …Tomasz Konior z tej strony …Słucham?

– Ja bardzo przepraszam za moją siostrę… – zaczęła, lecz Tom jej przerwał stanowczym tonem.

– Nie ma za co przepraszać proszę pani. Przecież ona nie zrobiła nic złego…

– Ale stwarza problemy… – usłyszał zdezorientowany głos.

– Nie mam z nią żadnych problemów! – skłamał patrząc na Katarzynę – …I od razu przedstawię swoją prośbę –  Czy zgodzi się Pani , by ona została na jakiś czas w naszym ośrodku?

Nadal patrzył na Katarzynę. Jej  oczy, robiły się coraz większe ze zdziwienia a na twarzy pojawił się uśmiech.

– W Jakim ośrodku proszę pana!?

– Ośrodek wczasowy „Fala” …Gdyby pani zechciała później sprawdzić moją wiarygodność, to na stronie profilu ośrodka, znajdzie pani  wszystko, łącznie z numerem  kontaktowy …Tym samym  z którego właśnie rozmawiamy…

Tom wiedział jak rozmawiać. Był stanowczy, ale i uprzejmy …Przecież miał za sobą lata doświadczeń. W słuchawce zapadła cisza. Trwała dłuższą chwilę. A potem :

– Czy Mógłby Pan dać do telefonu moją siostrę!?

Tom podał telefon Kasi:

– No co jest siostra!?

– Ty! Co jest grane? …Ty sama chcesz tam zostać?

Katarzyna popatrzyła na Toma i zasłaniając dłonią  telefon, spytała cicho „Mogę …Na serio!?”. Tom tylko przytakną ruchem głowy, lecz w jej środku pomyślał; ” I w co ja się pakuję!?” Katarzyna w tym samym momencie pomyślała podobnie; ” W co ja się pakuję?!  Ale jaja!” …A potem obudziło się w niej dziecko, błagające siostrzyczkę:

– Zgódź się siostrzyczko … Proszę cię bardzo, bardzo!

– Pod jednym warunkiem …Dzwonisz do mnie codziennie Siostrunia! – usłyszała w słuchawce.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję!… Wykrzyczała Katarzyna do telefonu. W zamian po drugiej stronie usłyszała coś, co już zdążyła dzisiaj usłyszeć, tylko z innych ust; „Ech Kaśka, Kaśka!” – I telefon się rozłączył.

– Czyli, że nikt nie będzie robił problemów, że tu jesteś? – upewniał się Tom.

-Tak! – głośno odparło uśmiechnięte i szczęśliwe dziecko, lecz po chwili posmutniała , dodając – …Tylko ta pani z socjała.

Tom miał cos powiedzieć, ale w tej chwili usłyszeli dźwięk dzwonka od frontowego wejścia do domu. Katarzyna usłyszała go po raz pierwszy…

– A to co?

– Zobaczmy – powiedział Tom i poszedł do przedpokoju a Kasia za nim. Otworzył wejściowe drzwi i popatrzył w stronę furtki ogrodu.

Na parking przed ogrodzeniem. Stało auto Dominika a przy wejściowej bramce na posesje, dwójka jego dzieci i Emilka. Najmłodsza z tego towarzystwa, machających do Toma  ręką , krzyczała:  ” Dziadku, Dziadku. … A My jedziemy na lody!”  A potem odezwała się Emilka:

– Czy Kaśka może z nami pojechać do Jamników!? …Jedziemy z Kubą, Zosieńką i wujkiem „połazić” …I  na lody.

– No dobrze! – odkrzyknął … – a potem odwrócił się do Kasi, mówiąc – Tylko wiesz!?  …Pewne rzeczy lepiej niech zostaną tajemnicą.

– Jasne! – odparła.

– No to leć!

…I wyfrunęła szczęśliwie i radośnie szczebiocąc śmiechem niczym Skowronek. A Tom , zamykając za nią drzwi pomyślał „Beztroska jest piękna …Nawet nie spytała, gdzie będzie u mnie spać …Bo na kanapie w salonie na pewno nie!”–  Wsadził do kieszeni  dwa telefony. Zabrał etui z laptopem i dokumentami i poszedł do hotelowego biura… W biurze nie był długo. Wspólnie z Zofią, uporządkowali papiery i rachunki.  A potem razem  poszukali ładowarki, która pasowałaby do telefonu Kasi – Znaleźli. Zofia  specjalnie nie wypytywała o Katarzynę – Przyjęła do wiadomości fakt, że jest…  Wychodząc z biura, Tom wstąpił do Baru. Tam na niego już czekał Edward. Siedział przy ich stoliku obok wejścia na zaplecze  z rozłożoną szachownicą i pionkami na niej. Partyjka szachów z Edkiem, to  były właśnie te chwile, w których nie liczył mijającego czasu…

– No już jesteś  …Zdążyłem rozłożyć ostatnia partię – odezwał się jego przyjaciel, gdy go zauważył.

– Tą z Czwartku?  …A to nie skończyliśmy jej wtedy?

– Nie …Postawiłem skoczka na f5  …A ty wtedy powiedziałeś, że pomyślisz później, bo teraz Zośka na ciebie czeka – Cwaniaku!  … Chciałeś zyskać na czasie, by obmyślić swój  ruch  – I Edward się roześmiał.

Tom też się uśmiechnął . Te śmiech był przyznaniem się do tego, że  domysły  Edwarda są  prawdą nie domysłami. Usiadł naprzeciw niego  i nie zastanawiając się, przesunął swojego  gońca , pod białe pole na którym stał skoczek.  mówiąc : ” A teraz Ty myśl!”. Edward przejechał dłonią lewej ręki po ustach, jakby chciał je przetrzeć z co dopiero wypitego haustu, czerwonego wina z kieliszka a potem , palcami tej samej dłoni, podrapał się po czole. Te gesty świadczyły o tym, że intensywnie myśli. Lecz ani słowem nie odezwał się na temat posunięcia , lecz czegoś co tyczyło się Katarzyny…

– Dowiedziałem się dzisiaj, że twoją siostrzenice widziano 3 dni temu na polu namiotowym u Emila.

– A możliwe!?  Jeszcze jej nie wypytywałem gdzie była, nim postanowiła Mnie odwiedzić  . Ja jestem tylko „relative uncle” …Przecież za nią nie chodzę – odparł , nieco podirytowanym tonem.

– Tomaszu nie denerwuj się tak  …Ale czy to nie dziwne, że nigdy wcześniej o niej nie wspomniałeś?

– A coś ty taki podejrzliwy!? …Czy ja kiedykolwiek wspomniałem o kimkolwiek z mojej rodziny poza rodzicami i dziadkami!?

– Aa!  Aa! – Edward podniósł wskazujący palec w górę, jakby chciał nadać większe znaczenie temu , co powie – …Dokładnie przez całe 3 lata ani słowem a tu nagle „Cioteczna Siostrzenica” – I Edward parsknął śmiechem.

Nie sam, Tom też się roześmiał ;

– Nie dopatruj się drugiego dna, nim nie ściągniesz wieczka – odparł wciąż się śmiejąc.

Ich partie szachów ciągły się nieraz tygodniami … Bo zamiast skupić się na posunięciach, ucinali sobie długie pogawędki , popijając czerwone wino. Tak było i tego wieczoru. A, że wtedy nie zwracali uwagi na mijający czas, ani na to co się wokół nich dzieje. Nawet nie zauważyli, gdy do opustoszałego Baru, wszedł  syn Edwarda -Damian, mówiąc:

– A Wy tu jeszcze jesteście!?  – Tom popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem.

– To już wróciliście!?

Damian popatrzył na Toma, tak samo z szeroko rozwartymi oczami unosząc brwi – Nie wiem czy Pan ma świadomość, ale już dochodzi  21:20 …Dzwoniłem do Panów, ale żaden z Was nie raczył odebrać telefonu.

– Synuś no jak dzwoniłeś!? – zaprotestował Edward. – Nic nie słyszeliśmy! – i roześmiał się w głos.

– Tatuś dobrze wiesz, że w tym kącie nie ma zasięgu…

Edward nadal się śmiał …Nie przypadkowo grali zawsze przy tym stoliku.

– A Kasia gdzie? – spytał Tom.

– Pana Siostrzenica poszła z Emilką  …Pewnie siedzą  u  Martyny!?

Tom niechętnie ale podniósł się ze stołka:

– Edku, wybacz ale musze uporać się z moim „kłopotem”

– Jaki  z niej kłopot!?  …Przecież to miłe dziecko – odparł, i dodał – No dobrze idź już, poskładam wszystko   …I tak z synem, muszę wygonić wszystkich  z baru – Ja im płacę a klientów brak.

       Tom , gdy tylko wyszedł na zewnątrz, zadzwonił do Martyny, że czeka na Katarzynę przed barem.  I opierając się o poręcz schodów, patrzył w dół na taflę jeziora. Odbijały się w nim gwiazdy, i światła  lamp,  raz po raz mącone falami. ” Odbicie nigdy nie jest idealne. …Zawsze mącą je fale łez, nad tym, że nie jest prawdziwe  …A co by było, gdyby była prawdziwą siostrzenicą!? „ – Pomyślał.

Nie czekał na nią długo. W drodze powrotnej Katarzyna spytała o to, o co nie spytała wychodząc w południe  z Emilką

– A gdzie ja będę spała?

– Sama powiedziałaś, że to duża chałupa  …Na pewno coś się znajdzie – odparł tajemniczo.

Gdy już byli w domu, Tom wszedł z nią na piętro. Na końcu atrium, tuż przed drzwiami wychodzącymi na taras nad kuchnią , otworzył drzwi  po lewej stronie holu przekręcając w nich klucz i wszedł zapalając światło. Był to pokoik z poddaszem,  umeblowany.  Pośrodku poddasza stało duże łóżko.

– To będzie Twój pokuj  …Może być?

– U łaaa!?  Jak  w 5 gwiazdkowym hotelu – ucieszyła się.

 – Pościel jest w szafie …I nic poza tym, wiec w czym będziesz spać –  Nie moja sprawa . A łazienka…

– Wiem,  wiem! – Przerwała Mu – Obok. Przecież już zwiedziłam piętro ze szczotką.

– To co !? Idziesz na dół po swoje rzeczy i do spania!?

– Tak jest „Wujku” !  – uśmiechnęła się.    Tom uśmiechał się jeszcze długo, nawet po tym jak powiedział jej „Dobranoc” i nim sam usnął. 

           Niedzielny poranek, zaczął się dla Toma o 7:30, kiedy wstał z łóżka i poszedł do kuchni, zaparzyć kawę. Gdy  już ją pił w kuchni pojawiła się Kasia . Z zmierzwionymi  włosami , zaspanym wzrokiem  i na bosaka. Usiłowała  ogarnąć postrzępiony szlafrok, ledwo osłaniający jej ciało, ziewnęła  i spytała ;

– Co będzie na śniadanie?…

” A co ma być!? …To niby ja mam robić śniadanie?!” – Dopiero teraz dotarło do Toma, że pojawienie się w jego domu Katarzyny, zburzy  jego porządek dnia i przyzwyczajenia:

– To co?! –  Jajecznica na bekonie?!– odparł trzymając kubek z kawa w dłoni, która poplamiła jego piżamę, gdy się roześmiał.

        Tego dnia na śniadanie były kanapki z Nutella  i ciepłe  mleko. Menu codziennie było inne, ale zawsze przyrządzał je  on dla Kasi…  Zawsze jadła śniadanie, będąc  jeszcze w piżamie. Zawsze przy tym samym stole. Zawsze na tym samym krześle  …Ale ani przez chwilę wtedy, nie było  im obojgu  nudno!.

       W tej branży Niedziela nieszczególnie różniła się od pozostałych dni tygodnia. Może mniej było pracy na terenie Ośrodka, ale część personelu pojawiała się jak zwykle co rano …Choćby po to, by ich szef Tomasz Konior, mógł zjeść porządne śniadanie, nie zadając sobie przy tym trudu, by je przygotować . On zresztą też, jak codziennie czuwał nad tym, by wszystkie tryby tej machiny kręciły się bez zakłóceń.   Niedzielny poranek przywitał ich chłodem i deszczem, więc wszystkie tryby, kręciły się powoli i sennie. Katarzyna całe przedpołudnie spędziła w domu, lecz w momencie, gdy zaczęła liczyć spływające krople na szybach okien salonu, postanowiła wyjść. Z znalezionym parasolem koło stojaka przy głównym wejściu, poszła w miejsce które już poznała, czyli do baru „Fala”. W przeciwieństwie do wczorajszego dnia, wewnątrz panował ruch. ” No tak… Nie na darmo się mówi  – Pogoda barowa…„- pomyślała.

Przez chwilę wodziła wzrokiem w nadziei, że zauważy Toma, lecz nigdzie go nie było. Za ladą baru przy bufecie było pusto,  poznana wczoraj pani Marysia  krążyła wśród stolików. Kasia  postanowiła gdzieś przysiąść w nadziei , że Tom się  pojawi. Jedynym dobrym miejscem, wydał się jej ten stolik  przy którym  jedli obiad  …Za stolikiem pod ścianą,  stało to samo krzesło na którym  siedziała wczoraj.  Dziś też usiadła na nim, zawieszając mokry parasol na oparciu. I wtedy  rozpoczął  się dziwny ciąg zdarzeń.  Pierwsze podeszła do niej  Marysia:

– Dzień dobry panienko! – przywitała się z uśmiechem,  kładąc przed nią na stoliku filiżankę  kawy latte  na spodeczku , cukierniczkę i mleko w fikuśnym dzbanuszku. A  potem zaproponowała-  Przyniosę  szarlotkę  …Pyszna jest!.

Katarzyna popatrzyła  niepewnie  na Marysię ” panienko!?  …Ale co?! – Skąd!?. Ja nic nie zmawiałam …Nie wzięłam pieniędzy!” – W jej oczach widać było panikę i zaskoczenie. Lecz  odpowiedziała, witając się z kelnerką:

– Dzień Dobry Pani.

W tym samym momencie, poczuła zapach aromatu kawy  i rozpłynęła się w nim: „Ech ten zapach kawy!? …Dwunastolatką mało kto proponuje latte – Trzeba skorzystać!” -Uśmiechnęła się, biorąc łyżeczkę ze spodka, posłodziła kawę i dolała odrobin mleka , energicznie mieszając łyżeczka w filiżance …Nie wiedziała, że ten rytuał  stanie się prawie codziennym elementem jej dni. Nim znów pojawiła się przy niej uśmiechnięta pani Marysia, Katarzyna zdążyła wypić dwa łyki kawy.

– Naprawdę pyszna szarlotka! – odezwała się kelnerka kładąc przed nią talerzyk z ciastem – Jakby panienka coś chciała, to proszę mi powiedzieć – dodała na odchodne,  znikając pomiędzy stolikami.

Następne zdarzenie,  zaczęło się od tego, że do  środka weszło kilku Młodzieńców . Byli głośni  i wulgarni. Więc szybko zwrócili  na siebie uwagę. Chwilę rozglądali się po sali, a gdy zauważyli, że przy wielkim stoliku obok baru, siedzi tylko Kasia, podeszli:

– Ty Mała!  …My się tu możemy dosiąść!? –  odezwał się  jeden z nich .

Na co Inny , wtrącił :  – A co się kurwa  będziesz smarkuli pytał!? ….Siadaj i już!  –  I nie czekając na jej reakcję, rozsiedli się naprzeciwko…

Katarzyna , na początku ich zignorowała ” Patałachy i tyle!” . Lecz gdy zaczęli głośno i wulgarnie rozmawiać, zwróciła im kulturalnie uwagę:

– Ej no  Patałachy! Nie jesteście tu sami!

Do stolika podeszła też Marysia, głośno oznajmiając:

– Te miejsca są zarezerwowane!  Proszę  się przesiąść gdzieś indziej…

Lecz w  odpowiedzi usłyszała tylko :

– A spadaj Babo!…

Marysia była drobna szczupłą Kobietą. Niewiele wyższą od Kasi. W konfrontacji z młodymi ludźmi, nie miała by szans, wiec po tej odzywce, zniknęła wychodząc na zaplecze. Kasia  nie dała za wygraną i powtórzyła:

– Słyszeliście!?  Wypad od tego stolika!

W odpowiedzi od jednego z nich ,usłyszała tylko wulgarne:

 – A odpierdol się mała i milcz!…

Miał coś jeszcze dodać, ale od wejścia dobiegł go głośny krzyk, który przykuł jego uwagę.

– Siemanko  Olo!

 Olo obrócił się:

– Ej no, patrzcie!?  …Lowelas się odnalazł!  …Cho no tu! Grzejemy stołek dla Ciebie.

– Thx Olo! – odparł rozbawiony i podążył do reszty.

Zachowanie obu wyrostków sprawiło, że wszystkie oczy na sali, śledziły ich każdy ruch.  Ktoś zwrócił im uwagę na ich mało kulturalne  zachowanie. Ale Ów  Lowelas, zbył te słowa obojętnością.  Podszedł do reszty towarzystwa, przy stoliku Kasi …Ona gdy go tylko zauważyła , poznała – To był jeden z tych Patałachów, który wtedy wieczorem wszedł do jej namiotu. On, gdy uwalniając się z szelek , ściągał z siebie swój plecak, też ją poznał:

– Oo?! …Siema Dupeczko!  …Czemu wtedy zwiałaś!? …Fajnie nam mogło być, a tak mam tylko twój namiocik – uśmiechnął się głupkowato, podnosząc w gore jej pokrowiec z namiotem – Nawet fajny!- Dodał .

Kasia nie wiedziała jak zareagować. Czuła wściekłość. …Właśnie miała puścić ordynarną i wulgarna wiązankę słów do niego, lecz w tym samym momencie w przejściu  na zaplecze obok  bufetu, pojawiła się postać  Marysi  a za nią postać Olbrzyma  …Kasia do tej pory nie poznała jeszcze, Pana Mareczka. Dzisiaj akurat nie robił za kierowcę, tylko za ochroniarza. Przecież miał ku temu warunki i predyspozycje – 190 cm wzrostu. 115 kilogramów wagi. …I sporą masę mięśniową. Lecz mało kiedy ich używał w stosunku do ludzi. Wolał osiągać cel perswazją.

– Czy oni się Pani naprzykrzają ? – spytał patrząc na Katarzynę.

– Tak!  …A ten Bęcwał ukradł mi namiot – Odparła wskazując ręką na Bęcwała.

Pan Mareczek podszedł do  Lowelasa. Złapał w dłoń namiot,  wyrywając go z zaciśniętych na nim –  obu jego dłoni.

– Ten panienko?

– Tak!

Mareczek  trzymał namiot w prawej ręce. Milcząc  palcem wskazującym lewej reki, pokazał na zawieszoną  na ścianie, nad głowa Kasi  tabliczkę z napisem „Stolik służbowy”.  Oczy młodzieńców podążały za wskazującym palcem Olbrzyma. A  On,  tym samym palcem wskazał na drzwi wyjściowe z lokalu:

– Wypieee!… – Urwał w pół słowa, zerkając na Katarzynę i dokończył, nieco  łagodząc znacznie – …Wypieprzać  mi stąd wszyscy!. 

Młodzieńcy, w pospiechu zebrali swoje rzeczy i  wyszli, bez ani jednego słowa.  Gdy znikli, Ktoś na sali zaklaskał wołając „Brawo!” .  Pan Mareczek dygną tylko skromnie w tamtym kierunku. Obrócił się do Kasi i  podnosząc nieco w górę rękę z zaciśniętym w dłoni  namiotem, powiedział:

– To ja ten namiot położę pod  lodom panienko… – i uśmiechnął się.

Katarzyna również odpowiedziała uśmiechem – Bardzo wielkim uśmiechem. Pana Marek, zostawił namiot za bufetem,  obok Marysi i znikł w przejściu na zaplecze.  Wpatrzone do tej pory oczy na „Stolik Służbowy”, przeniosły swoje spojrzenia  nawzajem siebie. Katarzyna łapiąc za uszko filiżanki, zrobiła łyk kawy, która już ostygła. Jej bardzo wielki uśmiech wciąż nie znikał z twarzy. Zachowanie Marysi , jak i Olbrzyma względem niej,  spowodowało, że poczuła się jak Ktoś wyjątkowy; „ Nie powiem, to miłe uczucie, poczuć się  kimś wyjątkowym, zwłaszcza gdy się jest  pospolicie banalnym. …Ale z drugiej strony!?  – Gdybym faktycznie była wyjątkowa, takie uczucie byłoby tylko banałem”. – rozmyślała ; ”  Skąd ta  „panienka”. I to wyjątkowe miejsce przy stoliku?  …Ta serdeczność w ich głosach!? – Przecież  nic o mnie nie widzą… Nie znają mnie.”

Nie wiadomo do jakich myśli Katarzyna by dobrnęła, gdyby nagle nie usłyszała głosu  Toma:

– No tak, najlepiej się rozsiąść z ciachem i kawcią…

Stał uśmiechnięty w wejściu od zaplecza. Ucieszyła się na jego widok:

– Poszłam Pana szukać i trafiłam tu…

– No i słusznie, to najlepsze miejsce w którym – wcześniej czy później ,można mnie zawsze znaleźć! –

Nadal się uśmiechał, gdy siadł obok niej, na tym samym miejscu co wczoraj…

– Słyszałem, że na brak atrakcji tu nie narzekałaś?.

– A owszem, działo się to i owo, ale wszystko skończyło się dobrze… – a potem spytała– …A skąd Pan wie!?

– Marysia zadzwoniła po Mareczka  …To ten Olbrzym.

– Chyba powinnam im podziękować!?  …W ogóle są dla mnie tacy mili i uprzejmi  …I zwracają się do mnie „panienko”- Jakbym była księzniczką z bajki.

– A czy ja Tobie nie mówiłem, że My tu traktujemy się z szacunkiem!? – Jak w rodzinie, nie jak w bajce …A ty przecież jesteś moją jedyną siostrzenicą – odparł i popatrzył na nią wymownie.

          Ta Niedziela, choć pochmurna i deszczowa, w sercu Kasi błysnęła odrobiną słońca  …Radością z faktu, że mimo wszystko jest wyjątkowa ;„…I co z tego, że na niby!?”.

 Poza tym, nic znaczącego nie działo się tego dnia przez wszystkie pozostałe  godziny , aż do wieczora. Wieczorem, gdy znów razem usiedli na kanapie, Tom spytał:

– Mówiłaś , że masz tylko mamę …A Tatuś?

– …Tego nie wie nikt  …Obawiam się, że nawet moja mamusia.

– A Twoja siostra?

– Jest ode mnie starsza o 10 lat …Dopiero gdy skończyłam 5 lat, dowiedziałam się, że mam siostrę…

– Nie mieszka z Tobą?

– No przecież! …Po moim urodzeniu, kilka miesięcy później, jej Ojciec  zabrał ją do swoich rodziców. …Ona mieszka teraz  z Dziadkami.

– Jak się  poznałyście!?

– Na pogrzebie jej taty  …Moja mama  na ten pogrzeb pojechała ze mną.

– Wygląda na kogoś, kto bardzo cię kocha…

Katarzyna nie odpowiedziała od razu. Nie bardzo przecież wiedziała, jak to jest kogoś kochać. Więc po namyśle, odparła.

– Troszczy się  o mnie bardziej niż własna Matka  …I za to, będę jej wdzięczna do końca życia …

      Te ich wspólne rozmowy wieczorami na kanapie, staną się od tej pory następnym zwyczajem – Chwilami na które się czeka. Gdy Katarzyna poszła na górę do swojego pokoju, mówiąc na odchodne „Dobranoc”. Tom uruchomił swojego laptopa, odpalając  Facebooka , żeby jak zwykle poszukać śladów swojej rodziny, lecz po chwili zamknął go” Właściwie po co!?” …Przecież już mam rodzinę”.

        Poniedziałek przywitał Toma błękitnym niebem i pięknym wschodem słońca. Tom wstał wcześnie. Właśnie krzątał się, robiąc grzanki na śniadanie dla Katarzyny, gdy ta pojawiła się w kuchni.

– Dzień Dobry !

 Powiedziała z uśmiechem na ustach i przeciągnęła się, zakładając obie ręce za głowę …W tym momencie wypłynęła  niedoskonałość szlafroka …I nie tylko to wypłynęło –  rozsunął się na boki odsłaniając pół nagie ciało. ” Ale skucha!?” – rozerwała ją myśl wstydu,  i w miejsce uśmiechu na twarzy Kasi, pokazały się różowe wypieki. Nie znikły szybko. Nawet jak już obwinęła się szlafrokiem i ponownie usiadła na swoim krześle-  Jej twarz nie zmieniła koloru.

– Zapomniałam się obwiązać  …Zarzuciłam tylko na śniadanie. – zaczęła się tłumaczyć.

– To w nim nie spisz?

– W nim się nie da spać …Śpię w majtkach które dostałam od pani Martyny. Tylko odrobinę za duży rozmiar, a  i tak się potrafią zsunąć w czasie snu , a co dopiero ten szlafrok ?!– zamilkła, uświadamiając sobie do kogo to  mówi , i w tej samej chwili, jej różowe policzki zmieniły barwę na intensywną czerwień.

Toma to rozbawiło.  Z trudem ukrywając uśmiech, by  czasem intensywna czerwień, nie przeszła w purpurę- zapytał:

– A resztę rzeczy od Martyny? …Nie było w nich nic, co nadawałoby się do spania?

– Druga taka sama para majtek?!…  – odparła z ironią . I choć nadal jej policzki były czerwone, roześmiała się. Tom  też uwolnił swój skrywany dotąd śmiech.

-Dobrze.  Dzisiaj  po śniadaniu pojedziemy do miasta, na zakupy  …Proszę panienki  – oznajmił, akcentując ostatnie dwa słowa.

– Obawiam się, że  panienka nie ma kasy na zakupy – odparła akcentując  „panienka”

– Dla jedynej siostrzenicy grosza nie poskąpię. I na tym, koniec dyskusji.

Nadal się śmiali …Często się śmiali. Bo przecież uśmiech ułatwia kontakt z innymi, i buduje życzliwość. Po śniadaniu, gotowi do wyjścia z domu, zeszli schodami w dół, do garażu, który znajdował się pod podpiwniczoną połową domu. Gdy Katarzyna zobaczyła w nim zaparkowany samochód Toma, od razu skomentowała:

– …No a jak inaczej!? – Terenowe BMW. Pewnie jeszcze z automatyczną skrzynią biegów?

– No a jak inaczej!? – odparł tym samym zdaniem,  uśmiechając się a potem westchnął – Ech Kasiu, Kasiu!

Gdy już jechali szosą do miasteczka, choć marka auta krzyczała ; „Wdepnij gaz!”  – Tom jechał wolno. Był zwolennikiem teorii, że im wolniejsza jazda, tym dłuższa przyjemność –  Oczywiście pan Mareczek się z tym nie zgadzał,  wspominając coś o adrenalinie i dopaminie – Ale Tom, pozostał przy swoich zasadach, i wpatrując się w przednią szybę swojego samochodu, oszczędzał pedał gazu. Katarzyna wodziła wzrokiem po wnętrzu:

– Luksus. Na każdym kroku go widać…

– Chodzi ci o to co mam?

– Tak.

– W takim razie, ja chyba ślepnę  …Też byś oślepła – odparł.

– Za krótko tu jestem.

A właśnie! …Musze porozmawiać z Twoją siostrą wieczorem, ale najpierw zapytam ciebie…

Tom na chwile zamilkł , jakby układał pytanie. Lecz Katarzyna, był niecierpliwa:

– O co chce mnie pan zapytać?

– Ty masz teraz wakacje, tak?

– No tak…

– Czy zgodziłabyś się spędzić tu, te wakacje?

– Głupie pytanie.

– Dlaczego głupie?! – Tom nie pojął aluzji.

– Mając do wyboru matkę, która jest nią tylko dla tego, że mnie urodziła, i że dziele z nią pokój na pół w obskurnym mieszkaniu… A  ludźmi , w których towarzystwie czuję się wyjątkowa i wszechobecnym luksusem? – To przecież odpowiedź jest prosta – Jasne że tak! – Jej oczy szkliły się z radości, gdy on spojrzał na nią w tym momencie.

– Nie byłem pewny czy się zgodzisz z innego powodu…  Niewiele wiem o dzieciach. Nawet tych wyrośniętych.

– Spokojnie … Jakby co?! To ja pana wszystkiego nauczę!

     …I w kabinie samochodu rozległ się głośny rechot. Trwał z krótkimi przerwami do momentu, aż Tom zaparkował w miasteczku obok magistratu. Tom nie wybrał się tu tylko dlatego, że Katarzyna nie miała w czym spać. Miasteczko, choć było małą mieściną, nosiło status miasta powiatowego. Tu znajdowały się ważne urzędy i instytucje.

 A przecież Tom był człowiekiem od „załatwiania” ,to jeszcze przed wyjazdem uprzedził Kasię, że nie będzie brał udziału w jej zakupach.

-Telefon masz?

– Mam! – Kasia sięgnęła ręką , łapiąc w dłoń swój plecak – W tym plecaku jest! – I uprzedziła jego dalsze pytania  – Telefon działa, numer do pana zapisałam.

– I pięknie! To spotykamy się za dwie godziny na plantach, obok fontanny. Centrum handlowe, jest parę kroków stąd za tamtym kościołem – Tom wskazał ręką na kościelną wierzę wystającą ponad dachy domów.

Oboje wysiedli z samochodu. Tam przewiesił przez ramię swoje etui z laptopem i dokumentami,  a Katarzyna przewiesiła przez jedno ramię,  obie szelki swojego plecaka. Tom podszedł do niej:

– Zapomniałem o najważniejszym – i  sięgając do tylnej kieszeni spodni, wyciągnął z niej plik banknotów  – Powinno wystarczyć?! – i podał je Katarzynie.

Katarzyna bez wahania, nie czując żadnego skrepowania faktem, że daje jej pieniądze – Wzięła je z zadowoloną miną  ; ” W końcu  zostałam jego jedyną siostrzenicą”  -pomyślała przekornie, lecz z nieukrywana radością, odparła – Dziękuję wujciu !

– Nie ma za co „Skarbeńku” – Odparł. I rozeszli się w dwie-  przeciwległe strony.

    Gdy  po półtorej godzinie zakupowego szaleństwa  Katarzyna wychodziła z centrum handlowego. Nie była obwieszona torbami. Kupiła tylko najpotrzebniejsze i niezbędne rzeczy na „już” i upchnęła do małego plecaka …Choć nieco spuchł, pomieścił wszystko. Do spotkania zostało jeszcze sporo czasu. Na kościelnej wierzy zegar wskazywał 12:30. A , że  poniedziałkowe popołudnie zrobiło się upalne,  pomyślała o lodach. Szybko znalazła lodziarnię-  tuż obok plant. Kupiła trzy gałki lodów o smaku waniliowym, posypanych białą czekoladą,   i usiadła w alejce na ławce pod wielkim liściastym drzewem.  Jego  rozłożyste konary tworzyły wielki baldachim wypełniony zapachem róż. Pieły się po pergoli za jej plecami . Kasia jeszcze dobrze nie rozsmakował się lodem, gdy po przeciwnej stronie alejki na takiej samej ławce, usiadła młoda  matka z trójką  małych dzieci …Choć ta kobieta wyglądała schludnie, to miała na sobie nieco sfatygowaną sukienkę, a na stopach założone , zdarte  starością trzewik. Ubiór dzieci, też nie błyszczał nowością.  ” Na bank ciuchy z MOPS-u!” – pomyślała

 …Cała czwórka wyglądała na bardzo zmęczoną . Matka  odkładając wielka torbę, posadziła córeczkę na ławce po swojej prawej stronie. Dwaj starsi chłopcy wgramolili się sami, siadając z drugiego końca  ławki. Ona usiadła pomiędzy nimi:

– Mamusiu chce mi się pić –  odezwała się jej córeczka ,usiłują wtulić  w jej objęcia, jakby to miało złagodzić pragnienie.

– Aluś, przestań  …Nie wspinaj się po mnie. Butelka jest już pusta, nie ma w niej picia.

Wtedy odezwał się  jeden ze jej  starszych braci dziewczynki :

Mamusiu to kupmy, mi też się chce pić.

– Dobrze zaraz, tylko odpocznę – odparła

          Na chwilę uwalniając się z objęć córeczki, zanurzyła obie ręce  w torbie, którą postawiła obok stup – przed sobą. Wyciągnęła z niej portmonetkę, rozpinając wysypała na rozwartą dłoń jej zawartość a potem ,palcem drugiej-  przegarniała bilon jakby go liczyła. Po chwili zawartość z dłoni wsypała z powrotem do portmonetki, mówiąc:

– Wiecie co?!  …Tu niedaleko jest fontanna. To może jest też woda do picia?

– Ale ja już nie mam sił mamusiu. Poniesiesz mnie?… Proszę – odezwała się jej córka.

Obaj chłopcy, popatrzyli na siebie i zsunęli się z ławki, stając przed matką.

– Mamuś, daj butelkę …My poszukamy wody  – Powiedział starszy z nich.

Kobieta nic nie odpowiedziała, tylko znów sięgnęła jedna ręką do torby, bo druga obejmowała swoje dziecko . Wyciągnęła  z niej pustą butelkę, mówiąc:

– Jasiu. Tylko do fontanny,  i wracacie z powrotem!

– Tak , tak Mamusiu…

      Katarzyna  cały czas im sie przyglądała i nasłuchiwała ; ” Znam ten ból , proszę pani” – pomyślała, wtedy, gdy matka  przeliczała ostatnie drobniaki. Chłopcy odeszli a mama  przesuwając się na ich miejsce, jedną ręką wyjęła  ze swojej torby damski  żakiet i rozłożyła  na ławce, potem uwolniła z drugiej reki swoją córkę , kładąc ją na żakiecie:

– Poleż Alusiu na chwilkę – powiedziała, obcierając czule jej spocone czoło.

           Katarzyna, gdy poczuła na nadgarstku zimną strużkę,  roztopionego loda –  Wtedy to , co zostało z niego w dłoni, włożyła do buzi na raz.  Wstała i podeszła do matki z córką siadając na skraju , obok matki.

– Dzień Dobry – przywitała się pogodnym tonem.

– Dzień dobry  …Ale troszkę za ciepły – odpowiedziała kobieta, z lekkim grymasem uśmiechu na zmęczonej twarzy.

– Pani wybaczy, ale obserwowałam całą waszą czwórkę.  I słyszałam całą rozmowę… – zaczęła.

– Ładnie to tak dziewczynko?! – przerwała jej  podirytowana kobieta.

– Wiem , że nie ładnie. – Katarzyna zamilkła .

Przekładając plecak z ramienia na kolana. Wyszarpała z wypchanej opuchlizną bocznej kieszonki plecaka   portfel . Wydobyła  z niego stu złotowy banknot, a potem wyciągając rękę z banknotem w stronę kobiety –  powiedziała:

– Proszę. Niech pani weźmie.  Nie kradzione – moje ! …Z dobrego serca daję. Widziałam jak pani przeliczała te drobniaki.

Katarzyna przez dłuższą chwile , trzymała wyciągniętą rękę w stronę kobiety. Po kobiecie było widać, że się krępuje.

– Niech pani weźmie! Też jestem takim dzieckiem jak one …Dlaczego ja mogą ugasić pragnienie a one nie?!

W oczach kobiety pojawiły się łzy. Wzięła banknot, zaciskając w swojej ręce i z uśmiechem  odparła:  – Bardzo ci dziękuję kochanie.           …Tom załatwił swoje sprawy szybciej niż zakładał. Gdy wychodził z urzędu, na jego zegarku była 12:00. Miał zadzwonić do Kasi, ale zrezygnował. Wizja  bagażowego, obwieszonego zakupowymi torbami  przeraziła go. Więc postanowił  cierpliwie poczekać w cieniu drzew parku . Usiadł w jednej z bocznych alejek, tuż  za rabatką na której stała pergola pachnących – dzikich róż. …Lubił ten zapach.

Oparł się wygodnie, zakładając ręce za głowę, rozprostował zmęczone nogi i zamknął powieki. Po parkowych alejkach, razem z zapachem  róż, rozchodził się cichy gwar miasta. Szum samochodów na oddalonej nieco ulicy, odgłosy kroków na chodniku, jakieś rozmowy!? …Było to jak brzęczenie  roju pszczół …Nie był meczący, przeciwnie działał jak mantra przy której można było wyciszyć umysł. Lecz w pewnym momencie w tym pomruku , wydało mu się, że usłyszał głos Kasi. Otworzył oczy, rozglądając się na boki, ale nigdzie jej nie zobaczył. Po chwili jednak znów usłyszał jej głos  dochodzący zza jego pleców. Wstał i obrócił się w kierunku z którego dochodził  – Kilka metrów za różanym klombem, przy  głównej alejce Plant , zobaczył Katarzynę. Siedziała  na skraju ławki  obok jakiejś kobiety z leżącą dziewczynką, której główka  opierała się na jej udach.  Kasia wyciągała  w  kierunku kobiety swoją rękę w której dłoni ściskała jakiś banknot. Coś mówiła do niej, lecz jej głos mieszając się z gwarem miasta, był niezrozumiały. Kobieta jakby chwile się wahała,  lecz po chwili złapała banknot, zamykając go w swojej dłoni. Katarzyna wstała z uśmiechem, zawiesiła plecak na ramię i poszła alejką w stronę fontanny. Po kilku krokach spotkała dwóch małych chłopców, przykucnęła, czochrając jednego z nich po czuprynie. Coś chwile do nich mówiła śmiejąc się a potem wstała i robiąc ręką gest „pa, pa”-  Poszła przed siebie.

     Tom  złapał z swoje etui, i bocznymi alejkami poszedł do fontanny. Dochodząc do niej, zobaczył Katarzynę przy niecce fontanny. W obie dłonie łapała  warkoczyki  spadającej wody.

– O Tu jesteś?!– udał zaskoczonego jej obecnością.

Obróciła się w jego stronę i śmiejąc, odparła – …A gdzie mam być?!

Tom popatrzył na nią, robiąc zdziwiona minę:

– A gdzie torby z zakupami?!

Ona ściągając przełożony przez ramie plecak, poklepała po nim mówiąc – Tu… – wszystko zmieściło się do mojego plecaka.

– To co Ty kupiłaś?! – odparł z jeszcze większym zdziwieniem.

– Wszystko! – Czyli najpotrzebniejsze rzeczy – i zaczęła wyliczać jednym tchem  – Kupiłam dwu-częściową piżamę, dwie pary majtek, staniczek, 2 pary białych skarpet, szczoteczkę do zębów z pastą, szczotkę do włosów,  i własny szampon – zrobiła przerwę na oddech i po chwili wahania dodała – Kupiłam jeszcze dżinsową spódniczkę i biały podkoszulek – powiedziała to tak, jakby chciała się wytłumaczyć  z ostatniego zakupu zaraz jednak dodała – Przecież powiedział pan, że mogę zaszaleć…

     Szum fontanny zmieszał się z głośnym śmiechem Toma. A i tak, kilka siedzących na ławeczkach wokół  fontanny osób skierowało na niego swoje spojrzenia.  Zauważył to. Zdławił śmiech przystawiając dłoń do ust. Gdy ją cofnął nadal miał zaciśnięte usta i parskał nosem.  Po chwili jednak powiedział:

– I to miało być zakupowe szaleństwo?! – i znów dłoń przyłożył na chwilę do ust.

A  po chwili zaczął:  – Ja miałem  na myśli, że kupisz sobie jakiś modny ciuch i markowe obuwie,  i to nie jedna parę… – znów zaczął się śmiać, tym razem dyskretniej – Przecież  miałaś czym zapłacić – dodał.

– Na ale już mam fajne ciuchy  od Pani Martyny.

Kasia, wypinając pierś, obiema rękami wskazała na pomarańczową bluzkę, jakby chciała pokazać swój ubiór.

– No chyba nie będzie chciała, żeby jej to zwrócić?!

Tom, choć się bardzo starał, nie mógł opanować głośnego śmiechu.  Jedną ręką wskazał pustą ławkę , nieco na uboczu. Poszli i usiedli na niej. Tom dłońmi obtarł łzy radości z oczu, a potem wytarł dłonie o spodnie i najpierw głęboko wzdychając ;„Ech Kasiu, Kasiu!” – powiedział:

– Wróćmy się  lepiej na prawdziwe zakupowe szaleństwo – potem patrząc na jej brudne stopy w zakurzonych sandałach – dodał:

 –  Choćby po to, żeby kupić uczciwe buty i pantofle… Nie będziesz wciąż paradować na boso po domu.

– Jak wujcio uważa… – Katarzyna nie zaprotestowała – ” W końcu to jego kasa!”– pomyślała .

Tom popatrzył na nią skrzywiona miną:

  – Proszę cię, tylko nie mów do mnie „wujcio”!

– Dobrze proszę pana!- odparła z uśmiechem.

         …Było parę minut po czternastej, gdy wracali. Katarzyna szła z przodu, wpatrzona na  nowe  sportowe buty  na stopach. Tom szedł za nią, robiąc za tragarza – Niósł dwie torby z zakupami. Ułożył je na tylnych siedzeniach razem ze swoim etui. Katarzyna usiadła na miejscu pasażera z swoim spuchniętym plecakiem na kolanach. Tom usiadł za kierownicą i ruszyli w drogę powrotna do domu. Po krótkiej chwili milczenia, pierwsza odezwała  się Katarzyna:

– Teraz ja się panu do czegoś przyznam… – zaczęła z strapioną miną – Dałam pewnej kobiecie w parku sto złotych z tych pieniędzy,  które dostałam od pana.

Tom nie wspomniał, że był  tego świadkiem.  Lecz nie znał  powodów dlaczego tak postąpiła, spytał więc:

– A dlaczego?

– Bo nie miała pieniędzy, za to trójkę małych spragnionych picia dzieci – wyjaśniła.

Wtedy Tom  patrząc na nią – odparł :

– Nie rób takiej miny, to nie jest powód do strapienia a do dumy.

Po tych słowach jej policzki  poróżowiały na uśmiechniętej buzi:

– Tak czułam, że nie będzie pan miał mi za złe.        

        Gdy wrócili do domu, Tom chwile później poszedł do biura. Katarzyna do swojego pokoju nacieszyć się zakupami. Długo przeglądała nowe nabytki,  aż w końcu ubrana w dżinsową -krótką spódniczkę i biały podkoszulek. Założyła na stopy  białe skarpety, ubrała na nie sportowe białe obuwie marki  „Nike” i  wyszła do baru. Nie tylko po to, by się pokazać- Zgłodniała.

W barze nie było wielu osób. Za bufetem stały panie  Marysia i Emilka. Na widok  Emilki Katarzyna się ucieszyła , głośno to oznajmiając:

-Hejka Emilko!

A potem przywitała panią Marysię:

– Dzień dobry pani Marysi –  i dygnęła .

 – Wow!  Aleś się wystroiła?!  – odezwała się , zdziwiona  zachwycona jej ubiorem Emilka.

– W mieście byliśmy – wyjaśniła, lecz zaraz dodała – Ale tych ciuchów od ciebie nie oddam!.

Po tych słowach obydwie parsknęły śmiechem.

– I tak bym ich nie chciała z powrotem zołzo! – odparła Emilka.

Katarzyna podeszła do lada bufetu, przyglądając się menu:

– Głodna jestem nie  wiem co sobie kupić?!– powiedziała, gdy zauważyła, że obie panie śledzą ją wzrokiem.

– Yy… Kupić?! – zdziwiła się Emilka –  To wujek ci nic nie wspomniał!?

Katarzyna z zakłopotaną miną odparł:

– Nie wiem, co masz na myśli?!

Wtedy zamiast Emilki odpowiedziała pani Marysia:

– Przecież obiad na panienkę Kasię już dawno czeka.

– Aa?! Czeka… – odparła zmieszana.

Katarzyna była niewtajemniczona w panujące tu zwyczaje. Nic  o nich nie wiedziała, dlatego często ją czymś zaskakiwano ; „Na pewno pomyślały, że jestem niekumata” –  przeszło jej przez myśl.

Lecz szybko uciekło w niepamięć. Bo Emilka widząc jej zakłopotanie, wydeklamowała jednym tchem; „Nie stój tu jak słup soli, tyko pakuj się  za stolik! ” – ten tekst spowodował , że znów się roześmiały.

Katarzyna usiadła przy stoliku, jak zawsze na swoim miejscu. Gdy jadła obiad przyrządzony przez pana Bogdana, uważała, by nie poplamić białej podkoszulki. Bo raz po raz trzęsła się ze śmiechu z powodu Emilii, która siedziała naprzeciw niej. Po obiedzie była kawa latte i kawałek pysznego ciasta. Wszystko w towarzystwie nowej przyjaciółki Katarzyny. Poznając się nawzajem – tak jak  wtedy, gdy spotkały się   po raz pierwszy – nie zwracały uwagi na to, co  dzieje się wokół. Rozmawiały, żartowały. Dopiero gdy obok Emilii usiadła jej mama i spytała ;„Co dzisiaj będzie na kolację?!” –  dziewczęta wróciły do rzeczywistości. Katarzyna mogła co chwilę  wysłuchiwać  ochów  i achów  zachwytu jej nowym wyglądem, bo miejsca przy stoliku powoli wypełniły się  rodziną Emilki. Przyszedł też Tom, siadając  tam, gdzie zawsze. Katarzyna  domyśliła się, że każdy ma tu stałe miejsce wtedy,  gdy przyszedł dziadek Emilki i usiadł naprzeciw Toma – …I nie tylko usiadł tam dlatego, że po kolacji rozłożyli szachy a Zofia postawiła na stole butelkę czerwonego wina.

Kasia ,odkąd tylko pojawił się Tom, przez cały czas siedziała obok niego . On pochłonięty był grą i rozmową z swoim przyjacielem, lecz  często odzywał się również  do Katarzyny , co sprawiało, że  czuła się  przy nim jak przy kimś naprawdę bliskim- Polubiła to uczucie.  Dlatego gdy po miłym wieczorze wracali o 22:00 do domu, ona spytała:

– Powiedział pan, że mnie polubił i zaczyna szanować  …A lubi pan moje towarzystwo?

– A jak myślisz?!

– Lubi! – Inaczej nie trwoniłby  pan swojego  czasu na wysiadywanie ze mną  – odpowiedziała , a on  nie zaprzeczył –  Bo  nim oboje poszli spać, spędzili jeszcze sporo czasu, razem na kanapie w salonie.

        W zasadzie przez kolejne dwa dni niewiele się zmieniło. Tom znikał po śniadaniu, a  dopiero późnym południem spotykali się  razem. On czas bez Katarzyny spędzał na pracy, ona natomiast spędzała go w towarzystwie Emilii . Spacerowały razem po ośrodku, przesiadywały w barze, rozmawiając na różne tematy, poza jednym – Katarzyna nie zwierzała się z niczego, co dotyczyło jej dotychczasowego życia… Do momentu, gdy w środowe przedpołudnie obie, siedząc na kei przystani, moczyły nogi w wodzie. Wtedy dobiegł je głos mamy Emilki – Martyny, która szła z hotelu w stronę baru. Gdy je zauważyła, zawołała:

– Emilka!  Miałaś  pomagać pani Marysi w barze …Kończcie te plotki!

Jej córka nic nie odpowiedziała, tylko popatrzyła w jej kierunku, robiąc kwaśną minę. A potem odezwała się do Katarzyny:

– Twoja mama musi być fajna, skoro pozwala ci wakacje spędzać u wujka …Ja każde wakacje spędzam tu!.

Katarzyna przez chwile milczała ; „Co ja mam odpowiedzieć?!  … Mam powiedzieć prawdę, że chla, ćpa i się kurwi , i nie ma dla mnie czasu?!  …A wujek  nie jest wcale żadnym wujkiem?  – myśli w jej głowie się kłębiły, przedłużając milczenie . Emilia zauważyła jej wahanie, więc dodała:

– Tylko mi Kaśka nie mów, że twoja mama jest do niczego, a te wakacje spędzasz tu za karę!?

– Moja mama jest do niczego. A to, że jestem u wujka to tylko przypadek…

 Katarzyna nie chciała brnąć w kłamstwa, zależało jej na znajomości z Emilią, więc odpowiedziała prawie -prawdę …A, że półprawda to nadal kłamstwo, poczuła się nieswojo.

Eno?! – Co ty gadasz Kaśka?! Na pewno nie jest aż tak źle?

Błędem Emilki  w tej odpowiedzi było to, że wątpiąc w wypowiedź Katarzyny – uśmiechnęła się  z niedowierzaniem.

– Całkiem serio! Nie jestem złotym dzieckiem jak ty!.

– Wyluzuj Kaśka!  …Ja nie jestem złotym dzieckiem. To samo mogłabym pomyśleć o tobie. Odkąd pojawiłaś się w domu bogatego wujka – Masz wszystko.

Obie przyjaciółki na chwile zamilkły, bu pozwolić ostygnąć emocją, mocząc nogi w zimnej wodzie. Milczenie przerwała Katarzyna:

– Nie gniewaj się, ale moje życie jest całkiem inne… – na moment znów zamilkła, by po chwili dodać- Nie mówmy już o tym!

Emilia odparła tylko „Dobrze”- A potem wstały i poszły w kierunku baru, rozmawiając o obowiązkach, jakie Emilka ma w barze.  Ich przyjaźń nie ucierpiała z powodu ich  rozmowy.

         Jednak wieczorem, gdy Katarzyna spędzała wspólne chwile z Tomem , opowiedziała  to, co się wydarzyło na przystani. Wtedy on odparł:

– Mnie też wypytują o ciebie… To normalne, że chcą cie poznać . Znając-  łatwiej jest zrozumieć drugiego człowieka.

– I co pan im o mnie mówi?!

– …Same kłamstwa!  – odparł i się roześmiał. Po chwili jednak dodał –  Nie no?! – Nie kłamię mówiąc o tobie, że jesteś miła, wrażliwa i uczuciowa – Bo taka właśnie jesteś?.

– Nie, nie jestem taka,  ale taką zaczynam się robić… To wszystko przez pana!.

– Ech, Kasiu, Kasiu – westchnął po jej słowach i zaraz dodał – …Jesteś, jesteś! Tylko o tym nie wiedziałaś  – nadal się uśmiechał.

– A te kłamstwa?

– Kłamstwa dotyczą bardziej nas obojga niż ciebie samej…  Mówię, że jesteś wnuczką mojej kuzynki  – przerwał na chwilkę , jakby się zastanawiał – …po polsku to chyba będzie wnuczka cioteczna?

– Nie wiem?!. Mam tylko siostrę.

 -A teraz wujka !-  Przecież i tak, nazywają cię moją siostrzenicą – Uśmiech wciąż nie znikał z jego twarzy.

– A pan ich w tych kłamstwach utwierdza?

– Kłamię w dobrej sprawie.  Mówienie tylko prawdy, czasem przynosi więcej złego niż dobrego  – Tom przestał się uśmiechać – Więc czasem kłamię,  i wcale z tego powodu nie mam wyrzutów sumienia.

– A czy mógłby pan okłamać i mnie?

Tom przez chwilę dobierał w myślach słowa, bo to co powie, nie uraziło Katarzyny, a potem odparł:

– Oczywiście …W wielu sprawach, błoga jest nieświadomość Kasiu  …A ty, zawsze mówisz mi prawdę?

Katarzyna kręcąc zaprzeczająco głową – odpowiedziała „Nie”. Na co, Tom doparł:

– Nie oczekuję od ciebie, że zawsze będziesz mówić mi  prawdę…  Okłamuj Emilkę, okłamuj mnie – Tylko nie wyrządzaj swoimi kłamstwami nikomu świadomie  krzywdy.

– To trudne…  Bo można skrzywdzić nieświadomie.

Tom  pokręcił tylko głową z niedowierzaniem – ” Co za mądralińska?!” …Uśmiechnął się i unikając odpowiedzi na to pytanie – rzucił:

– Dość na dzisiaj! Ty zadzwoń do siostry …Jej okłamywać chyba nie ma powodów?

– Codziennie dzwonię proszę pana i mówię tylko całą prawdę – Moją prawdę! – uśmiechnęła się.

           Po tej rozmowie Katarzyna jednak postanowiła, że będzie unikać kłamstw; ” No chyba, że w słusznej sprawie – skłamię” – Gdy to pomyślała –  uśmiechnęła się… I odtąd zawsze można było domyśleć  się,  kiedy kłamie – lecz mogli to zauważyć tylko ci, którzy potrafili oddzielić radość od kłamstwa, bo Katarzyna często się uśmiechała.

      Kolejne dni, przemknęły jeden za drugim tak szybko, że Katarzyna nawet nie pamiętała, jakimi były dniami tygodnia. Codziennie po śniadaniu ogarniała porządek w domu Toma. A potem spędzała czas z Emilią, na spacerach,  lub asystując jej w barze  – potem wspólne wieczory z Tomem . Choć każdy z dni był inny, niewiele się różniły  – do momentu, gdy któregoś poranka, Tom  jak co rano w piżamie, sięgał  do szafki po swój ulubiony kubek na kawę. Zauważył wtedy, że kubki, jak nigdy wcześniej – starannie poukładane, oddzielone są  od szklanek  …Otworzył kolejną szafkę – w niej też panował idealny porządek; „Jakoś wcześniej nie zwracałem na to uwagi” -pomyślał i ogarnął kuchnię wzrokiem – lśniła. Na blacie segmentu nie było żadnego brudnego naczynia, których umycie odkładał zawsze na potem. Na stole, nie było widać nawet drobinki kurzu, wschodzące słonce za oknami, odbijało się w nim jak w lustrze . Dopiero wtedy uzmysłowił sobie, że to wszystko zasługa Katarzyny.

        Gdy Tom właśnie kładł na stole talerzyk z kanapkami obok kubka z herbatą, do wewnątrz weszła rozespana Kasia. Ziewając przeciągle, usiadła przy stole.
– Pan coraz wcześniej wstaje? – stwierdziła, widząc Toma już ubranego, a nie, jak zwykle, w piżamie.
– Bo mam coraz więcej obowiązków. Sezon się rozkręcił – odparł, siadając obok niej, po czym nieśmiało zaczął: – Dotąd nie zwracałem uwagi na ten idealny porządek… Należy ci się wynagrodzenie.– No co pan?! Jakie wynagrodzenie?– Na pewno lepsze niż za zbieranie truskawek – roześmiał się.
– Ale przecież, póki co, mieszkamy tu razem. Pan zajmuje się mną, a ja domem.
– Nie, nie! Robisz to, o co ja powinienem zadbać, a na co nie mam czasu i chęci… Więc wybacz, ale to już postanowione.

Tom sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wyciągając podobny plik banknotów jak kilka dni temu na jej zakupy. Położył go na skraju stołu, mówiąc:
– Oto twoje,  zaległe wynagrodzenie… Jesteś tu już dziewięć dni.

Katarzyna popatrzyła na banknoty. „On chyba oszalał?! Tam będzie z tysiąc złotych?!” – pomyślała.

– Nie za dużo?!

– No może troszkę?! Ale to dla siostrzenicy.

 Po tych słowach, uśmiech na jego twarzy był tak promienny, że udzielił się i Katarzynie:

– Dziękuję wujku! – odparła zarażona uśmiechem.

Wtedy pomyślała tylko  ; „…No i gites!. Wrócić już mam za co!”

    Siedzieli jeszcze razem chwilę, rozmawiając o pogodzie …Bo ostatnie dni zrobiły się upalne. Potem Tom wyszedł, zostawiając ją jedzącą śniadanie. Gdy tylko zniknął z pola widzenia, Katarzyna, wycierając obie dłonie o bluzkę piżamy, złapała w nie banknoty i zaczęła przeliczać; ” Sto, dwieście, trzysta” – liczenie zajęło jej chwilę,  a z każdym przekładanym banknotem w dłoniach, jej uśmiech powiększał się proporcjonalnie do ich ilości; ” On chyba oszalał!? „ – pomyślała, gdy suma okazała się znacznie większa niż przypuszczała; ” To stanowczo za dużo! Ale skoro tak postanowił?!” –  zwinęła banknoty w rulonik i włożyła je do kieszonki piżamy.

    Dwie godziny później w barze, gdy rozmawiały z Emilką Katarzyna w pewnym momencie spytała  przyjaciółkę:

– Czy ty dostajesz pieniądze za te pracę?! Czy tylko pomagasz mamie?.

Emilia popatrzyła na nią z uśmiechem, odpowiadając:

– Ja tutaj legalnie pracuję.  Moja mama uznała, że nie będzie dawać mi pieniędzy na moje widzimisie, a jak chce je zaspakajać, powinnam sama na nie zapracować – zamilkła na moment, przekładając coś na bufecie a potem mówiła dalej:

– Twój wujek mnie zatrudnił …I powiem ci, ma gest w wypłacaniu wynagrodzeń – uśmiechnęła się.

Katarzyna dzisiaj właśnie się przekonała, że Tom ma gest, tylko zastanawiało ją jedno; ” Bogaty facet, daje przybłędzie kasę za nic?! …Przecież mogłabym się obejść bez tych ciuchów  … A to sprzątanie w domu  – Tyle to nawet mama nie zarobiła w ciągu miesiąca !?” – Nigdy do tej pory nie zdarzyło się jej, by ktoś  bezinteresownie jej pomagał; ” No może tylko siostrzyczka i Wredota …I ta pani z MOPS-u i teraz On?!”

– To, że ma gest to wiem…  – odparła, lecz była jakaś zamyślona.

Zauważyła to Emilka: – Coś taka odklejona!?

– Bo, bo… – zaczęła niepewnie Katarzyna – Bo mówiłaś mi , że masz 16 lat… 16-latki mogą pracować legalnie?!

– No skoro tu pracuję?! Kaśka ja się na tym nie znam . Kiedyś pomagałam mamie i za to dostawałam od niej pieniądze. Teraz robie to samo, tylko za to mi oficjalnie płacą – odparła, znów poprawiając coś na bufecie a potem wychodząc za niego , dodała–  A co!?. Też cierpisz na brak kasy?!

– Na to cierpi większość  takich małolat jak ja – uśmiechnęła się .

Lecz nadal jej myśli obijały się jedna o drugą; ” Dziewczyno ty chyba nigdy nie  jadłaś, niedojedzonego przez kogoś posiłku?! Bo nie miałaś nawet za co kupić bułki! …Pewnie, że cierpię na brak kasy, ale jak ją już mam, nie trwonię na zachcianki tylko na zwykłe, życiowe potrzeby”

-Ej ! Kaśka! – brutalnie wyrwała ją z myśli Emilia -Całkiem dzisiaj jesteś odklejona!

– Sory no! –zreflektowała się Katarzyna – Pytałam o pracę, bo właściwie skoro tu wysiaduje godzinami, to mogłabym coś przy okazji zarobić.

– Jak znam moją babcię i twojego wujka … Uznają, że to kiepski pomysł – odparła Emilka.

Potem obracając się w stronę Marysi powiedziała:

– Pani Marysiu, ja na chwilę przysiądę z Kasią. Dobrze?!

– A pewnie, pewnie! …A kawę panienką zrobić?

– Gdyby pani była tak uprzejma to poproszę – doparła Emilka, siadając przy ich stoliku.

     Siedziały długo, popijając kawę podaną przez wiecznie uśmiechniętą panią Marysię . Na temat pieniędzy już nie rozmawiały. Młode dziewczęta maja w swoim repertuarze więcej tematów  …One zajęły się tym ulubionym  …Nie! Nie chłopcami a modą!

        Lecz temat pieniędzy powrócił wieczorem.  Bo od rana do wieczora w jej głowie prym wiodła tylko jedna myśl; ” To jedyna szansa, by odłożyć trochę gotówki na przyszłość …Przecież to  bajka kiedyś się skończy …I lepiej mieć coś z tego więcej niż tylko dobre wspomnienia!”  – Dlatego gdy wieczorem usiadła obok Toma, spytała:

– Czy ja mogę pomagać w barze i brać za to pieniądze?

– No nie bardzo! A skąd taka myśl? – spytał zaciekawiony Tom .

– Nie mam zbyt wielu zajęć …Nie mam co robić w „wypasionej chałupie” …Chyba zaczynam ślepnąć jak pan …A tak uciułam trochę pieniędzy na swoje potrzeby.

– Oficjalnie nie da się zatrudnić 12-latki …Ale  nie oficjalnie możesz zostać moją asystentką.

– Asystentką?!  A co robi asystentka?

– Pomaga w zarządzaniu – Odparł i się roześmiał.

– To by mi pasowało …A ile zarabia asystentka? – spytała, patrząc chytrze na Toma.

– No sporo, sporo! …Ale wiesz, musisz być zawsze na fonie – tu na chwile zamilkł, bo zaczął znów się śmiać, lecz po chwili dokończył – Tylko nie możesz za długo wysiadywać przy naszym stoliku , bo tam nie ma zasięgu – i znów się śmiał.

– To do kiedy mogę zacząć?!

– Od jutra rano! proszę pani …Ale po śniadaniu, przestają nas łączyć układy rodzinne a zaczynają się służbowe – Masz tego świadomość!? – Tom śmiał się coraz głośniej.

– Ale , że tak aż do wieczora!?

– A skąd?!. Małoletni nawet pracując na lewo mają skrócony czas pracy i bardzo dużo przerw  – wciąż zanosił się od śmiechu.

 – Niech się pan nie śmieje. Ja pytam poważnie – odparła patrząc na rozbawionego Toma.

– No przecież ci odpowiadam poważnie …To już nie można się cieszyć na myśl o nowym współpracowniku?!   Ech Kasiu, Kasiu!

Ten dobry humor już nie opuścił Toma. Uśmiechał się do Katarzyny nawet mówiąc jej „Dobranoc” .

      Następnego dnia, Tom jak zwykle wstał pierwszy. lecz nim wyszedł z łazienki, usłyszał szuranie jej pantofli po korytarzu holu. Pospiesznie przepłukał zęby , wypluwając wódę z ust i otworzył drzwi:

– To ty już wstałaś!? – zdziwił się.

– Aa no… – odparła ziewając i nawet nie przysłaniała ust – …No przecież to będzie mój pierwszy dzień pracy – dodała i znów ziewnęła.

W tym momencie w Toma wstąpił ten sam dobry humor z którym wczoraj kład się spać. Objawił się jak zawsze uśmiechem na jego twarzy:

– Nie wiem jak Ty, ale ja się muszę wpierw ogarnąć

– Ja się ogarnę po śniadaniu …Mogę?! – odparła nadal ziewając.

Tom parsknął śmiechem, mówiąc:

– Możesz, możesz . Ale teraz połóż się na kanapie i poczekaj na śniadanie.

Katarzyna szurając pantoflami,   z na wpół otwartymi oczami, obrała kurs na kanapę. A potem ,dosłownie wywracając się a nią, ułożyła na boku. Tom szybko uporał się z ogarnianiem porannej toalety . Szybko ogarnął pokój i swój ubiór …Nie tylko wzrokiem. I  wyszedł z sypialni. Mimo , że to wszystko trwało krótko, Katarzyna zdążyła na powrót zasnąć . Więc Tom na spokojnie, najpierw złają się zaparzeniem swojej kawy a dopiero potem śniadaniem dla Katarzyny. Gdy już porcja , pożywnej jajecznicy z pieczarkami  …Bo bekonu zabrakło  a zapasów nikt nie uzupełnił – Tom podszedł do śpiącej na boku Katarzyny i lekko łapiąc za ramię – potrząsł mówiąc:

– Śniadanie  pani zje , pani asystentko? – i roześmiał się.

– Yy?! …A już, już – ocknęła się ze snu, przewracając na wznak i gdy ujrzała nad sobą uśmiechnięta postać Toma, dodała – Pół nocy nie spałam, bo cały czas myślałam, żeby rano nie zaspać.

On nadal się śmiejąc odparł:

– Nawet nie wiesz ile potrafisz sprawić człowiekowi radości .

– To chyba był komplement? – siadając ,odparła z uśmiechem.

– To była prawda moja droga! …A teraz śniadanko – i wskazał ręką na kuchnię.

Katarzyna już nie szurając pantoflami, ale tak samo ociężale poszła w wyznaczonym kierunku, siadając  przy stole.

-O kaloryczne śniadanie?! – odezwała się widząc sporą porcje jajecznicy i kilka kromek chleba posmarowanych masłem.

– Bo asystentka  spali dzisiaj dużo kalorii – odparł.

– Będę pracować fizycznie?!

-Yhm! …Będziesz dźwigać ciężary, bo zaraz  po śniadaniu, jak się już ogarniesz , na parking przed domem podjedzie pan Marek. Pojedziesz do Jamników zrobić jakieś zakupy …Zapomniałem o tym zupełnie.

Tom, tym razem z trzymanego w dłoni portfela,  a nie jak  dotychczas z tylniej kieszonki spodni –  wyciągnął kilka banknotów i kładąc obok niej powiedział:

– Kup dużo, tego co lubisz, ale tanio …Muszę oszczędzać na wynagrodzenie dla asystentki! – i znów parsknął śmiechem.

Katarzyna nie  uśmiechała się jednak – z pełną buzią jajecznicy to niebezpieczne. Jak przełknęła, też się nie uśmiechnęła, tylko zalała Toma pytaniami zaczynającymi się od litery „A”:

 – A panu co kupić?!  A mogę zabrać ze sobą asystentkę  – asystentki!?  …Emilkę znaczy?  A pan Marek nas z powrotem odwiezie?

Tom nie był dłużny, odpowiadając zdaniem, zaczynającym się na  „A”

 – … A zabieraj kogo chcesz!?  Tylko upewnij się, że już nie śpi. Co do zakupów, to zdaje się na ciebie …A pan Marek będzie tam gdzie wy, aż nie wrócicie na ośrodek.

– Dobrze, jak szef tak mówi!? – i dopiero teraz się roześmiała.      

Gdy Tom wyszedł z domu a ona zjadła śniadanie. Nim cokolwiek zaczęła robić , zadzwoniła do Emilki –  Ta od razu zgodziła się na asystowanie asystentce na zakupach. Po  godzinie, obydwie wlokąc za sobą wózek na zakupy, wsiadały do  dostawczego samochodu pana Marka. Do Jamników  nie było dalej niż kilometr. Dziewczęta równie dobrze, mogły się przespacerować. Ale Tom w trosce o ich bezpieczeństwo i wygodę wolał,  by wybrały się samochodem w towarzystwie Marka. W osadzie wszyscy się znali, bo stałych mieszkańców było kilka razy mniej niż przyjezdnych.  Więc gdy pan Marek zaparkował na jedynym parkingu przy kościele, spytał patrząc na  Emilkę:

– Idziecie do marketu, czy do pani Danki?!

Choć pytanie było do Emilii, odpowiedziała na nie Kasia.

– A gdzie taniej, proszę pana?!

W tym momencie zarówno pan Marek jak i Emilka uśmiechnęli się:

– Kaśka nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na cenę …Kupuje to, co mi jest potrzebne – Emilię rozbawiło, ale i zdziwiło pytanie Kasi.

– Wujek wyraził się jasno – Tanio i dużo! – odparła i też się roześmiała.

Lecz wtedy pomyślała ; „Lepiej jest kupić za dużą cenę-  dużo na jeden dzień .  Czy za te samą  cenę, kupić mniej na dużo dni? …Emilka chyba nigdy nie miała takich dylematów?!”

Marek wysiadł z samochodu  i obchodząc szoferkę,  kurtuazyjnie otworzył  dziewczętom  drzwi – oznajmiając:

– No to się zastanówcie drogie panie . Ja musze do Krzysztofa hurtowni  podjechać, po towar na kuchnię. Zajmie mi to jakieś 30 minut?!  Szef mówił, żebym z wami wszędzie łaził, ale chyba nie pobłądzicie?! – Po tym pytaniu się roześmiał.

– Ochroniarz nam nie potrzebny proszę pana – Odparła Emilka.

– Ja się nie martwię o was, bardziej o tych którzy staną wam na drodze – nadal się śmiał – Ale panienko Kasiu , wujkowi ani słowa?

– Dobrze proszę pana  …Ani mru, mru! – odparła Katarzyna.

Obydwie wysiadły. Emilka przewiesiła przez szyję pasek od swojej torebki. Katarzyna poprawiła swój czarny plecak  i ciągnąc za sobą wózek poszły na zakupy.  Najpierw  jednak, postanowiły podejść do budki z lodami, koło przystani ; „Przecież zakupy planuje się na chłodno”

Jamniki były małą wioską, która tętniła życiem tylko w czasie lata. Usytuowana w dolnie pomiędzy górami, przylegała do jeziora …A dokładniej do zatoki, która kończyła się szerokim wąwozem górskiego potoku, spływającym do jeziora. Nad wąwozem rozciągał się długi wiadukt, łączący dwa przeciwległe brzegi zatoki. Pod nim, wzdłuż jeziora była promenada i przystań  …Przez tubylców dumnie nazywana „Portem” One z lodami w dłoniach, usiadły na jednej z ławeczek  obok przystani.

– Ładnie tu jest – powiedziała  Katarzyna rozglądając się wokoło.

– Ładnie, to jest w Chorwacji, albo na Ibizie …Tak myślę, bo nigdy nie byłam?! – odparła Emilka mlaskając językiem. – Zimny ten lód !

– A jadłaś gorące lody?! – To pytanie rozśmieszyło obydwie dziewczyny.

      Katarzyna jednak w pewnym momencie przestała się śmiać.  Jej twarz zastygła w nic nie wyrażającej pozie, jak woskowy odlew.  Szeroko otwarte oczy , patrzyły  w dół  języka wąwozu, w którym tkwiły filary wiaduktu. Emilia popatrzyła najpierw na Kasię, wyglądała jakby zobaczyła ducha?! … A potem  spojrzała w miejsce, w które Kasia wlepiła swój wzrok. Obok jednego z filarów podtrzymujących wiadukt, po drugiej stronie wąwozu  w zaroślach, Emilka dostrzegła postać dziewczyny , siedzącej na  koczowisku z łachów. Skulona.  Ręce miała skrzyżowane na kolanach , i zapierała się za nie głową. Po chwili podniosła głowę. W długich kruczo-czarnych włosach, pełno było zaschłych liści, źdźbła trawy. Wyglądało, jakby nie czesała się od tygodni. Na brudnej i mokrej od łez twarzy, widać było zmęczenie , rozpacz i smutek.

– Jakaś ćpunka na głodzie!? –  odezwała się do Katarzyny, oczekując potwierdzenia.

– Znam ją!  …Nie jest ćpunką  …Emilka nie obraź się, ale musze z tamtą dziewczyną pogadać …Poczekasz tu na mnie?

– Coś Ty !? Niema takiej opcji …Idę z tobą.

 W pierwszej chwili Katarzyna nie chciała by Emilka dowiedziała się, że tą dziewczyną jest Wredna Olka ; „Wredota nie jest damą z wyższych serw  …A ja do tej pory tylko z takimi się zadawałam” . -Katarzyna na chwilę zamilkła. Jej przyjaciółka zauważyła , że się waha i odezwała  się:

– Kaśka, przecież nie schowasz się przed swoim życiem…

Ten argument zadziałał, bo Katarzyna odparła tylko; „No to chodźmy tam” – i ruszyła po schodkach prowadzących na wiadukt, ciągnąc za sobą wózek. Emilka poszła za nią. Przez wiadukt przeszły na drugą stronę zatoki, potem na promenadę …Zjadając po drodze zimne lody. Na poboczu promenady zostawiły wózek i idąc w dół przez zarośla, doszły w miejsce w którym siedziała Olka.

    Olka – czyli Aleksandra. Mieszkała w tej samej zatęchłej socjalnej kamienicy co Katarzyna, tylko piętro niżej. Znały się od dzieciństwa. Choć Aleksandra była w wieku Emilii – Starsza i większa od Katarzyny,  nie stanowiło to żadnego problemu w ich przyjaźni. Obydwie wychowywały się w biedzie  … W dzielnicy nazywanej potocznie „Biedulcem”. Aleksandra też nie miała lekkiego życia. Jej ojciec w wiezieniu odsiaduje wyrok. Jej matka, oprócz niej, ma jeszcze czworo jej młodszego rodzeństwa.  Więc godzinami jest poza domem pracując, by mogła  utrzymać rodzinę …Nie  poświęcając  czasu i miłości dla swojej najstarszej córki –  Więc Olkę wychowała „ulica”.

Olka, gdy za plecami usłyszała szum, uginających się pod stopami zarośli ze strachem w oczach spojrzała za siebie  …Zaraz za nią, stały dwie dziewczyny. Dopiero po chwili poznała, że jedną z nich jest Katarzyna:

– Oo?! Kaśka!? …Cześć Mała – wymamrotała  ze zdziwieniem i strachem.

– Nie! …Księżniczka z bajki , małpo jedna! – odparła Katarzyna z trudem powstrzymując się od bluzgów.

 Po tych słowach z już zapłakanych oczu Olki, trysnęły fontanny łez, i łkając powiedziała:

– Kórwa! – Sory Kaśka! …Sory Mała! …To nie tak miało być!

Olka z zadarta głową w gorę, chaotycznie kręciła się na boki, jakby nie wiedziała czy podnieść się czy nadal siedzieć. Po chwili jednak , wspierając  jedna ręka próbowała wstać, lecz Katarzyna kładąc swoją  rękę na jej ramieniu, usiadła obok niej:

– Parę dni temu, obiecałam sobie, że jak cie spotkam to ci wszystkie kudły  z tej łepetyny powyrywam  …Ale teraz jak patrzę na twoje włosy, to zrobiłabym ci tylko przysługę .

Olka przecierając zapłakane oczy, powtórzyła to samo co przed chwilą:

– Kórwa no!? …Nie tak miało być!  …Znasz mnie przecież?!

Po drugiej  szczerej, lecz kolokwialnej odzywce, Katarzyna zwróciła Olce uwagę:

– Zachowuj się kulturalnie bo robisz mi obciach  …Właśnie ! Masz szczęście , że cię znam.

Lecz Olka nie słuchała, schowała zapłakaną twarz w rozwartych dłoniach.

– Nie maż się jak 12 latka! – odezwała się ironicznie Katarzyna.

 Olka odrywając od twarzy, lepkie od łez dłonie patrząc  popatrzyła w jej oczy:

-Sory Kaśka!   …Wybaczysz?! –  spytała z niepewnością w głosie.

Katarzyna w pierwszym momencie chciała uciec od jej wzroku. Ale gdy zobaczyła w jej zmętniałych oczach wymieszane z sobą smutek, rozpacz i ból,  pomyślała ; „…Zawsze się Wredota uśmiechała … Choć czasem była dla mnie wredna, zawsze trzymała moja stronę …Wredna jest, ale gdyby nie ona, nie dałabym rady przetrwać na Biedulcu …Przecież to ona mnie zawsze przygarnęła  jak nawalony Wiesio, wyrzucał mnie z domu …Była jak starsza siostra” – im więcej myślała o tym co je łączyło i było dobre, tym bardziej przestawała myśleć o tym, co je podzieliło. Więc odparła:

– Jasne! …Choć ci tego długo nie zapomnę …Masz wybaczone małpo jedna!

Olka, nadal nie spuszczając z niej wzroku, objęła Katarzynę za oba ramiona i potrząsając nią , odparła:

– Ja na prawdę przepraszam Mała!

Katarzyna przestala patrzeć w jej oczy. Swój wzrok przeniosła na jej, ściskające ją dłonie Olki:

– Ty?! …Ale ty widzisz w co jestem ubrana?!

Olka natychmiast uwolniła ją z uścisku, odchylając się nieco na bok i wtedy stało się coś dziwnego?! …Cała trójka dziewcząt parsknęła śmiechem.

– Ty, ty faktycznie wyglądasz jak księżniczka! – odezwała się Olka, gdy przestała się śmiać  przez łzy, i ogarniała  wzrokiem jej wygląd – Na cztery łapy spadłaś?!

– Tak jakby?!  …Przygarnął mnie wujek .

– Zawsze byłaś farciarą …Nigdy nie chwaliłaś się wujkiem?! 

Katarzyna w tym przypadku nie skłamała. Nie  wyjaśniła tylko całej prawdy. A Po tych słowach do rozmowy włączyła się także Emilka, która dotąd stała w milczeniu, próbując je zrozumieć:

– Faktycznie mi nigdy  nie wspominał o siostrzenicy …Kaśka ty masz jakaś dziwną rodzinę?!

– On mną też się nie chwalił  …Dziwisz się?  Wspomniałam ci kiedyś, że moje życie jest inne od twojego?!

– Wspomniałaś, ale jakoś nie bardzo mogłam w to uwierzyć .

Po tych słowach Na chwilę zapanowało ogólne milczenie. Przerwała je  Katarzyna, pytając Olkę:

– I co dalej?!

– Jak  co?! Lokum mam…  – po tych słowach zamilkła .

Wskazując ruchem głowy swoje legowisko, potem znów z jej oczu pociekły łzy, które spływały do kącików ust  – Przełykając je, mówiła dalej:

– Zero forsy. Zero żarcia …Zero godności !

Znów schowała swoja twarz w obie dłonie, wspierając ręce na swoich kolanach z pochylona głowa łkała. Gdy pomiędzy zaciśniętymi palcami, zaczęły przeciekać łzy, odezwała Katarzyna, przekładając swój plecak na kolana:

– Mam pieniądze …Nie są moje, ale ci dam – Katarzyna wyciągnęła z kieszonki swój portfel a z niego 2-stuzłotowe banknoty – Dam ci je.  Na żarcie i bilet powinno wystarczyć – dodała wyciągając rękę z banknotami do Olki.

– Dasz?!

– Dam …I tak byś mi ich nigdy nie oddała. Ale na więcej nie licz.

Olka chwyciła banknoty w swoją dłoń. Drugą obcierając łzy z policzków spytała znów niepewnym głosem:

– Mała, ja naprawdę nie chciałam …Na pewno mi to wybaczyłaś!?

– Już ci powiedziałam  – Byłaś i jesteś jak starsza  siostra  …I nie zmieni tego nic małpo jedna! – Katarzyna uśmiechnęła się, znów zarażając swoim uśmiechem pozostałe dziewczęta.

Potem podniosła się z miejsca, rozglądając po barłogu, spytała:

– Moje rzeczy gdzie?

Po tym pytaniu Olka  łapiąc za wymiętoszone posłanie z koca, odsłoniła legowisko:

– Na czymś musiałam spać?!

Katarzyna  ogarnęła  wzrokiem po  brudnej – wygniecionej i wilgotnej odzieży  z których zrobione było posłanie :

-Nie wiem co  zrobisz z moimi ciuchami, ale też są już twoje…

-Za małe na mnie – Zabiorę co do jednego ciucha. Wypiorę i będą jak nowe …Słowo Mała!

 „Po tym co się stało, chyba nie liczysz na to, że w to uwierzę Wredoto”- Przeszło przez myśl Katarzynie, lecz odparła tylko „Ok!  – Tak zrób” I podeszła do Emilki:

– Chodźmy  …Olka już da radę się pozbierać – mówiąc to, popatrzyła na Olkę wymownym spojrzeniem.

– Dzięki Mała! …Przytulasków na pożegnanie nie będzie?!

– No weź!?

Ta odzywka znów wywołała uśmiech na ich twarzach. Obie dziewczyny ruszyły w górę. Katarzyna po parku krokach odwróciła się na moment do Olki, i podnosząc dłoń, powiedziała:

– Trzymaj się Wredoto …Do zobaczenia na Biedulcu.

– Narka mała . Dzięki za wszystko!  …Będę czekać i tęsknić!- usłyszała już za plecami Katarzyna.

Emilka która przez cały czas stała obok nich, odezwała się tylko raz …Choć w jej głowie pojawiło się wiele pytań i wątpliwości, nie chciała im przeszkadzać. Teraz gdy już zostały tylko we dwie, idąc w stronę sklepu pani Danusi , spytała:

– Nie przyjechałaś tu, tylko do Wujka? …To była twoja siostra czy  koleżanka?!

–  Koleżanka …Nadal nią będzie – odparła po chwili Kasia – Dużo jej zawdzięczam i nie zepsuje tego nic  – a potem dodała : – Nie!  …Nie przyjechałam tu specjalnie do wujka…

– A ten „Biedulec”? …Ty nie jesteś z  Domu Dziecka?!

– Nie, nie! …Biedulce to dzielnica w której obie mieszkamy.

Na chwile zamilkły. Ale Katarzyna  wiedziała, że Emilka nadal będzie zadawać pytania.

 ” No śmiało dziewczyno, nie krępuj się …Im mniej nas będzie dzieliło, tym lepiej” – myśli w głowie Katarzyny, szukały już odpowiedzi na pytania, które mogą paść:

– Ta dziewczyna „Olka”  …Wyglądało jakby  zrobiła ci  coś złego?

 Na to pytanie Kasia nie była przygotowana ;” Czy Ona zrobiła mi coś złego!? …Gdyby nie Olka, nie znalazłabym się w tej bajce?! …Co mam jej powiedzieć, że krzywdząc mnie, sprawiła, że jest mi dobrze …Chyba głupio by to zabrzmiało?”

– Czy to do końca było „złe”?! …Odwaliło jej i popełniła błąd …Kto ich nie popełnia? – Odparła wymijająco Kasia.

– …A to nie był błąd, że jej wybaczyłaś i jeszcze dałaś pieniądze na powrót?

– To nie błąd, tylko miłosierdzie – odparła Katarzyna półgłosem – …Do kościoła nie chodzisz czy jak?!

Ta uwaga znów wywołała uśmiech na ich twarzach. I z tym uśmiechem obie weszły do sklepu pani Danusi, nie zamieniając tam wielu sów rozmowy …Kasia wypatrywała najniższych cen a Emilka kręcąc głową z dezaprobatą, wrzucała wybrany towar przez Kasię do koszyka. Gdy już zapłaciły  i pożegnały z sprzedawczynią, niewymuszonymi uprzejmościami  i uśmiechem, Emilka po paru krokach w drodze na parking znów zaczęła pytać:

– A pan Tomasz – Twój wujek znaczy …Wie co cie spotkało nim do niego trafiłaś?

– Wie! …Akurat o tym doskonale wie.

– A o czym nie wie!? – Emilka uśmiechnęła się po tym pytaniu.

– O tym o czym mu nie powiedziałam. Ale skoro o to nie pytał, chyba to dla niego i tak jest bez znaczenia? – odparła z takim samym uśmiechem Katarzyna.

– Ty Mała! …Ty się nie wymądrzaj !  – rzuciła Emilka, akcentując  „Mała”

– Miałam 8 lat, jak ją poznałam . Wtedy faktycznie byłam w porównaniu z nią mała …I tak już zostało.

– Ona jest w moim wieku?!

– Tak.

– Pytam, bo tam, wyglądało to trochę dziwnie?! …Gdyby ktoś was obie wtedy tylko słyszał a nie widział, pomyślałby, że to ty jesteś dorosła a ona dzieckiem…

– Ja jestem dzieckiem a ona tylko ma coś w sobie z dziecka …Bywa nieobliczalna, pochopna i nieprzewidywalna. Ale  to raczej jej zaleta niż wada.

– Zaleta?!

– Emilka , jej świat …Nasz świat! Niema w sobie nic z bajki. Zafajdana codzienność. Nie ma w niej nic pewnego i przewidywalnego. Żyjemy z dnia na dzień. Nie robimy planów na przyszłość …Tylko czasem zdarzy nam się pomarzyć.

Po tym zdaniu Emilka przestała wypytywać Kasię. Szła obok niej w milczeniu, zastanawiając się, która z nich obojga , jest bardziej dorosła.

          Ten dzień dla Toma,  nie należał do łatwych i przyjemnych choć zaczął się przecież dobrze …Lecz gdy wszedł rano do biura, pojawiły się pierwsze komplikacje w postaci młodej dziewczyny o imieniu Basia – Córki sprzątaczki  pani Halinki:

– Dzień dobry Basiu – odparł  zdziwiony, gdy zobaczył siedzącą obok Zofii Basię.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Jej płaski nos zadarł się do góry a policzki  zaokrąglały :

– Dzień dobry proszę pana …A wie pan? – Mamusia jest chora i ja dzisiaj przyszłam za nią …I tak sobie tu siedzimy z panią Zosią.

   Tom  w pierwszym momencie uśmiechnął się, lecz ani przez chwile nie było mu do śmiechu  – Basia była młodą 21-letnią dziewczyną,  cierpiącą na zespół Downa. Zazwyczaj zawsze była uśmiechnięta, pogodna i towarzyska …I dużo, bardzo dużo mówiła. Tom choć lubił z nią często rozmawiać  a przynajmniej wysłuchiwać –  dzisiaj jednak, wiadomość którą oznajmiła na wstępie, była zwiastunem wielu problemów. Więc tom popatrzył na Zofię, pytając:

– I co my teraz zrobimy!? … Jedynkę i czwórkę trzeba ogarnąć.

Obawy Toma brały się z faktu, że Basia, choć zawsze z zapałem pomagała mamie, to efekty jej pracy były nieadekwatne do wysiłku, który w nią wkładała. A Tom zatrudnił ją tylko dla tego, że poprosiła go o to, jej matka – On nie mógł odmówić.

– Na mnie nie patrz . Ja dziewczyn z hotelu nie przeniosę na domki …I tak mam za mało salowych – odparła Zofia.

– A Martyna!? – desperacko spytał Tom.

– Jak ją ładnie poprosisz to może się zgodzi – odpowiedziała rozbawiona Zosia.

– Ty ją poproś …W końcu to twoja córka.

– Zapomnij! 

 Zosia nadal się uśmiechała, przekomarzając z Tomem. Jednak gdy zauważyła, że jego oczy, zaczęły nerwowo i panicznie biegać, rozglądając się za wyjściem z tego problemu – uspokoiła go:

– No dobra – Już nie panikuj  …Rozmawiałam z Martyną – Powiedziała, że jak wróci Emilka z Kasią to Ci pomogą…

– O Kasia! – przerwał jej Tom.

– Co Kasia!?

– Została moją asystentką …I potrafi sprzątać! – Odparł śmiejąc się.

– A wiem, wiem!. Rano  mi o tym wspomniała moja wnuczka. Tylko miała takie same obawy jak ja …Wiesz  – Nie przechwalaj się tym, że twoją asystentką jest 12 latka, bo pomyślą , że jesteście na tym samym poziomie intelektualnym – odparła całkowicie rozbawiona Zosia.

– Oj tam!? To bardzo mądra, roztropna i odpowiedzialna osoba …W końcu jest moja siostrzenicą! – odparł Tom.

    Tom, powiedział to z pełnym przeświadczeniem, że Katarzyn nie stała się w ciągu tych kilku dni –  kimś bliskim …A zawsze nią była;” Tylko wcześniej o tym nie wiedziałem” – pomyślał. W tym momencie jednak, stwierdził tylko:

–  Coraz większy natłok ludzi, powoduje to, że wzniecają coraz większą ilość problemów. Pójdę się z nimi zapoznać a potem wrócimy do naszego problemu – oznajmił patrząc na obydwie kobiety.

Tomowi wydawało się, że znalazł rozwiązane jednego ze  swoich  problemów. Więc pozostawiając Barbarę z Zofią w biurze – Wyszedł  rozwiązywać inne, których razem z rozkręcaniem się sezonu, przybywało coraz więcej. I gdy tylko uszedł parę kroków od hotelu w stronę campingu –  Jego oczą ukazał się następny potencjalny problem …Był nim Edward, stojący na przystani jeziora, który głośno zawołał do Toma

– Dzień dobry Tomaszu! …Jak miło cie widzieć!

Tom wiedział,  że ta uwaga „jak miło cie widzieć” – nie znaczy nic innego jak więcej kłopotów:

– No nie wiem, czy będzie „dobry” skoro mnie tak miło witasz – odparł uśmiechając się –  …Co się stało?! – dodał z niepewnością w głosie.

Edward  po tych słowach roześmiał się w głos:

– Jak ty mnie dobrze znasz…  – a potem dodał już bez uśmiechu – Pomost i keja się nam rozlatuje.

– No przecież ja tego nie posklecam do kupy! – odparł Tom.

– No ty nie …Ale trzeba kogoś znaleźć do tego zadania. A to twoja działka – odparł Edward

…I znów na jego twarzy pojawiło się zadowolenie w przeciwieństwie do tego, co wyrażała twarz Toma – Ten poszedł na pomost, by wspólnie z Edwardem  zaplanować zakres prac i wydtków. Potem jeszcze długo krażył po ośrodku Fala, stawiając czoła innym wyzwaniom. Gdy na jego zegarku dochodziła 12:00, uswiadomił sobie, że niedługo pora na popołudnowa kawę a on nawet nie zjadł sniadania, wiec poszedł do baru. Gdy wszedł, od razu powitała go Marysia:

– Dzień dobry szefie …A co szef dzisiaj tak póżno?

– Dzień dobry …A za dużo spraw na głowie, to i czasu brakuje – odpowiedział.

– Szefie – Podobno nie ma czegoś takiego jak brak czasu, to tylko kwestia priorytetów – uśmiechneła się Marysia.

– No, no! …Znam to. Dlatego teraz uznałem, że najważniejsze jest zjeść późne śniadanie i wypic kawę …Zrobisz dobrą kawcię?

– Jasne szefie! – Odparła wiecznie usmiechnięta Marysia.

Tom siadając na swoim miejscu przy stoliku spytał:

– A mojej Kasi tu jeszcze nie było?

– A nie …Pani Martyna powiedziała mi , że obie z Emilką pojechały do Jamników.

– …A właśnie!?  A Martyna gdzie?

– Szefowa?! A na kuchni razem z Bogdanem – Odparła kelnerka, zajęta parzeniem kawy.

Wtedy z wnętrza holu na zaplecze rozległ się głos Martyny:

– Jestem, jestem!  Robimy  przegląd w kuchni…

– To zobaczcie, czy czasem nie zostało coś z mojego śniadania! – Odparł głośno Tom.

         Tom chwile później zjadł swoje śniadanie w towarzystwie Martyny, popijając po nim kawą z rumem – zaparzoną i podaną przez Marysię. Właśnie miał kończyć posadówkę, gdy w głównym wejściu pojawiła się Kasia z Emilią. Te wchodząc,  prawie jednocześnie powiedziały „Dzień Dobry„. Dopiero gdy podeszły bliżej, odezwała się Katarzyna:

– No tak, można dzwonić do szefa… – I uśmiechnęła się  – A ktoś mi mówił, że w tym kącie nie ma zasięgu?

– Ha! …Było zadzwonić z 2 godziny temu – odpowiedział z uśmiechem Tom – Czekałem na ciebie moja asystentko– nadal się uśmiechał.

-I oto jestem …Tadam!

Po tych słowach wszyscy się roześmiali, oprócz Toma. On gwałtownie podnosząc się ze stołka, wybełkotał :

 –  Zapomniałem o Basi i domkach!

Lecz wtedy odezwała się Martyna.

– Panie Tomaszu, spokojnie. Godzinę temu przyszła tu Basia. Posłałam ją do jedynki i miałam za chwilę do niej pójść. Ale najpierw był Bogdan, a potem pan… Ona tam sobie powoli sprząta.
– Uff… –
odetchnął Tom, siadając z powrotem na krześle. Spojrzał na Katarzynę i zaczął: – Moja asystentko, pojawił się chwilowy wakat na stanowisku konserwatora powierzchni płaskich.

W tym momencie parsknął śmiechem, ale tylko on. Gdy spostrzegł, że nikt inny się nie śmieje, sprostował już z poważną miną:
– No, pani Halinka się rozchorowała, a ty, Kasiu, potrafisz jak mało kto sprzątać. W tym rzecz… Zgodzisz się?
– …Ale stanowisko asystentki nadal mam?
– zapytała Kasia po chwili namysłu.
– Masz, masz! – potwierdził Tom i wybuchnął śmiechem, a reszta mu zawtórowała.
– No co?! – Katarzyna lekko się przyrumieniła, gdy zrozumiała, że to ona jest powodem wesołości.
– Nic, nic, Kasiu – odparła Martyna. – Po prostu masz w sobie coś takiego, że człowiek, choćby nie chciał, czuje radość.
– Ona naprawdę ma w sobie to „coś”
– dodała Emilka. – Dzisiaj się o tym przekonałam.
– Co wy mi tu wmawiacie?!
– obruszyła się nadal zarumieniona Katarzyna. – Nie mam niczego, czego wy nie mielibyście w środku.– Ale my mamy tego mniej! – odparł rozbawiony Tom.
– Ej no, Kaśka… Przecież widziałam, jak twoja zapłakana i załamana koleżanka po rozmowie z tobą zaczęła się uśmiechać – wtrąciła Emilka. – Nie tylko dlatego, że ją rozbawiłaś… Zwyczajnie dobra z ciebie osoba.
– O, koleżankę spotkałaś?
– zdziwił się Tom. – Czy to czasem nie „Wredota”?!

– Tak, wujku. – Tu Katarzyna spojrzała na Emilkę. Jej spojrzenie było bardzo wymowne: „No przecież mówiłam, że on wie o Olce” A potem, znów patrząc na Toma, dodała: – Dałam jej na bilet… Wiem, że to może wydawać się nierozsądne i głupie. Ale ona do tej pory była jedyną moją przyjaciółką.
– Mi się tłumaczyć nie musisz ani wyjaśniać takich czy innych powodów swoich decyzji… Wiem, że zawsze postępujesz słusznie, Kasiu
– odparł Tom, nadal promieniejąc.
– Dobrze wiedzieć, wujku… Jak coś spapram, to będę się tłumaczyć, że w moim mniemaniu było to słuszne.
I po tym zdaniu znów wszyscy parsknęli śmiechem. Lecz Tom po chwili wstał, mówiąc:

– Dobra, bierzmy się do pracy – Emilko na razie zostaniesz do pomocy Marysi i  Bogdanowi , sama w barze, bo mama pójdzie z Kasią na domki. pokazać jej co i jak… A ja się wezmę za Mareczka! – To ostatnie zdanie powiedział bardzo głośno , jakby wiedział, że Marek po powrocie z hurtowni, właśnie schował się przed swoim szefem w kuchni.

– Ale panie Tomaszu, to nie jego wina… To nam tak zeszło z tymi zakupami. – Odezwała się Emilka i zrobiła słodką – niewinną minkę.

– No właśnie wujku – zawtórowała jej Katarzyna, robiąc podobną – słodką minę.

– Nie dam się nabrać na ten wasz dziewczęcy  urok – Odparł uśmiechnięty Tom i poszedł zamaszystym krokiem do kuchni – Niech ja cię dorwę  Mareczku… Mięliście być godzinę temu!

Tom zniknął w kuchni a urokliwe dziewczyny,  zajęły się powierzonymi im zadaniami… Które już na wstępie zmieniła nico Martyna:

 – Kasiu wiesz co,  podejdź do pani Barbary sama i pomóż jej w porządkach. Ja jej pomogłam zataszczyć tam sprzęt…  Tylko ona jest z zespołem Downa i wiesz, pewnych rzeczy nie ogarnia. Ja z Emilką pomożemy Bogdanowi w kuchni, bo za chwile zaczyna się  pora obiadowa i zwalą się tłumy… Potem do was dołączę – Dobrze?

Katarzyna odparła, tylko „Dobrze” – potwierdzając, że zrozumiała i odwracając się na pięcie wyszła z baru w stronę domków. Te stały w trzech rzędach  po trzy w szeregu po prawej stronie zbocza, od ścieżki prowadzącej do domu Toma.  Domek numer 1 znajdował się na samym dole zbocza, jako pierwsze w rzędzie,  tuż nad polem namiotowym, które przylegało do jeziora. Lecz Katarzyna zauważyła, że kobieta o której mówiła pani Martyna,  siedzi przed następnym domkiem. Siedziała skulona na pierwszym stopniu, drewnianych schodków prowadzących do domku.

– Przepraszam czy Pani  ma na imię Barbara? – spytała podchodząc do niej.

Kobieta  uniosła nieco głowę, przechylając ją  na bok i patrząc  na Kasię, odparła – Tak. A dlaczego pani pyta?

W momencie gdy Barbara podniosła głowę. Katarzyna zauważyła na jej policzkach rozmazane łzy. Więc nie wdając się w zbędne konwenanse i wyjaśnienia , spytała

– Coś się pani stało… Zauważyłam, że pani płakała.

– Bo ta pani powiedziała, że jestem głupia i niezdarna…

– Która pani?

– No ta, która mnie poprosiła, żeby jej posprzątać domek.

– Przecież  jedynki nikt nie zajmuje?! – zdziwiła się Katarzyna.

– Nie w tamtym domku a w tym – Basia skinęła ręką za siebie, odchylając kciuk , którym wskazała drzwi za jej plecami.

Katarzyna  nic nie zrozumiała z tego, wiec usiadła obok:

– Ja jestem Kasia nie żadna „pani” i przysłała mnie tu Martyna. Mamy razem  posprzątać  pierwszy domek a to jest dwójka…  To jeszcze raz niech mi pani powie, co się wydarzyło, bo chyba nie zrozumiałam?!

Barbara popatrzyła najpierw na siedzącą obok Kasię a potem spuszczając wzrok, zaczęła mówić:

– Bo ja jak stałam przed jedynką, to ta pani powiedziała, że najpierw mam posprzątać u niej bo w jedynce przecież i tak nikt już nie mieszka… Ja pomyślałam, że chyba źle zrozumiałam co mi szefowa powiedziała i że to jednak u tej pani mam posprzątać… I jak wycierałam jej te podłogę a ona stała nade mną,  to niechcąco rozchlapałam z wiaderka tę  wodę,  i ta brudna woda splamiła jej białe trzewiki… Takie same jak masz na nogach – Barbara wskazała palcem na stopy Katarzyny  na  których założone miała swoje  białe „Nike”.

– Takie same czy podobne do moich? – Spytała Katarzyna.

– Tak.  Takie białe… – Odparła Barbara – A potem kopnęła nogą w wiaderko  a ono się wywróciło rozlewając całą wodę… I ta pani powiedziała, że jestem głupia i niezdara…

:” Co za babsztyl?! Cholernej rajfurze się nie chce sprzątać to wykorzystuje niepełnosprawną kobietę?!” – pomyślała, lecz upewniając się spytała – Ta pani z tego domku? – i zrobiła podobny gest  jak wcześniej Barbara, – czyli wskazując za siebie wyciągniętym w dłoni kciukiem. A potem dodała – A czy ona jest jeszcze w domku?

– Tak i zamknęła drzwi a tam został cały sprzęt – Odparła rozżalona Barbara.

Katarzyna energicznie podniosła się na obie nogi i odwracając w stronę drzwi, zaczęła walić w nie pięścią:

– Proszę otworzyć… Obsługa!

Po chwili drzwi się uchyliły i stanęła w nich młoda kobieta. Katarzyna nie zdążyła nawet słowa powiedzieć, bo tamta od razu rzuciła z pretensją:
– No, już miałam dzwonić do biura… Co za obsługę tu macie?! Głupia i nieporadna dziewucha poplamiła moje zamszowe, białe czółenka! – Dopiero po tych słowach dokładniej zmierzyła wzrokiem Katarzynę, dodając: – Głupie dziewuchy i młodociane smarkule tu zatrudniają?!

Katarzyna nie wytrzymała. Osz ty, wywłoko jedna! Ja ci dam smarkulę! – pomyślała i od myśli natychmiast przeszła do czynów… Nie, nie zbluzgała jej ani nie rzuciła się na nią, by wydrapać jej oczy. Robiąc kilka kroków w tył po stopniach, wyciągnęła z kieszeni telefon i zadzwoniła do Toma. Po chwili usłyszała w słuchawce jego głos:
– Tak, pani asystentko? Jakiś problem?
– Owszem, szefie… Nie znam regulaminu domków. Czy obsługa sprząta je codziennie, czy wynajmujący sam ma zadbać o porządek? Bo jest problem.
– Każdy sprząta sobie sam… W czym tkwi ten problem, Kasiu?
– W czym? W domku numer dwa… Ale to nie z domkiem jest problem, tylko z wynajmującą
– na chwilę ucichła, mierząc wzrokiem impertynencką kobietę, a potem spytała: – Wujku, mógłby tu wujek na chwilkę przyjść? Proszę.
– No dobrze… Skoro mi tak ładnie „wujkujesz” –
usłyszała rozbawiony głos Toma.

Zanim Katarzyna skończyła rozmowę z Tomem, tamta kobieta wróciła do środka, ostentacyjnie zamykając za sobą drzwi. Gdy tylko zamek kliknął, pani Basia, która nadal siedziała ze zrezygnowaną miną, odparła:
– Mogła chociaż oddać mi wiaderko i mopa! Za ładne miała paznokcie, żeby wyglądała na taką, co sprząta.
Słysząc to, Kasia uśmiechnęła się i siadając z powrotem obok niej, powiedziała:
– Niech się pani nie martwi, ta małpa jeszcze pożałuje.
– Basia jestem, nie pani… Ale szefowa Martyna będzie zła –
Barbara znów spuściła głowę, nadymając usta.
– Teraz ja będę szefową… I zła to jestem na tę małpę, a nie na panią, Basiu.
– Teraz ty nowa szefowa?!

– Tak… I ma się pani przestać martwić. Wszystko będzie okej.

– Tak, tak, wszystko będzie okej, szefowo
– potwierdziła Barbara i po raz pierwszy się uśmiechnęła, nadymając policzki.

Gdy siedziały, w pewnej chwili usłyszały głos pani Martyny:
– Dziewczyny, a co wy tutaj robicie?! Przecież miałyście wysprzątać jedynkę.
– My to wiemy… Ale ta małpa była innego zdania – odparła Katarzyna, znów wskazując kciukiem za siebie. – Na dodatek zabrała pani Basi wiaderko z mopem…
– Kasiu jak ty się wyrażasz o gościach!? Nic nie rozumiem. Co się tu stało?! Wyjaśni mi to któraś z was?

Po tym pytaniu Martyny Barbara znów spuściła głowę nadymając usta. Katarzyna podniosła się:

– Ja przepraszam pani Martyno, ale ta kobieta chciała wykorzystać panią Basię i obraziła ją – Prawda pani Basiu?

Lecz Barbara nic nie odpowiedziała. Nadal siedziała ze spuszczona głową, nerwowo skubiąc paznokcie. Dla Martyny stało się jasne, że coś złego musiało się jej przytrafić – Znała jej reakcję na coś, co sprawiało jej przykrość.

– Dobrze dziewczyny… Kasiu weź Barbarę i idźcie do baru. Obok wejściowych schodów są drzwi do pakamery – To pomieszczenie socjalne. Tam znajdziecie wszystko co jest potrzebne do porządków… I może znajdziesz jakiś fartuch na siebie?

– Dobrze, proszę pani – odparła Kasia. A potem odezwała się do Barbary: – Chodźmy, pani Basiu, po nowe wiaderko i mopa.
– Tak,tak…  Chodźmy, szefowo –
odparła Barbara i podniosła się z miejsca, stając obok Katarzyny… Lecz ani przez moment nie spojrzała na Martynę.
Ta mimowolnie uśmiechnęła się do Kasi:
– Szefowo?!
A Katarzyna odpowiedziała z promienistym uśmiechem:
– Szybko awansuję jako siostrzenica wujka…
– Dobrze. Idźcie już, ja postaram się wszystko wyjaśnić –
Martyna nadal się uśmiechała.
Katarzyna z Barbarą poszły w stronę baru, zostawiając panią Martynę przed drzwiami do domku numer 2. Gdy stały już przed wejściem do pakamery, Katarzyna zauważyła, że od strony hotelu podąża ku nim Tom:
– Pani Basiu, poczekajmy chwilę, porozmawiam z wujkiem.
– Pan Konior jest też szefem, szefowo! Ale że wujkiem?! –
zdziwiła się Barbara. Tom, podchodząc do nich, zapytał:
– Tylko nie mówcie mi, że jeszcze chatki nie są gotowe?
– Dobrze… Pomilczymy –
odezwała się rozbawiona Katarzyna.

– Ty, mądralińska! – Jej wesołość udzieliła się także Tomowi. – Co się dzieje?
– Jedna kobieta przejechała się po pani Barbarze, nazywając ją nieudolną i głupią.

Uśmiech na twarzy Toma zgasł.
– Ale z jakiego powodu? – spytał.
– Kazała jej posprzątać domek, w którym mieszka.
– Co?! Który to domek?

– Dwójka… Jakaś wyfiokowana damulka zjechała mnie od małolat, jak chciałam się dowiedzieć, co się stało.

– Kasiu, ja cię proszę. Wszystkie problemy z gośćmi zostawiaj mi albo pani Martynie. Dobrze?

– No okej, okej… Pani Martyna właśnie tam jest. My mamy wziąć rzeczy i pójść do jedynki.

– Tak zróbcie… I to jak najszybciej, bo o 16:00 zaczyna się nowa doba i lepiej byłoby, żeby domki były czyste i wysprzątane do tego czasu.

Po tych słowach Tom, zostawiając je obie, poszedł pośpiesznym krokiem w kierunku domków.
– Ale narozrabiałam, szefowo – odezwała się Barbara.
– To nie pani wina, pani Basiu… Poczucie winy to strata czasu, a my mamy go mało. Nie przejmujmy się więc, tylko bierzmy się do roboty.
– Tak, oczywiście, szefowo – przytaknęła Barbara.
Gdy Katarzyna, z całym ekwipunkiem i w założonym fartuchu, pojawiła się przed pierwszym domkiem, stali już tam pani Martyna i Tom. Gdy tylko Barbara podeszła bliżej, Tom odezwał się:
– Basiu, kochanie… Nigdy nie słuchaj nikogo innego poza mną, panią Martyną i Kasią. Dobrze?
– Ale ja byłam sama… Gdyby nowa szefowa już tu była, to nie słuchałabym nikogo innego… Tak, tak! –
odparła, patrząc na Katarzynę.
Jej szczerość rozbawiła całą trójkę.
– Tak, tak… No dobrze, dobrze…  – zawtórował jej Tom, co oznaczało, że przyjmuje jej tłumaczenie. – Jak nie będziesz wiedziała co robić, będziesz pytać Kasi?

– Tak, tak – odparła Barbara, co miało oznaczać, że wszystko zrozumiała.
– No to teraz bierzcie się do pracy, dziewczyny – oznajmił Tom.
– Dobra, panie Tomaszu… Ale jakby szef choć raz złapał za mopa? – uśmiechnęła się Martyna.
– No wiesz ty co?! Nie mam do tego zdolności…
– No nie ma!
– przerwała im Katarzyna, śmiejąc się pogodnym uśmiechem. – Z kurzu w jego chałupie można było ulepić bałwana – zachichotała.
Tom tylko machnął ręką i odwracając się, poszedł w kierunku baru. A one, rozbawione, weszły do wewnątrz, biorąc się za porządki…

Dochodziła 15:00, gdy cała trójka po skończonej już pracy siedziała na schodach obok pakamery.
– Nieźle nam poszło, dziewczyny – odezwała się Martyna.
– Ee tam… Bułka z masłem. Nie było nawet wielkiego bałaganu, wystarczyło poprzecierać kurze – odparła Kasia.

– Uhmm, i wyszorować toalety i kabiny prysznicowe, i wymyć, i poukładać naczynia w kuchni, i pościel przebrać… To wszystko „nic”… Yhmm! – odparła ironicznie pani Martyna.

Katarzyna tylko się uśmiechnęła: „Pani nigdy nie widziała chyba, jaki syf potrafią zostawić po sobie ludzie?!” – pomyślała – „Tu to naprawdę było nic”. Kobiety na chwilę zamilkły, by odsapnąć. Wtedy usłyszały nad głowami głos Toma:

– Zmęczone? – spytał, gdy stanął nad nimi, opierając się o balustradę.

– Ja tak, szefie – odparła Basia. Wstała i, zadzierając głowę w górę, spojrzała na Toma: – Dobrze, że byłyśmy we trzy – dodała, już stojąc.

– Poproszę Marka, by cię podrzucił do domu… A Marysia ma przyszykowany obiad dla ciebie i mamy… Wy też, dziewczyny, chodźcie już na obiadek.

– Nie powiem – zgłodniałam – odparła Martyna, podnosząc się ociężale ze schodów.

– Dla mnie to też jest ciężki dzień – odezwała się Katarzyna i w przeciwieństwie do Martyny, lekko i z gracją stanęła na obie nogi. – Za dużo się w nim dzieje, ale zmachana nie jestem – nic a nic! – dodała.

Tym spostrzeżeniem, jak zawsze, rozbawiła Martynę i Toma. Jej swobodne zachowanie wynikało z faktu, że była dzieckiem… I choć może wiedziała, co wypada, a co nie, to jednak dziecięce emocje zawsze brały górę. Lecz kilka godzin później – wieczorem, gdy wracali z Tomem do domu, Katarzyna, idąc z nim powoli, powiedziała:

– Jestem tak zmęczona pierwszym dniem pracy, że po powrocie położę się spać do łóżka, ściągając jedynie buty i skarpety…

– No popatrz… A ja mam takie dni codziennie – uśmiechnął się Tom. – Ale w ubraniu nie kładę się do łóżka – oświadczył.

Następnego dnia Tom wychodził z mieszkania, gdy Katarzyna jeszcze spała… Nie dlatego, że wyszedł wcześniej, niż zwykł wychodzić do pracy, a dlatego, że Katarzyna odsypiała trudy wczorajszego dnia. Wychodząc, zostawił na stole, obok talerzyka pełnego kanapek i czajnika z herbatą – karteczkę. A na niej napisał: „Dzień dobry! Gdy się już wyśpisz i zjesz śniadanie, to zadzwoń… Moja asystentko. Mam nadzieję, że przebrałaś się przed snem w piżamę?!”. Gdy Katarzyna, godzinę po jego wyjściu, siedząc właśnie w piżamie przy stole, czytała tę wiadomość – uśmiechnęła się. Łapiąc telefon, wykręciła numer Toma, on prawie natychmiast odebrał:

– Dzień dobry Kasiu… Wstałaś?

– Tak, właśnie jem śniadanie i czytam, co pan napisał… Owszem, położyłam się… Ale podkoszulek lepił mi się do pleców, a kiecka ugniatała w pasie i gumka od majtek… więc się przebrałam… Byłam prawie jak Księżniczka na ziarnku grochu – po tych słowach usłyszała w słuchawce śmiech, a potem jego rozbawiony głos: – To jak jaśnie pani Księżniczka zje śniadanie, proszę udać się do recepcji hotelu „Fala”… tam o mnie spytać – nie przestawał się śmiać. – Jeszcze jakieś życzenia, Księżniczko?
– A pan, przepraszam, jest moim wujkiem czy złotą rybką?

– Ech Kaśka, Kaśka!
– usłyszała tylko w słuchawce jego rozbawiony głos i po chwili telefon się rozłączył.

Po półtorej godziny później – czyli parę minut po czasie, który zasugerowała – pojawiła się w holu recepcji. Nigdy wcześniej tu nie była. Naprzeciwko drzwi wejściowych, po drugiej stronie holu, znajdował się przeszklony kontuar, a nad nim wielki, podświetlony napis „Recepcja”. Kasia szukała jednak drzwi z tabliczką „Biuro”, wciąż stojąc na samym środku wejścia. Tym zachowaniem zwróciła na siebie uwagę jednej z recepcjonistek.

– Dziewczynko, zgubiłaś się czy szukasz kogoś? – spytała kobieta głosem, który nie brzmiał troskliwie, lecz wścibsko.

– Owszem, szukam – odparła obojętnie Kasia, nadal nie ruszając się z miejsca.

– Dziecko, a ty jesteś gościem hotelowym czy się zgubiłaś?! Nie stój tak na środku, bo przeszkadzasz gościom…

Katarzyna wyczuła w jej głosie uprzedzenie. „Kobieto, czy ja wyglądam na dziecko, które potrafi się zgubić?!” – pomyślała. W tym samym momencie otworzyły się jedne z drzwi po prawej stronie recepcji i pojawił się w nich Damian, brat pani Martyny.

– O, dzień dobry, Kasiu… Wejdź. Twój wujek mówił, że na ciebie czeka.

– O, dzień dobry panu… Już idę – odparła z grzecznościowym uśmiechem. Zerknęła na recepcjonistkę, jakby chciała jej powiedzieć: „Nie jestem byle jakim dzieckiem, małpiszonie”, po czym weszła do hotelowego biura.

Damian podszedł do recepcji i podał kobietom plik dokumentów. Ta, która wcześniej rozmawiała z Kasią, spytała:

– Przepraszam, szefie, a co to za dziecko?

– Katarzyna Konior… Nie znacie siostrzenicy pana Tomasza?

Po tych słowach źrenice recepcjonistki rozszerzyły się gwałtownie ze zdziwienia, powiększając swoją objętość kilkukrotnie, i odparła:

– Nikt nam nie wspomniał o niej…

— No, coś niebywałego! Myślałem, że ty, Jolu, razem z Dagmarą wiecie o wszystkim, co się tu dzieje — uśmiechnął się pan Damian. — Ja muszę na chwilę do domu. Jakby ktoś się o mnie pytał… — dodał i wyszedł z hotelu.

          Pomieszczenie biura było przestronne. Stały w nim trzy biurka, szeroki  regał z dokumentami, przeszklony stolik z wazonem wypełnionym sztucznymi kwiatami, obok którego stały dwa fotele, a przy oknach z zaciągniętymi  białymi żaluzjami stała palma, podobna do tej w domu Toma. Biurko Toma znajdowało się właśnie obok tej palmy i foteli. Za dwoma pozostałymi nikt nie siedział. Gdy weszła, Tom się uśmiechnął:

– Dzień dobry… Wyspana? Siadaj w fotelu…

Katarzyna , podeszła do fotela, i siadając , odpowiedziała:

– A tak. Dziękuję, że dał mi pan dziś dłużej pospać.

– Nie było sensu  budzić cię z samego rana…  Chodź dziś będzie działo się pewno tyle samo co wczoraj?

– Wczoraj działo się coś nieprzewidywalnego, proszę pana… A to jest bardzo męczące.

– Czyli coś co jesteś w stanie przewidzieć, męczy mniej?

– Mniej, bo można się na to przygotować – odparła Katarzyna.

– Na spotkanie z tą Olką nie byłaś przygotowana?

– Nie…  Nawet bym nie przypuszczała, że nadal tu gdzieś jest. Ani na okoliczności spotkania z panią Basią… W ogóle nie byłam przygotowana do wszystkiego – wczorajszego dnia.

– A dzisiaj?

– A dzisiaj to już wiem, że należy  spodziewać się niespodziewanego – uśmiechnęła się – Czyli jestem jakby przygotowana?

– Jakby… – potwierdził Tom z uśmiechem.

– A właściwie dlaczego miałam akurat tu przyjść?

– Bo pomyślałem, że po wczorajszym dniu, dzisiaj z przyjemnością skorzystasz z hotelowego SPA- Sauna, masaż i te sprawy… Jesteś za?!

– O ile za nic nie będę musiała płacić, to pewnie że tak!

– Podobno w życiu nie ma nic za darmo, ale dopóki jesteś tu, jako moja siostrzenica, możesz spokojnie zapomnieć o płaceniu za cokolwiek… No chyba, że za własne błędy, pomyłki  i głupstwa. Ale tej zapłaty nie przelicza się już na pieniądze.

 Gdy Tom skończył, Katarzyna odparła: „Amen!”- i oboje parsknęli śmiechem. Ich śmiech przerwał dźwięk interkomu;

– Tak pani Jolu?

– Szefie pan prosił, żeby dać znać,  jak przyjdzie ktoś z SPA… Przed chwilą widziałam wchodząca panią Elę.

– Dziękuję Jolu – Odparł Tom.

– No więc teraz Kasiu , podejdziesz w lewo od recepcji  i po schodach w dół znajdziesz się w strefie SPA .Tam  przedstawiając się ładnie z imienia i nazwiska pani Eli, wybierzesz sobie jakie tylko chcesz zabiegi… Jak w  bajce, tylko bez czarów i zaklęć – Tom znów się śmiał- A po wszystkim, znajdziemy ci jakieś zajęcie… Może tak być?

– Może… To nawet lepiej niż w bajce, proszę pana. Ale o tym, to chyba już rozmawialiśmy?

– Bajka to świat z wyobraźni… Nią żyłam jeszcze dwa tygodnie temu. A teraz tkwię w niej naprawdę.

– „Ważne jest, dokąd się zmierza, a nie gdzie się było”. Oglądasz czasem bajki?

– Czasem… Trudno zapomnieć miejsce, w którym nie spotykało mnie nic dobrego… I przecież w końcu kiedyś będę musiała do niego wrócić – odparła ze smutkiem w głosie Katarzyna.

– Jednak po powrocie, realia będą bardziej boleć?

– Chyba jednak mniej… Zawsze będę miała nadzieję, że mogę wrócić do tej bajki – Katarzyna popatrzyła na Toma z uśmiechem.

„I teraz powiedz, że będę mogła… Powiedz to, powiedz!” – pomyślała. Na twarzy Toma też pojawił się uśmiech. Wstał sprzed swojego biurka i podszedł, siadając obok niej na drugim fotelu:

– W końcu zostaliśmy rodziną… Zawsze będziesz mogła wrócić w to miejsce. Przynajmniej ja mam taką nadzieję.

Po tych słowach oczy Katarzyny zalały się łzami radości. Chciała wstać i rzucić się Tomowi w objęcia… Lecz tylko przetarła oczy i w tym momencie pomyślała: „To chyba jeszcze nie ten moment?! Ciekawe, jakby zareagował?”, i tylko odparła, mówiąc:

– Dziękuję, wujku!… – wypowiedziała to z pełną świadomością wagi swoich słów. I odtąd tylko tak się będzie do niego zwracała…

Tom też nie krył radości: „Gdybym wiedział, jak zareaguje, przytuliłbym ją mocno… Ale to chyba jeszcze nie ta chwila” – pomyślał i sięgając ręką za fotel, wyciągnął w zaciśniętej dłoni mały pakunek:

– Mam dla ciebie prezent… Nic wielkiego. Bransoletkę z wygrawerowanym twoim imieniem. Zauważyłem, że nie masz żadnych błyskotek… A radość ma większy blask, gdy błyszczy razem z nimi. Muszę cię bardziej porozpieszczać.

W oczach Katarzyny w tej chwili radość była porażająca: „Cholera, nigdy nie miałam żadnych błyskotek poza odpustowymi bibelotami… O raju! I co ja mam teraz zrobić? Co mam powiedzieć?” – Nie wiedziała, jak zareagować, lecz gdy Tom wstał i podszedł do niej, również zerwała się na obie nogi… I wtedy zadziałał w niej instynkt dziecka. Rzuciła się w jego objęcia, łapiąc go za szyję:

– Dziękuję, wujku… Dziękuję! – mówiła przez łzy.

Tom w tym samym momencie, czując jej bliskość… i ciężar, objął ją, mówiąc:

– Myślałem, że już nigdy nie będzie mi dane przytulić kogoś bliskiego, Kasiu… To ja dziękuję. – A potem delikatnie postawił Katarzynę, wypuszczając ją z objęć, i wręczył prezent, mówiąc: „Proszę”.

Tom, gdy wyzwolił się z objęć Katarzyny, dając jej prezent, poszedł, siadając znów za biurkiem. Katarzyna w pierwszym momencie miała go rozpakować, lecz nagle instynkt dziecka zgasł i pojawiły się wątpliwości. Popatrzyła na Toma:

– A w ogóle, dlaczego wujek jest dla mnie taki dobry? Te prezenty… Wujek chce kupić moją miłość? – spytała, patrząc w jego oczy.

On nie uciekł wzrokiem. Uśmiechając się, odparł:

– Kasiu, miłości nie kupuje się prezentami… Ja tylko chcę ci dać odrobinę szczęścia, na które z pewnością zasługujesz… A jak chcesz za nie płacić, to czym za nie zapłacisz – zależy tylko od ciebie.

Po tych słowach, ze łzami w oczach Katarzyna odpowiedziała:

– Przepraszam, wujku…

– Nie masz za co przepraszać…  Mówiłem, to ja mam za co ci dziękować – odparł. – Szczerość, choć przereklamowana, zawsze jest w cenie, Kasiu… I rozpakuj w końcu to pudełeczko! – roześmiał się.

Katarzyna otworzyła pudełeczko i wyciągając w dwu palcach,  jego zawartość, wydając  z siebie głos zachwytu:

– Wow? To wcale nie jest nic wielkiego… To jest mega! Właściwie to nie była bransoletka, a łańcuszek z żółtego, przechodzącego w czerwień topazu w kształcie kropli, pospinanych złotymi ogniwami. Katarzyna oplotła go wokół nadgarstka i zapięła, a potem, wyciągając rękę w górę, patrzyła z zachwytem:
– Pasuje idealnie… Nie zsuwa się i nie jest za ciasny. Skąd wujek wiedział, że będzie pasował na moją rękę?
– Nie wiedziałem… Dlatego zerknij jeszcze raz do pudełka.
Katarzyna szybko sięgnęła po pudełeczko i po chwili wydobyła z niego delikatny złoty łańcuszek, na którym lśniła taka sama kropla topazu. Z płonącymi oczami spojrzała na Toma.
– No co?! Jubiler powiedział, że gdyby był za ciasny, można go przedłużyć o tę jedną kropelkę więcej. A że nie trzeba nic zmieniać, to będziesz mieć gustowny wisiorek.
– I do kompletu, wujku…
Katarzyna rozpięła kilka guziczków pomarańczowej bluzki i odgarniając ręką włosy, założyła łańcuszek z wisiorkiem, a potem przez chwilę wpatrywała się w dekolt:
– Chyba już dzisiaj się nie zapnę – powiedziała, odwracając się do Toma.
Gdy spojrzał na nią, widział samą radość. Jej rozgrzane policzki i oczy miały taką samą barwę płonącego ognia jak kamień zawieszony na szyi.
– Mówią, że ładnemu we wszystkim ładnie, ale ty wyglądasz teraz uroczo.
– Dziękuję… I pewnie będę wiele razy dziękowała. Uściskałabym wujka jeszcze raz…
– O nie, nie! Uściski zostawmy na inne okazje –
odparł. – Mam sporo pracy i jej też muszę poświęcić trochę czasu. Zmykaj do tego SPA…
Ledwo wypowiedział te słowa, rozległ się dźwięk jego telefonu. Odebrał, przedstawiając się:
– Tomasz Konior, słucham?
I po chwili, przysłaniając drugą dłonią aparat, wyszeptał do niej z uśmiechem:
– Sio mi stąd!Więc Katarzyna, nadal cała w skowronkach, wyszła, zamykając za sobą delikatnie i cicho drzwi. Gdy dwie godziny później znów pojawiła się w holu hotelu i mijała kontuar recepcji, odezwała się do niej ta sama kobieta, z którą rozmawiała wcześniej:
– Panno Kasiu… Mam przekazać, że wujek powiedział, iż najszybciej znajdzie go pani w barze.
Katarzyna przystanęła. „Teraz jestem panną, nie dzieckiem?” – pomyślała, lecz z udawanym uśmiechem odparła:
– Bardzo pani dziękuję… – po czym wyszła z hotelu.
– Widziałaś, Daga, jak ona wygląda? – odezwała się recepcjonistka, która rozmawiała z Kasią.
– Jolka, ty po dwóch godzinach w SPA wyglądałabyś podobnie. A gdybyś była siostrzenicą szefa, miałabyś na sobie trzy razy więcej biżuterii, bo jesteś od niej trzy razy starsza – odpowiedziała Dagmara, chichocząc.

Gdy Katarzyna weszła do baru, mówiąc głośno na wejściu: „Dzień dobry!”, odniosła wrażenie, że wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę… A przynajmniej zauważyły ją pani Marysia i Emilka, które krzątały się za ladą.

– Wow! Kaśka! Super wyglądasz po tym SPA! – odezwała się Emilka, gdy tylko ją zobaczyła. – I ten łańcuszek!

– Zobacz na to! – Katarzyna uniosła lewą rękę.

– Ja nie mogę! – odparła Emilka, po czym zawołała głośno: – Panie Tomaszu, ja też chcę podobną bransoletkę na siedemnaste urodziny! – i się roześmiała.

Słysząc ten okrzyk, Tom wyszedł z zaplecza.

– Przecież na szesnastkę podarowałem ci już jakieś świecidełka?

– Kolię z ametystami… Ale ona nie nadaje się do noszenia na co dzień – odpowiedziała, wciąż się uśmiechając.

– Przecież ja tego też codziennie nie będę zakładała… No, może ten wisiorek? – odparła Katarzyna.
– Dlaczego? – zdziwił się Tom.
– A jak zgubię bransoletkę… Mogę zahaczyć o coś i zerwać. Będę ją zakładała tylko na wyjątkowe okazje… Za cenna jest.

— Kaśka, a może jak pójdziemy na lody do Jamników? — zapytała ze śmiechem Emilka.
— Tak! Ja w bransoletce, a ty w tej kolii — odpowiedziała, również się śmiejąc, Kasia.                                                                                

— Dobrze moje panny, dziś wyjątkowo macie wolne… Możecie się stąd  zerwać. Tylko szybko, nim zaprotestuje pani Marysia — Tom spojrzał na kelnerkę.                                                                                     

—Spokojnie szefie… Dam sobie radę sama — odparła jak zwykle z uśmiechem — W końcu dziewczęta mają wakacje.

Obie panny bardzo szybko zniknęły z baru. Na moment wstąpiły do domu Emilki, a potem spacerem wybrały się do Jamników. Emilia oczywiście nie założyła na szyję kolii z ametystami, a na ręce Katarzyny nadal lśniła broszka. Ale to nie miało absolutnie żadnego znaczenia – przecież wybrały się tylko na lody. Ten dzień upłynął Katarzynie bardzo szybko, wypełniony miłymi chwilami…  Wiec  gdy wieczorem usiadła z Tomem na kanapie i rozmawiali. Ona w pewnym momencie spytała:– A wujkowi jak minął dzień?
– Zaczął się przyjemnie i kończy się przyjemnie… It began with you and ends with you.
– Ach, że zaczął się ode mnie i na mnie kończy?
– No a nie? –
Tom jak zwykle się uśmiechnął.

– A co było pomiędzy? – spytała chytrze z uśmiechem.
– Przed południem praca. W południe praca… A potem wróciłaś ty, więc wiesz, co się działo aż do teraz. A właściwie dlaczego pytasz?
– Bo ja to cały dzień spędziłam na przyjemnościach
. – Katarzyna zgięła lewą rękę i poruszając przedramieniem, wpatrywała się w kamienie bransoletki mieniące się kolorami. – Naprawdę piękna. Jeszcze raz dziękuję…
Tom nic nie odpowiedział. Patrzył, jak Katarzyna uśmiecha się, spoglądając na błyskotkę: „To wystarczy za wszystkie podziękowania ­– Ta jej radość!” – pomyślał . Katarzyna jednak  po chwili opuściła przedramię, kładąc rękę na skrzyżowanych nogach:

— Ale spokojnie, wujku… Jutro to odpracuję. Życie nie może upływać na samych przyjemnościach. Bo nikt by ich nie docenił… Prawda?

— Jak z większością tego, co jest w nadmiarze, Kasiu… Prawda, prawda — odparł Tom.

Kilka następnych dni, choć nie składały się tylko z przyjemności i miłych chwil, upłynęło równie szybko… Tak szybko, że Kasia straciła ich rachubę. Gdy któregoś poranka, ziewając szeroko, weszła do kuchni na śniadanie, spytała Toma:

– A właściwie to jaki dzisiaj mamy dzień?

– Deszczowy – odparł rozbawiony Tom.

– Ee, wujku! Jaki mamy dzień tygodnia?

– Poniedziałek, szesnasty lipca… Godzinę też ci podać? – Toma nie opuszczał dobry humor.

Katarzyna, uśmiechając się, usiadła za stołem: – Obejdzie się, wujku! Ale że już jest szesnasty?!

Katarzyna zamilkła, nie tylko dlatego, że zaczęła pochłaniać grzanki z talerzyka… Bo przecież czasem mówiła nawet z pełnymi ustami.

– Odliczasz, ile ci jeszcze dni tu zostało? – spytał, patrząc na nią.

Katarzyna, wpychając kolejny kęs do ust i kiwając głową, wydała z siebie „Uhu” – co chyba oznaczało „tak”. Jej twarz jakby posmutniała. Tom to zauważył:

– Czternaście dni to przecież jeszcze dużo… Całe dwa tygodnie – usiłował ją pocieszyć.

Katarzyna przełknęła kęs, popijając go herbatą z kubka:

– Nawet gdybym spędziła tu całe wakacje… I tak byłoby za krótko, wujku. Szkoda, że Dianka nie pozwoliła na więcej.

– Przecież to nie zależało tylko od twojej siostry, a od twojej matki… A właśnie, rozmawiałaś z nią?

– A tak, tak, przedwczoraj… Całe trzy minuty, siedem słów: „Witaj”, „Jak się masz?”, „Trzymaj się, Kasiu”… Nawet nie powiedziała do mnie „córeczko”. – Katarzyna chwyciła kolejną grzankę, szarpiąc zębami wielkie kęsy. Gdy je przełknęła, dodała: – I mogę się założyć, że rozmawiała ze mną tylko dlatego, że namówiła ją do tego moja siostra!

Tom nic nie odpowiedział. Usiadł po przeciwnej stronie stołu, złapał za jedną z grzanek na talerzyku Kasi i zaczął ją zjadać… Ciszę w kuchni wypełnił odgłos chrupania nieco przypalonych grzanek. Nagle rozległ się huk uderzającego gdzieś w pobliżu pioruna. Obydwoje drgnęli:

– Rany, ale walnęło! – odpowiedziała z przerażeniem Kasia. Nim sięgnęła po następną grzankę, rozległ się kolejny grzmot, a na szybach okien kuchni pojawiły się wielkie krople deszczu: – I pomyśleć, że jeszcze wczoraj wieczorem kąpałyśmy się z Emilką w jeziorze?! – powiedziała, gdy przełknęła kolejny kęs.

– Takie uroki lata… Ale nadal jest ciepło. Ta burza szybko minie – odparł Tom, ocierając dłonią usta, a potem tę dłoń wytarł o spodnie: – Dobra, ja muszę iść do baru, bo dzisiaj będzie pełno gości.

– Barowa pogoda? – uśmiechnęła się Kasia.

– „W czasie deszczu dzieci się nudzą” – tak to szło? – Tom też się zaśmiał, a potem powiedział: – Nie musisz się spieszyć, moja asystentko. Dzisiaj nie będzie dużo pracy, przynajmniej do popołudnia.

— A tam… Zjem i przyjdę do baru… Boję się siedzieć sama w taką burzę — odparła Katarzyna.

Tom wstał od stołu i poszedł do swojego pokoju. A gdy Katarzyna już sprzątała po śniadaniu, wycierając ściereczką blat stołu — wyszedł z przewieszonym przez ramię etui z laptopem i parasolką w ręce:

— Drugi parasol jest pod wieszakiem obok wejścia, jakbyś potrzebowała — powiedział, wychodząc z salonu na ogród.

— A tam, przebiegnę pomiędzy kroplami! — zawołała Katarzyna, gdy zamykał za sobą drzwi. Potem śledziła wzrokiem jego postać, aż znikła za szpalerem iglastych drzew… Godzinę później poszła w jego ślady, ściskając mocno w obu dłoniach uchwyt wielkiego, czarnego parasola: „Pod nim zmieściłyby się trzy takie jak ja” — pomyślała, uśmiechając się. Gdy doszła w miejsce, w którym krzyżował się chodnik w stronę domków, jeziora i baru, zauważyła w dole, pomiędzy drzewami, nad brzegiem jeziora Barbarę. Stała na deszczu, bez parasola. Nawet z daleka widać było, że jest cała przemoknięta:

— Pani Basiu! — krzyknęła, lecz odgłos grzmotu zagłuszył jej wołanie. Więc zawołała jeszcze raz: — Pani Basiu! — lecz ona w ogóle nie zareagowała na jej okrzyk. „Może coś się jej stało?” Katarzyna postanowiła podejść bliżej, choć bardzo się bała. Zeszła w dół aż do sosnowego zagajnika. —” Pani Basiu” — powiedziała głośno, lecz efekt był ten sam — Basia ani drgnęła. Nieco wystraszona Katarzyna podeszła, stając obok niej, i osłoniła ją parasolem. Wtedy dopiero Barbara obróciła się w jej stronę i przykładając swój mały palec wskazujący do ust, półgłosem powiedziała:

— Cii. Niech szefowa Kasia patrzy, słucha i czuje…

„Ale na co mam patrzeć i czego słuchać?” — pomyślała. Jednak Barbara tym samym palcem, który wcześniej przykładała do ust, wskazała na taflę jeziora. Było jak lustro. Odbijały się w nim szmaragdowe czupryny gór, poszarpane wierzchołkami drzew. Nad nimi kłębiły się szafirowe chmury przeplatane postrzępionymi barwami opalu. Krople padającego deszczu mąciły wodę, przez co jezioro wyglądało niczym malarskie płótno… Nagle na niebie pojawił się błysk i rozległ się huk, który przeszywając przestrzeń, przebił wodne zwierciadło swoim lustrzanym odbiciem. W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi wymieszany z aromatem lasu. Gdyby nie odgłosy burzy niosące się daleko po wodzie, panowałaby kompletna cisza.

Katarzyna spojrzała na twarz Barbary. Ta, uśmiechając się, całą sobą chłonęła tę chwilę… Została w niej. Katarzyny strach minął. Stały tak teraz razem, oglądając spektakl natury. Nagle Katarzyna poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Wylękniona obróciła się i zobaczyła za plecami Toma. Ten powiedział półgłosem:
– Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć… Wiedziałem, że znajdę tu Barbarę, ale że ciebie?!
– Cii. Niech wujek patrzy, słucha i czuje
– odparła szeptem, przykładając wskazujący palec do ust i uśmiechając się przy tym. Nie stali jednak długo nad brzegiem jeziora, bo burza przybrała na sile. Tom zdecydował, że to jest zbyt ryzykowne, i we troje wrócili do baru. Nie weszli jednak głównym wejściem, lecz przez zaplecze. Gdy tylko odstawili parasolki, Tom zwrócił się do Barbary:
– Basiu, ile razy cię prosiłem: „Mów, dokąd idziesz”. Martyna już odchodziła od zmysłów.
Barbara, jak zwykle, gdy czuła się winna, spuściła głowę.
– Przepraszam…
– Tak, tak – pociągnął temat mężczyzna.
– I z pewnością jeszcze nieraz będę ci to mówił, a ty i tak zrobisz po swojemu?
Wyszło na to, że było to pytanie retoryczne, bo Barbara odparła tylko ciche: „Tak, tak”, co szczerze rozbawiło Katarzynę.
– Pani Basiu… Lubię panią! – odezwała się do kobiety.
– Ja panienkę Kasię bardziej – odparła Barbara, a na jej twarzy znów pojawił się uśmiech.
Objęła swoimi krótkimi ramionami Katarzynę. Dziewczyna poczuła w tym samym momencie chłód przemoczonej odzieży Barbary, lecz nie przejmując się tym, również oplotła ją długimi rękami. Wtedy z kuchni wyszła Martyna.
– Co wy wyprawiacie? Będziecie obie mokre!
– Ubrania wyschną, uczucia wyschnąć nie mogą
– rzucił filozoficznie Tom.
– No tak! A pan ich jeszcze broni? – roześmiała się Martyna, lecz po chwili dodała już całkiem poważnie: – W tej chwili, Basiu, zdejmij ten przemoczony podkoszulek! Panie Tomaszu, proszę stąd wyjść! – rozkazała.
Tom z uśmiechem opuścił pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi od kuchni.

– Katarzyno, to samo – proszę iść do kuchni i postać chwilę przy kuchenkach… Tylko nie przeszkadzaj Bogusiowi i Emilce.

– Tak jest, proszę szefowej! – odparła Katarzyna, stając na baczność i udając, że salutuje. Lecz nim  wyszła, wszystkie parsknęły śmiechem. Gdy weszła do kuchni, głośno powiedziała: „Dzień dobry!”. Na powitanie zareagowała tylko Emilka, stojąca nad wielką brytfanną do smażenia placków ziemniaczanych, która machnąwszy łopatką do przewracania, odparła: – „No hej, Kaśka!”. Pan Bogdan nie zareagował. Gonił pomiędzy stanowiskami. A to na kuchni, podnosząc pokrywkę garnka, zamieszał w nim chochlą. A to, podchodząc na inne stanowisko, siekał pietruszkę. Katarzyna podeszła do Emilki; ta, widząc ją z bliska, uśmiechnęła się, mówiąc: – Nie założyłaś dzisiaj stanika? Katarzyna zdębiała: „Skąd o tym wie?!”, lecz spytała: – Że co? Emilka nic nie odpowiedziała, tylko wskazała łopatką do przewracania placków ziemniaczanych na jej piersi, nadal się śmiejąc. Katarzyna spojrzała na swoje piersi – wyraźnie prześwitywały przez przemoczoną w tym miejscu bluzeczkę. Wydobyła z siebie tylko „Ups!” i łapiąc za bluzkę, zaczęła nią wachlować, nachylając się nad brytfanną:

– Kaśka, zgłupiałaś!? Poplamisz olejem. Stań lepiej obok wentylatora.

Katarzyna, nadal wachlując bluzką, stanęła pod wentylatorem w rogu pomieszczenia.

– Coś ty wyprawiała? – Emilka nadal była rozbawiona.

– Przytulałam się! – odparła, wystawiając język do Emilki.

– Do kogo!? – Emilka tak się roześmiała, że mało co nie upuściła obracanego  placka na posadzkę.

– Do Barbary… Głupia! – też trzęsła się ze śmiechu, co było wskazane przy suszeniu jej bluzki.

– Znów chodziła po deszczu?

-Znów?

– No ona tak ma… – zaczęła Emilka, lecz na moment przerwała, nakładając wypieczone placki na prostokątny biały talerz. Dopiero gdy wylądował na nim ostatni placek, dokończyła: – Ona lubi długie samotne spacery, jak pada deszcz… Dziwna jest, ale to nie jest dziwne – podsumowała. A potem głośno zawołała: – Pani Marysiu – raz, podwójna porcja placków ziemniaczanych! Po tych słowach od strony baru weszła Marysia; gdy zauważyła Kasię, rzuciła tylko ledwo słyszalne „Dzień dobry, Kasiu” i łapiąc talerz od Emilki, zniknęła z nim w drzwiach. A Emilka, wolna od talerza, złapała za chochelkę, nalewając na półmisek zupę z garnka, w którym chwilę temu zamieszał Bogdan, i znów wrzasnęła: – Raz flaczki!… Tym razem w kuchni pojawił się Tom z tacką, łapiąc półmisek od Emilki, położył na tacy i nim zniknął jak Marysia, zdążył powiedzieć: – Nie kręć się tu teraz, Kasiu. Ona jednak pomyślała: „Przecież stoję w jednym miejscu i nikomu nie zawadzam”. Popatrzyła na bluzkę, była prawie sucha, a przynajmniej nic spod niej nie prześwitało.

– Pora śniadaniowa? – upewniała się, pytając Emilkę.– No kurde nie! My tak dla zgrywy – odparła przekornie Emilka. Katarzyna zrozumiała, że teraz lepiej jej nie przeszkadzać w kuchni: – Po wszystkim będę przy stoliku – odezwała się do zagonionej Emilki.

Ta odpowiedziała tylko: „Okej!”. Katarzyna wróciła do pomieszczenia socjalnego, mijając się w drzwiach z Marleną.

– Posiedź z Basią… Najlepiej zaprowadź ją do baru, tylko na około! – rzuciła, mijając Kasię, i zamknęła za sobą drzwi. Barbara siedziała na przewróconej dnem do góry skrzynce po warzywach. Na widok Kasi podniosła się:

– O, Kasia też już sucha?

– Też, też, pani Basiu – w zamian usłyszała to, czego się spodziewała, bo Barbara odpowiedziała: „Tak, tak, też sucha”. Barbara miała na sobie założony nowy niebieski podkoszulek z logo „Ośrodek Fala”.

– Wow! Martyna dała pani „firmówkę”?

– Tak, tak… Powiedziała, że w niej wyglądam przyzwoicie.

– No ba! I szykownie, pani Basiu.

Barbara nic nie odpowiedziała, za to na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Katarzyna uchyliła wejściowe drzwi na zewnątrz. Wciąż padało. Złapała za parasolkę i odezwała się do Barbary:

– Pani Basiu, chodźmy do baru. – W tym momencie uśmiech na twarzy Barbary zgasł.

– Wolałabym w inne miejsce. Za dużo osób… Tak, tak – za dużo.

– To może do naszego składziku? Do pakamery…

Katarzyna już kilka dni temu odkryła, że Barbara spędzała tam chwile przerw od pracy, popijając herbatę. To był jej azyl.

– Tak, tak, szefowo. Tam jest spokojnie – odparła, znów się uśmiechając.

Katarzyna rozłożyła parasol i wyszła na zewnątrz, zagarniając ręką Barbarę pod jego czaszę. I poszły wprost do składziku sprzątaczek, obok frontowego wejścia do baru. W pakamerze, oprócz akcesoriów do sprzątania i zapasów pościeli, wisiała mała szafeczka, a pod nią przy ścianie mały stolik, dwa krzesła, a obok mała umywalka. Usiadły przy stoliku:

– To ja szefowej Kasi herbatę zrobię. Dobrze?

– Tak, tak… napijmy się herbaty – odparła z uśmiechem, zarażając nim także Barbarę.

Ona wstała i sięgając do szafki, wyciągnęła wszystkie niezbędne rzeczy, zaczynając od czajniczka na wodę, a kończąc  na metalowym pudełeczku z piórkami herbaty, i zajęła się jej przyrządzaniem, zaczynając od nalania do czajniczka wody.

– Piękne to dzisiaj było, tam nad jeziorem – zaczęła rozmowę Katarzyna.

– Lubię, gdy pada deszcz… Lubię, jak szepcze kroplami – odparła Barbara, siadając na krześle: – Tak, tak… Lubię.

– Jakoś nigdy nie wsłuchiwałam się w krople deszczu, pani Barbaro.

– A to szkoda, szefowo. Tyle historii można usłyszeć. Tak, tak… Lubię, gdy pada deszcz. Wtedy wszędzie jest pusto i cicho.

– Pani musi mieć bardzo wrażliwą duszę – odparła Kasia.

– Pani Kasia też ma piękną duszę… Widziałam ją  tego dnia, jak pierwszy raz zobaczyłam szefową… Tak, tak. Widziałam ją też dzisiaj… W oczach którymi Kasia patrzyła.

Katarzyna już dawno domyśliła się, że to jej „tak, tak” to taki wewnętrzny głos,  upewniający ją w słusznym przekonaniu i działaniu. „Trochę ograniczona i naiwna… Ale poza tym w niczym nie jest ode mnie gorsza a czasem nawet lepsza” – pomyślała Katarzyna. Siedziały we dwie w pakamerze długo po tym, jak Barbara zrobiła herbatę, a potem obie ją wypiły. Kasia słuchała opowieści Barbary, które  wystukały dla niej  krople deszczu. Raz po raz uśmiechała się do niej, otrzymując w zamian jeszcze bardziej promienny uśmiech. Czas w jej towarzystwie mijał przyjemnie. Nawet nie zorientowały się, kiedy burza ustała. Dopiero jęk otwieranych drzwi zwrócił ich uwagę na to, co dzieje się dookoła. W drzwiach stanęła Martyna, mówiąc:
– Wiedziałam, że tu siedzicie… Ale że aż tak długo?
– Czekałyśmy, aż burza się skończy, szefowo… To dobre miejsce. Tak, tak – dobre –
odparła Barbara.
– Pani Basiu, pora wziąćsię do pracy… Wpół do dwunastej dochodzi, a trzeba wysprzątać w budynku łaźni na kempingu.
– Ja jej pomogę
– odezwała się Katarzyna. – Tylko czy zamiast tego za dużego fartucha, mogę dostać taki sam podkoszulek? – Wskazała palcem na Barbarę i uśmiechnęła się.
– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziała z takim samym uśmiechem Martyna. – Chodźmy, Kasiu, poszukać na zapleczu. „Szukanie” podkoszulka nie było szukaniem miejsca, w którym mógłby się znajdować, lecz szukaniem wśród wielu rozmiarów takiego, który pasowałby na Katarzynę. Znaleźlicoś, co pasowało na Kasię… Był trochę za długi i za szeroki, ale i tak uroczo się w nim prezentowała… Bo ładnemu we wszystkim ładnie! . Katarzyna wróciła do pakamery, a potem obie z Barbarą zabrały się do pracy. Uwinęły się obie szybko. Było parę minut przed trzynastą, gdy Katarzyna wychodziła z pakamery. Miała już na sobie bluzkę, a po skończonej pracy pożegnała się z Barbarą – oczywiście tonąc w jej objęciach – i weszła do baru. Panował w nim tłok. Klienci krążyli wokół lady, za którą uwijały się Emilka i jej mama, a Marysia biegała pomiędzy stolikami. Tylko Tom siedział przy ich stoliku, popijając kawę. Katarzyna podeszła do niego. Gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko.

– Dobrze, że jesteś… Bo ja wypiję kawę i muszę iść do biura – przerwał, robiąc łyk kawy, a potem, jakby się tłumacząc, dodał: – Mam kilka ważnych spraw do załatwienia.

Katarzyna, śmiejąc się, odparła:

– Dobrze, dobrze, wujku… Praca kelnera ci nie odpowiada?

Tom roześmiał się jeszcze głośniej i westchnął tylko:

– Ech, Kasiu, Kasiu.

Katarzyna usiadła obok niego. Ledwo opadła na krzesło, gdy nagle jak spod ziemi pojawiła się Marysia. Przyniosła na tacce latte i podając ją Katarzynie, spytała z tym samym co zawsze uśmiechem na twarzy:

– Panienka Kasia zje obiad teraz czy później?

Na to pytanie odpowiedział jednak Tom:

– Zjemy później, niech się trochę przewalą te tłumy… A nie znajdziesz dla niej jakiegoś fartucha?– Okej, szefie! – odparła dziewczyna i obracając się na pięcie, zniknęła.

– Odwalisz za mnie tę robotę, jak już wypijesz kawę? – spytał Tom, spoglądając na Kasię.

– Jasne, szefie! – odparła słowami Marysi, głośno się przy tym śmiejąc.

– Uff… Dziękuję, moja asystentko – odpowiedział z ulgą.

      Tom gdy wypił kawę i wyszedł na zewnątrz baru, zauważył, że niebo przejaśniało. Wprawdzie było na nim sporo białych chmur, ale spomiędzy nich, zaczynało wyglądać słońce. Ten fakt go ucieszył: ” Może zrobi się mniejszy tłok w barze, żeby dziewczyny mogły odsapnąć?” – pomyślał i poszedł w stronę hotelu. W połowie drogi, zauważył jednak Edwarda stojącego na przystani. Mocował się z liną na kei, do której podczepionych było kilka kajaków. Tom słysząc, jak Edward  siarczyście przeklina – zawołał:

– Proszę pana, proszę o kulturalne zachowanie! – i parsknął śmiechem.

Edward spojrzał na niego i rzucając z wściekłością linę odparł – A bo prosiłem syna, żeby nie podczepiał po kilka kajaków na raz… Ale do niego mówić, to jak do ściany.

Tom poszedł w jego kierunku, lecz nie brukowym chodnikiem, a nasiąkniętym deszczem jak gąbka  – trawnikiem.

– A tabliczki z napisem „Nie deptać”, pan nie zauważył? – odwzajemnił się Edward Tomowi, za jego wcześniejsze pouczenie.

– Za to już zostałem surowo ukarany, Edku – odparł Tom i gdy postawił już obie nogi na pomoście z desek, podniósł jedną w górę. Wtedy z założonego na stopie buta zaczęła cieknąć strużka wody.

Edward roześmiał się na głos, trzęsąc się ze śmiechu, i skomentował: – Jak się zachciało skrótów, to teraz masz!

– Cholerka, przecież nie wejdę w nich do hotelu, bo mnie Zaśka zabije.

– No to nie wchodź – odparł nadal rozbawiony Edward. – Po co się pchać lwu w paszczę?

– Właściwie to nie mam żadnej papierkowej roboty – zwiałem z baru.

– No to pomóż mi rozplątać ten węzeł, bo ja, cholera, nie potrafię – odparł Edward, schylając się i podnosząc wcześniej rzucony sznur: – Na cholerę tak mocno zacisnął ten węzeł? – dodał, wpatrując się w związane dwa sznury.

Nagle Tom zaczął się śmiać. Edwarda to zaskoczyło:

– A Ty co? – zapytał zdziwiony.

– Koniec tego związanego sznura jest przypięty szeklą do pomostu! Wystarczy odpiąć szeklę, Edziu…

Edward, znów ciskając ze złością sznur na pomost, odparł: – Cholera – jaki stary, taki głupi!

– To nie głupota… Przerobiony już jesteś.

– Możliwe – Edward na chwilę zamilkł, lecz po chwili, śmiejąc się promiennie, powiedział: – Chodźmy, Tomaszu, do ciebie… Ostatnio, jak byliśmy z Zosią, to tego wina chyba nie dopiliśmy?

– Wino w biały dzień… W godzinach pracy? – to znów były retoryczne pytania, bo za chwilę Tom sam sobie na nie odpowiedział: – Jak najbardziej jestem za, Edwardzie! A poza tym muszę przebrać obuwie.

Więc obydwaj panowie udali się do domu Toma, chyłkiem przechodząc koło baru. Gdy już się rozsiedli w kuchni… Tom boso, a Edward w skarpetach, rozlali do kieliszków wino. Edward, biorąc łyk z kieliszka, rozglądał się po pomieszczeniu:

– Ostatnio, jak żeśmy tu siedzieli, w rogu nad oknem wisiała pajęczyna. Teraz tu jakoś czysto i schludnie. Od razu widać kobiecą rękę – uśmiechnął się (i odtąd będzie się często uśmiechał, w przeciwieństwie do Toma, lecz on także będzie w wyśmienitym humorze. nie tylko z powodu wina, choć działa podobno rozweselająco).

– No przecież nie mieszkam sam…
– No toż właśnie o tym mówię. Przywykłeś do tego, że z tobą mieszka?

– A bo to mało razy ktoś przez lato mieszkał ze mną w tym domu?

– Oj! Wiesz, że ja nie o tym…
– Edward upił łyk wina z kieliszka.
– No wiem. Przyzwyczaiłem się, że jest, i szczerze mówiąc, ciężko będzie mi się odzwyczaić – odparł Tom, po czym poszedł w jego ślady i również przechylił kieliszek.
– A co na to jej matka?
…Już wtedy, gdy w jego domu pojawiła się Katarzyna, przygotował sobie listę kłamstw, którymi zamierzał zbywać pytania dotyczące wszystkiego, co było z nią związane. Więc bez namysłu odparł:
– Nie chce utrzymywać ze mną kontaktów.
– …I pozwoliła swojemu dziecku, żeby z tobą zamieszkało? Dziwne.

– Mówiliśmy już: to, że się tu znalazła, to przypadek. A to, że została ze mną na te parę tygodni, to nie zasługa jej matki, tylko przyrodniej siostry.

Tom znów przechylił kieliszek, czekając na dalsze pytania Edwarda. Chciał już raz na zawsze zakończyć temat Katarzyny. Nie musiał długo czekać, bo nim odstawił naczynie, Edward znów zaczął:
– Od Emilki usłyszałem, że nie przelewa się jej w domu.
– To prawda. Nie wszyscy mają tyle szczęścia co my, Edku.

– A co to za szczęście?!
– Szczęście, szczęście! Kasia powiedziała mi, że tutaj czuje się jak w bajce i chce posmakować tego szczęścia. –
Tom zamilkł na moment, wyraźnie akcentując ostatnie słowo, a potem mówił dalej: – Więc skoro chce z niego czerpać, to znaczy, że my je mamy. Prawda?
– O masz!
– odezwał się Edward. – Wypił parę łyków wina i już filozofuje… Ale masz rację, coś w tym jest.
– Nie filozofuję
– odparł Tom. – Nie każdego spotyka taki los. Więc chcę jej podarować trochę tych chwil… Niech przynajmniej wspomnienia ma miłe.
– Mówisz, że już tu więcej nie przyjedzie?
– Nic takiego nie powiedziałem – zaprzeczył Tom. – Człowiek przecież wraca do wspomnień, wracając do miejsc z nimi związanych… Na przykład ja? – Tom popatrzył na Edwarda wymownie.

– Uczynny, mądry i dobry z ciebie człowiek, Tomaszu. Rozlej więc tę resztkę z butelki do kieliszków – odparł Edward rozbawionym głosem.

Siedzieli jeszcze chwilę, rozmawiając o pogodzie, nim ich kieliszki opustoszały, bo Tom koniecznie chciał zmienić temat rozmowy. Przed piętnastą postanowili wrócić do baru na partyjkę szachów. Okazało się jednak, że  barze wciąż było tłoczno. Choć na niebie nie było już żadnej chmury, to na dworze zrobiło się odrobinę chłodno i wietrznie. Stali przed wejściem, zastanawiając się, co dalej. Wtedy Edwardowi przyszła do głowy wspaniała myśl:
– Za duży ruch… To może wypuszczę na wiatr „Eulalię”? – tak właśnie nazywała się żaglówka Edwarda. Mawiał, że po Zosi to jego druga miłość.

Często razem z Tomem opływali cały akwen jeziora albo wypływali na sam środek i Edward oddawał się swojej kolejnej pasji – wędkarstwu.
– Tylko co na to kobiety powiedzą? – głośno zastanawiał się Tom.
– Dla niepoznaki zabierzmy Katarzynę
– odparł chytrze Edward. – Przecież jeszcze nie była na jeziorze… Wiesz, dołożę się trochę do tego jej szczęścia.
– No i to mi się podoba
– odparł Tom. – Ale najpierw zjedzmy obiad… Bo popływamy chwilę?
– Nie opłaca się przecież odcumowywać łódki tylko na godzinę –
utwierdził go Edward w jego przekonaniu. Obydwaj weszli do środka, siadając przy służbowym stoliku. Wtedy podeszła do nich Martyna i patrząc na nich, spytała:
– Gdzie się szwendaliście?
– Zaraz tam „szwendali”
– odparł Edward. – Rutynowe obejście po ośrodku robiliśmy – skłamał, lecz Martyna dobrze znała swojego tatusia.
– Taa! Byle dalej od roboty? – śmiejąc się, nie czekała na odpowiedź, tylko poszła, znikając w przejściu służbowym do kuchni.
Edward zauważył w drzwiach wchodzącą Zofię. Wahała się, czy wejść, czy nie. Machnął do niej ręką, aby podeszła do nich. Podeszła i siadając obok swojego męża, stwierdziła:
– Duży ruch dzisiaj.
– Pogoda barowa – jak mówi Katarzyna
– odparł Tom.
– A właśnie. Gdzie ona jest?
– No, pomaga tu…
– Tom rozejrzał się po sali, ale nigdzie jej nie wypatrzył i dodał:– Pewnie jest w kuchni.
– Co ty ją tak wykorzystujesz? Przecież to jeszcze dziecko.
Po tym stwierdzeniu obaj panowie spojrzeli na siebie: „Dobra nasza!”. Tom przystąpił do działania:
– Ładnie się zrobiło i wiatr wieje, można by jej pokazać jezioro?!
– Teraz?!… Łódką Edka? Ale w takim razie z obiadu nic nie będzie. Chcecie, żeby zapaskudziła pokład?

– uprzedzała ich Zosia.
Edward popatrzył porozumiewawczo na Toma.

– No to wieczorem zjemy obfitszą kolację.
– No dobrze
– odparła Zosia i wstała. Obracając się w stronę Marysi stojącej za barem, spytała: – A Kasia z Emilką gdzie?
– A plotkują w kuchni
– odparła Marysia spokojnie, a potem wrzasnęła: – Emilka, babcia cię prosi!
Był to naturalny i rutynowy sposób porozumiewania się pomiędzy barem a kuchnią. Był bardzo skuteczny, bo prawie natychmiast po okrzyku w drzwiach pojawiły się dziewczęta.
– Co się stało, babciu? – spytała Emilka.
– Nic. Ściągajcie fartuchy. Idziecie z dziadkiem i Tomaszem popływać Eulalią.
Gdyby Emilka nie powstrzymała się od oznak radości, wystrzeliłaby w górę jak petarda. Dlatego tylko, zginając rękę z zaciśniętą pięścią, wydała z siebie okrzyk radości: „Yes!”.
– Mówiłam Kaśce, że fajnie byłoby, gdyby dziadek zabrał nas na przejażdżkę… Ona jeszcze nigdy nie była na żaglówce.

Nie dało się ukryć, że Emilka uwielbiała pływanie żaglówką. Pomimo że łódź miała kadłub o długości zbliżonej do jachtu, a co za tym idzie, wymagała sporych umiejętności w nawigacji i żeglowaniu, Emilka już kilka razy opływała jezioro z dziadkiem, sama trzymając ster.
– Kaśka, ale będzie super! Ściągaj ten fartuch – popędzała koleżankę.
Tom nachylił się do Edwarda, który siedział naprzeciwko niego, i szepnął:

– Tego nie przewidzieliśmy – powiedział, a potem się uśmiechnął. – To nawet lepiej. Nie ugonię się po łodzi tyle – odparł półgłosem.

– Bierzcie się już wszyscy… Ja przez chwilę pokręcę się tu z Martynką – powiedziała Zosia.

Obaj panowie zerwali się z miejsca. Gdy wyszli, sięgnęli po swoje telefony i rozmawiali przez nie przez całą drogę do hotelu. Emilka z Katarzyną szły za nimi.

– Pewnie ktoś nas podrzuci do Jamników? – powiedziała Emilka, patrząc na dziadka.

– Dlaczego do Jamników?

– No jak to?! Przecież tam w porcie dziadek cumuje Eulalię… Nie widziałaś żaglówek, jak stałyśmy na promenadzie?

– A dlaczego nie tu?

– Tu nie wolno cumować żaglówek… Widziałaś tu jakąś?

Katarzyna nic nie odpowiedziała. Do dzisiejszego dnia nie zwracała większej uwagi na to, co dzieje się na jeziorze. Dopiero dzisiaj, gdy stała w deszczu z Barbarą, przekonała się, że ma ono swój urok.

Gdy cała czwórka podeszła pod hotel, po chwili na parking podjechał samochód Damiana. Otwierając drzwi, zawołał:

– Tatuś, no pakujcie się!

– Powoli, synku! – odparł Edward. – Frankowi zajmie chwilę, nim wszystko przygotuje do żeglowania.

– Szkoda tego wiatru, tatuś – odparł jego syn.

Gdy już wszyscy byli wewnątrz samochodu i Damian ruszył, powiedział, patrząc w wsteczne lusterko:
– Aż wam zazdroszczę… Sam bym popływał, ale muszę pilnować interesu – tu spojrzał z wyrzutem na siedzącego obok niego ojca.
– Oj synku, synku… Jeszcze nie raz popływasz. Patrz na drogę.

Kilkanaście minut później czwórka załogi „Eulalii” odbijała od kei, żegnana przez machającego ręką Damiana. Choć Katarzyna była częścią załogi, stała w miejscu, trzymając się kurczowo uchwytu przy wejściu do mesy. Pozostała trójka goniła po pokładzie… Właściwie to dwójka – czyli Emilka z dziadkiem, bo Tom trzymał ster.

Gdy oba żagle nadęły się wiatrem, żaglówka nabrała pędu, przestając kołysać się na falach. Wtedy Tom zamienił się z Emilką. Ona wzięła w ręce ster, a on poszedł pilnować szotu. Edward kręcił się, idąc raz z dziobu na rufę, a po chwili z powrotem. Katarzyna nadal trzymała się kurczowo wejścia do mesy.

Emilka na chwilkę odwróciła się do niej:
– Fajnie, co?
– No nie wiem, mam pietra jak cholera, boję się, że wypadnę.
– To łap się want… Tylko nimi nie szarp i uważaj na bom.

„Dobre sobie. Co to są wanty albo ten bom… Czy mi to ktoś wytłumaczył?!” – pomyślała, a po chwili zapytała na głos:
– A co to są te wanty?

– Oj Kaśka, łap się za te linki po bokach odstające od masztu i uważaj na ten poziomy drąg, pod masztem… Jarzysz?
– Zajarzyłam –
odparła i puszczając uchwyt, złapała za pierwszą lepszą linę, która była najbliżej niej, niepewnie stawiając krok.

Po dwóch godzinach żeglowania ciężko było upilnować Katarzynę na żaglówce. Wszędzie było jej pełno. Z zwinnością gibbona poruszała się po pokładzie, a na jej twarzy widać było taką samą radość, jak na twarzy Emilki.

I gdy koło dwudziestej cumowali w porcie, Kasia, ściągając z siebie kapok, odezwała się:
– Szkoda, że to tak krótko trwało, a wiatr przecież jeszcze wieje…
To stwierdzenie nie umknęło uwadze reszty członków załogi – parsknęli śmiechem.
– Pływaliśmy trochę dłużej niż cztery godziny. Dwa razy okrążając jezioro… A tobie jeszcze mało? Kaśka, jak nic lapnęłaś bakcyla i  zaraziłaś się żeglowaniem! – odparła roześmiana Emilka. Katarzyna, gdy ściągnęła kapok, poczuła chłód. Wprawdzie miała na sobie długie dżinsy, ale od pasa w górę ubrana była tylko w cienką, pomarańczową bluzeczkę. Edward zauważył, że trzęsie się z zimna. Wszedł do messy, po czym wrócił z białym kocykiem, na którym jasnoniebieskimi literami

widniała nazwa „Eulalia”.
– Okryj się, bo widzę, że ci zimno. Możesz wziąć go sobie na zawsze – uśmiechnął się.
– Dziękuję, panie Edwardzie… Naprawdę mogę wziąć?

– No tak. Naprawdę. A nie powiedziałem, że to prezent ode mnie?
Katarzyna się roześmiała i zrobiło się jej cieplej… nie tylko na sercu. Gdy podeszła Emilka, we dwie okryły się jednym kocem i schodząc z żaglówki, usiadły na ławeczce pomostu. Gdy siadały, minął je jakiś człowiek, odzywając się do Emilki:
– Fajne dzisiaj warunki były?
– Oj, panie Franku, super! Z szesnastki nie schodziliśmy. – odparła z uśmiechem.
Człowiek wskoczył na żaglówkę Edwarda i we trzech krzątali się przy linach, cumując ją do kei.

Po chwili na parking przed pomostem przyjechało auto Martyny. Wysiadła z niego i podeszła do dziewczyn, siadając obok nich.
– Fajnie było, córeczko?
– Zarąbiście, mamuś
– odparła ucieszona Emilka.
– A Kasi się podobało? – spytała Kasię.
– Yhm… Zarąbiście było –  i po porcie rozległ się ich chichot.

Kiedy żaglówka stała już zacumowana, panowie pożegnali się z bosmanem Frankiem i cała piątka wróciła do ośrodka. Wszyscy poszli od razu do baru. Choć godzina była późna, to cztery godziny żeglowania po jeziorze – poza radością, jaką sprawiły – wzmogły także głód.

Gdy weszli, wokół służbowego stolika obok kuchni siedziało już sporo osób. Wolne były tylko te miejsca, na których zazwyczaj siadała nowo przybyła piątka.

– Ale jestem głodna – powiedziała Katarzyna, siadając przy stoliku.
– Nic dziwnego, pływanie wzmaga apetyt – odparł Tom, siadając obok. – Tylko nie przesadź, bo nie będziesz mogła zasnąć. Na noc nie powinno się dużo jeść.
– To chyba wujek nigdy nie jadł na zapas?
– Choć pytanie było odrobinę komiczne, Katarzyna wcale się nie uśmiechała.

Kiedy już po kolacji wracali do domu, Katarzyna – jak zawsze idąc za Tomem, otulona białym zamszowym kocem – powiedziała:
– Dziwiłam się, że jak Emilka opowiadała mi o pływaniu żaglówką, była taka podjarana… – przerwała i poprawiła się: – …podniecona. Teraz się jej nie dziwię. To jest totalny slay!
– „Slay”? Yy?! –
Tom nie bardzo wiedział, jak zabijanie ma się do czegoś, co sprawia radość.

Katarzyna usłyszała w jego głosie tę wątpliwość:
– No wie wujek… Kiedyś się mówiło na to „totalny odlot” albo że coś jest „mega”, czyli świetne.

Tom i tak nic z tego nie zrozumiał, więc tylko westchnął: „Ech Kasiu, Kasiu”, a potem odparł:

– Powiedz zwyczajnie, że ci się to spodobało.
– A pewnie, że mi się podobało… Cholernie mi się spodobało! To wujek zrozumiał?
– spytała i się roześmiała.
– I było tak od razu! – odparł, też się śmiejąc.

Tego wieczoru przed zaśnięciem Katarzynie leżącej w łóżku wydawało się, że łóżko kołysze się jak na falach. Uśmiechnęła się. „Diana mi w to wszystko nie uwierzy!” – pomyślała i zasnęła błogim snem, śniąc o żaglach pełnych wiatru.

Poranek, gdy spojrzała za okno swojego pokoju, przywitał ją deszczem. Wiatr, który wiał wczorajszego dnia, przygnał bowiem ciężkie, ołowiane chmury. Przez kolejne dwa dni wisiały nad ośrodkiem „Fala”. To oczywiście spowodowało, że przez ten czas Katarzyna, chcąc nie chcąc, sumiennie wywiązywała się z obowiązków asystentki szefa, asystując w barze. Późnymi popołudniami też tam wysiadywała w gronie bliskich jej osób, spędzając miłe chwile – tak jak poranki i wieczory z Tomem.

Dopiero trzeciego dnia, gdy wstała i spojrzała w okno, zauważyła za szybą błękitne niebo. Nawet nie wchodząc do łazienki, zbiegła na dół do kuchni:
– Widział wujek niebo?
– A bo to raz! –
odparł przekornie.
– Ej no! Dzisiejsze niebo… Będzie pogodnie?

– Powinno być – odparł i zaraz dodał: – Przynajmniej ja mam taką nadzieję. Zła pogoda, mały ruch w interesie.

– Oj. Jak mały? Pani Martyna mówiła wczoraj, że już ma dość tych tłumów w barze.

– Bar to tylko jedna trzecia dochodów – zaczął Tom, lecz uświadomił sobie, że dwunastolatkę i owszem, mogą obchodzić kwestie dochodowe, pod warunkiem jednak, że mowa będzie tylko o jej dochodzie. Więc dodał tylko: – W porównaniu do całego ośrodka – bar to tylko parasol w czasie deszczu. I dlatego było w nim tłoczno, Kasiu.

– Spoko! Zajarzyłam – rzuciła, siadając przy pustym stole. Co wprawiło ją w zdziwienie: – Śniadania dzisiaj nie będzie?

– Będzie, będzie, tylko trochę później i nie tu – odparł tajemniczo.

– W barze?

– Nie! – uśmiechnął się. – Byłaś w hotelowej restauracji?

– Poza biurem, basenem z sauną i SPA, nie latałam po hotelu – odparła.

– No to dzisiaj „polatasz”. Ubierz się szykownie i się bierzemy. Zosia dzwoniła, że przyjechał ktoś z biura turystycznego podpisać z nami umowę… No, jak ja się pokażę bez asystentki? – uśmiechnął się. A że pierwszymi słowami Katarzyny, jakie wypowiedziała po tej wiadomości, było paniczne: „W co ja się ubiorę?!”, jego uśmiech przemienił się w głośny śmiech. Kasia się nie roześmiała, nie miała na to czasu, zerwała się z miejsca i pędem pobiegła na górę do swojego pokoju. Wróciła na dół dopiero po

trzecim wołaniu Toma: „Kasiu, chodźmy już”. Stanęła przed nim, ubrana w pomarańczową bluzeczkę…

Trochę pogniecioną, bo upraną wczorajszego wieczoru. Miała założone dżinsowe, krótkie spodenki, a raczej damskie szorty z postrzępionymi nogawkami. Na nogach, spod białych „Nike”… wystawały białe skarpety… W rozpiętym dekolcie bluzeczki lśniła kropla ognistego topazu, takiego samego, jakie oplatały nad nadgarstkiem lewą rękę Katarzyny:

– Wow! Wyglądasz ślicznie – odparł Tom, gdy przed nim stanęła.

– A wujek co? Te same wycieruchy co wczoraj i tylko czysty, biały podkoszulek?

– Ja nie muszę wyglądać tak „slay” – roześmiał się. – Tylko ten telefon w ręce?

– No właśnie, wujku, a nie mógłby wujek… – przerwała i wskazała dłonią z trzymanym w niej telefonem jego etui: – Mi nie zmieści się do żadnej kieszeni w spodenkach – wyjaśniła.

– Jasne – odparł, przekładając jak zawsze swoje etui z laptopem przez ramię. Potem łapiąc telefon Katarzyny, wsadził do etui, rzucając krótkie: – I już!

Kilka chwil później weszli do hotelowej restauracji, która znajdowała się na piętrze. Restauracja przylegała do jadalni, na której było widać wiele osób, w końcu to nadal była pora śniadaniowa. Oni usiedli po przeciwnej stronie jadalni, przy stoliku stojącym obok okna, z zaciągniętymi do połowy zasłonami. Przy stoliku siedziała już Zofia i jakiś młody człowiek. Obok krzesła, na którym siedział, stała czarna aktówka. Tom na chwilę przystanął, patrząc na mężczyznę: „Skąd ja cię znam?!”

Katarzyna zwracała większą uwagę na panią Zosię, która miała na sobie beżową długą koktajlową sukienkę. Przyozdabiała ją biała broszka w kształcie kwiatu róży. Wyglądała bardzo elegancko.

– Dzień dobry – przywitał się Tom, najpierw z Zosią, a potem wyciągnął rękę w stronę mężczyzny, przedstawiając się: – Tomasz Konior. Ale czy my się czasem nie znamy?

Mężczyzna podniósł się z krzesła i zaciskając dłoń na jego dłoni, odparł: – Jacek  Malik. Bardzo mi miło.

Gdy już rozluźnili uścisk, puszczając swoje dłonie, Tomasz skinął nią na Katarzynę.

– A to moja siostrzenica Kasia.

Wywołana Kasia dygnęła, mówiąc ciche i nieśmiałe „Dzień dobry panu” i nie czekając na jego reakcję, szybko usiadła obok Zofii, uśmiechając się do niej. Zofia nachyliła się do Kasi, mówiąc: – Dzień dobry Kasiu. Wyglądasz wspaniale, kochana.

– Dzień dobry pani… Pani wygląda o wiele lepiej – odparła z uśmiechem.

Gdy obaj panowie usiedli, zaczął mówić młody człowiek:

– Owszem, znamy się, pracowałem dla pana w hotelu Wyndham. Wtedy używał pan jeszcze nazwiska Moore… Tom Moore. Nie wiedziałem, że ma pan siostrzenicę w Polsce?

– To córka mojej ciotecznej kuzynki – odparł Tom. – Co nie przeszkadza nam w tym, że ja ją nazywam swoją siostrzenicą, a ona mówi do mnie „wujku”.

– A my Toma nazywamy zwyczajnie  – „Tomciu” – wtrąciła, śmiejąc się, Zofia.

Zofia, patrząc na minę Toma, dostrzegła zakłopotanie na jego twarzy. A interesy powinno załatwiać się w luźnej atmosferze. Śniadanie miało być właśnie takim poluźnieniem stosunków i wzajemnym poznawaniem się, a nie stresem dla Toma.
– To co pan zje na śniadanie? – dodała, zmieniając temat.
– A co państwo serwują?
– O, o to proszę pytać szefową naszej stołówki
– wtrącił się Tom. – Tutaj, jak pan zauważył, jest restauracja, więc mogę jedynie polecić menu.
– Pan jak zawsze profesjonalista
– uśmiechnął się młody mężczyzna. – Zdaję się na państwa gusta.
Do stolika podeszła kelnerka. Dygnęła, kładąc przed każdym z siedzących menu, i stanęła obok. Jedynym, który wziął je do rąk, był Tom. Przez chwilę wodził po nim wzrokiem, a potem poprosił:
– To my weźmiemy jajka po benedyktyńska i omlet francuski. A oprócz tego dla panienki jeszcze coś na słodko, poproszę – powiedział Tom, zamykając kartę menu.
– „Coś” na słodko… to mogą być kandyzowane truskawki z białą czekoladą? – odparła kelnerka.
Gdy kelnerka wypowiedziała to zdanie, Katarzyna pomyślała: „Yhm. Mogą być… I najlepiej na dużym półmisku!”.
Tom zauważył błysk w jej oku.
– Tak, poproszę… I może jeszcze cztery latte na koniec?

– Dobrze. Oprócz deseru, cztery razy to samo?

– Tak. Bardzo Pani dziękuję – odparł Tom i dopiero wtedy kelnerka odeszła.

– Brzmią słodko te kandyzowane truskawki w białej czekoladzie – zaczął mężczyzna, patrząc na Katarzynę. – Mam nadzieję, że za słono nie kosztują?

Wszyscy delikatnie się roześmiali.

– Radość dziecka jest bezcenna, proszę pana – odparła Katarzyna z uśmiechem.

Do stolika podeszła kelnerka, pchając przed sobą wózek kelnerski. Potem, biorąc z niego prostokątne talerze, wprawnie i z gracją obchodziła stolik dookoła, kładąc przed każdym z gości talerz, na którym była rumiana grzanka z jajkiem, polana maślanym sosem i posypana drobno siekanym szczypiorkiem.

– Wygląda pysznie – odparł mężczyzna, gdy kelnerka już zniknęła.

Katarzyna po wcześniejszych kilku słowach z nim nabrała nieco śmiałości. Więc gdy trzymając widelec w dłoni, usiłowała przepołowić grzankę, odparła:

– Wygląd to dopiero połowa sukcesu, proszę pana – i znów przy stoliku rozległ się cichy śmiech.

Zofia spojrzała na Toma z dumną miną: „A nie mówiłam, że warto ją zaprosić na biznesowe śniadanie?”. Tom dyskretnie pokiwał tylko głową, domyślając się, co ma na myśli. Bo mężczyzna całą swoją uwagę skupił na potrawie i Katarzynie, zapominając, po co tu przyjechał.

– Przepraszam… Masz na imię Kasia? Mogę się tak do ciebie zwracać? Ja jestem Jacek – spytał, przełknąwszy pierwszy kęs jedzenia.

– To już wiem, proszę pana… Słyszałam, gdy się pan przedstawiał. Lepiej jednak będzie, gdy będę mówiła do pana „pan” – odparła, gdy uporała się z grzanką, rozdzielając ją na pół.

Mężczyzna uśmiechnął i zadał kolejne pytanie:

– Mieszkasz z wujkiem, Kasiu?

– Teraz tak… Ale tylko spędzam tu wakacje – odparła, nabijając mały kęs grzanki.

Na chwilę zapadło milczenie. Tom z Zofią w spokoju zajęli się swoim śniadaniem, bo wiedzieli, że Katarzyna skutecznie przyciągnie jego uwagę. A rozmowa z nią spowoduje, że wzrost poziomu endorfin, serotoniny i dopaminy u mężczyzny korzystnie wpłynie na późniejsze negocjacje.

– A ile masz lat, Kasiu? – po chwili znów spytał mężczyzna.

– Dwanaście, proszę pana… Ale jak już przyniosą mi te truskawki, to będę wyglądała na znacznie mniej – odparła.

Mężczyznę to rozbawiło do tego stopnia, że odkładając widelec, przetarł usta serwetą zatkniętą za kołnierzyk na szyi. A potem znów wziął widelec:

– Mam córkę w twoim wieku.

– Tak?! Nie wygląda pan na tak starego – Gdy padło to stwierdzenie, cała trójka dorosłych parsknęła śmiechem, zakrywając usta zaciśniętymi dłońmi.

– Kasiu! – upomniała ją Zosia.

– Nic się nie stało, proszę pani – odparł mężczyzna, widząc jej reakcję. – To zabrzmiało prawie jak komplement – uśmiech wciąż nie schodził z jego twarzy

Upomniana przez Zofię Katarzyna zamilkła i zjadła resztkę potrawy z talerzyka. Gdy już był pusty, przy stoliku znów pojawiła się ta sama kelnerka z tym samym wózkiem, lecz na prostokątnych talerzach znajdowały się zwinięte w ruloniki omlety… Wśród dużych talerzy stał mały talerzyk deserowy z kandyzowanymi truskawkami posypanymi tartą białą czekoladą. „Ee! Tak mało?” – pomyślała Kasia, patrząc na swoją porcję.

Mężczyzna uchwycił moment jej rozczarowania wyglądem deseru.

– Żołądek do trawienia deseru to zupełnie odrębna część zwykłego żołądka – zacytował, a potem dodał: – Co nie znaczy, że ta część rozciągnie się po głównym posiłku, robiąc więcej miejsca na słodkości.

– To ja mogę od razu, pomijając inne potrawy, przejść do słodkiego deseru – odparła Kasia.

Tom popatrzył na nią z głośnym westchnieniem.

– Ech, Kasiu, Kasiu… – Pokiwał z dezaprobatą głową, ale na jego twarzy malował się wielki uśmiech.

– Od razu widać, że macie wspólne geny – wtrącił rozbawiony mężczyzna. – Inteligentna i bystra z niej osóbka.

– Dlatego jestem nieformalną asystentką mojego wujka – odparła Kasia.

Na talerzu Toma, obok omletu, wylądowało wtedy kilka drobinek jedzenia. Stało się tak pomimo tego, że śmiejąc się, szczelnie zasłonił usta zaciśniętą pięścią.

– Powiem ci, Kasiu, że rewelacyjna z ciebie asystentka – odparł mężczyzna, śmiejąc się na głos. Akurat w tym momencie nie miał nic w ustach, ale i tak z grzeczności przysłonił je dłonią.

Dzięki Katarzynie atmosfera rozluźniła się na tyle, że gdy po śniadaniu wypili kawę, mężczyzna odezwał się do Toma:
– Prawie zapomniałem, po co tu przyjechałem! W takim towarzystwie można by jeść śniadanie cały dzień, ale może przejdźmy teraz do szczegółów?
– Jak najbardziej. Razem z Zosią zapraszamy do naszego biura.

Gdy wyszli z restauracji i schodzili po schodach, idąca za Tomem Katarzyna pociągnęła go za koszulkę, żeby zwrócić na siebie uwagę. Tom przystanął, czekając, aż Zofia i mężczyzna odejdą na bezpieczną odległość.
– Co chciałaś, Kasiu?
– Czy będę do czegoś przydatna w tym biurze?
– Ty zawsze i wszędzie jesteś przydatna… Ale jeśli nudzą cię negocjacje, to uciekaj.

Kasia z uśmiechem na twarzy już miała przyspieszyć kroku, by czmychnąć z hotelu, gdy Tom zawołał półgłosem:
– Kasiu!

Obróciła się, stał za nią z wyciągniętą ręką, w której dłoni ściskał jej telefon:

– Weź na wypadek, gdybyś była nam bardzo potrzebna – powiedział Tom, jak zwykle z uśmiechem na ustach. – Tylko nie siadaj w naszym kącie!

– Dobrze! – krzyknęła szeptem.

Gdy wyszła z hotelu, przywitało ją błękitne niebo z wielkim, jaskrawożółtym słońcem nad szczytami gór po przeciwległej stronie jeziora. Na dworze jednak nie było upalnie – dzień się dopiero rozkręcał. Katarzyna poszła do baru, lecz wchodząc po schodkach, usłyszała kobiecy śmiech w pakamerze. Nie był to śmiech Barbary. Wróciła i uchylając drzwi, zajrzała do środka.
– O, cześć Kasiu! – powitała ją Martyna.
Obok niej stała jednak inna, masywnie zbudowana kobieta.
– Dzień dobry paniom – odpowiedziała Katarzyna.
– Dzień dobry, proszę panienki Kasi – odparła tamta. Widząc jednak zdziwienie na twarzy dziewczyny, dodała: – Jestem mamą Barbary.
– Aa, pani jest panią Halinką? –
spytała Kasia.– No tak… Miło mi cię poznać, Kasiu – odparła kobieta. – Same dobre rzeczy o tobie słyszałam.
– W takim razie ten, kto je mówił, chyba nie zna się na dobrych rzeczach – zażartowała skromnie dziewczyna.
Tą odpowiedzią od razu zaskarbiła sobie przychylność pani Halinki, która roześmiała się i rzekła:

– Oj! Chyba jednak prawdę o tobie mówili.
Wtedy do rozmowy włączyła się Martyna:
– Wracasz z hotelu?
– Tak, pani mama z wujkiem i tym panem poszli do biura… Obejdą się beze mnie. Wpadłam więc zobaczyć, czy jest Emilka.

– Oj, kochanie… Emilki nie ma. Córeczka mojej bratowej źle się poczuła i Małgosia zabrała ją do miasta, do lekarza. Emilka pojechała z nimi dla towarzystwa, bo Damian jak zawsze jest zapracowany.

Kasia bąknęła tylko: „No trudno”, lecz w duchu pomyślała: „Cholera. Szkoda!”.
– To ja pójdę do domu przebrać się w jakieś wygodniejsze do kuchni ciuchy…
– zaczęła, lecz Martyna jej przerwała.

– W żadnym wypadku! – zawołała Martyna. – W kuchni na razie poradzimy sobie z Marysią. Wyglądasz super i możesz być potrzebna jeszcze mojej mamie i Tomaszowi.
– Do czego?
– A tego to nie wiem… W końcu to ty jesteś asystentką szefa –
roześmiała się.
– Taa. To co mam teraz robić?
– Teraz to nie wiem… Ale tak za dwie godziny wróci Emilka. Załatwiłam wam godzinę u pani Eli.
– SPA?!
– No przecież, kochana!
– To ja na razie wrócę do hotelu
– odparła Kasia i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Gdy dotarła na miejsce i weszła do holu, zauważyła, że w recepcji siedzi pani Dagmara. Podeszła do niej. Kobieta na jej widok podniosła się z fotela.
– Dzień dobry, panienko Kasiu. W czym mogę pomóc?
– Przepraszam, że odrywam panią od pracy… Ale czy oni nadal są w biurze?
Tym pełnym szacunku zwrotem zyskała sobie natychmiastową sympatię Dagmary.
– Tak, Kasiu, jeszcze stamtąd nie wyszli.
– Nie chcę tam wchodzić i im przeszkadzać. Czy mogłabym tutaj poczekać na wujka?
– Ależ oczywiście, usiądź na fotelu w holu…
– zaczęła Dagmara.
Nie zrozumiała jednak, że pojęcie „tutaj” odnosiło się wyłącznie do wnętrza recepcji. Katarzyna szybko ją więc uświadomiła:
– Tutaj, czyli w recepcji, proszę pani.

Dagmara się uśmiechnęła:
– Przepraszam, nie zrozumiałam… Naturalnie, że możesz, zapraszam – odparła.

Katarzyna wyczuła, że uśmiech recepcjonistki nie jest jedynie kurtuazyjny i sztuczny. Dziewczyna nie uśmiechała się z wymuszonej uprzejmości, ale szczerze rozbawiło ją własne roztargnienie.
– Pani oczy się śmieją – zauważyła Katarzyna. – To chyba dobrze, mieć w sobie radość?

Po tych słowach twarz Dagmary rozpromieniła się jeszcze bardziej:
– To chyba bardzo dobrze. Lepiej jest tylko wtedy, gdy ktoś potrafi się tą radością dzielić – odpowiedziała. – Zapraszam, wchodź – dodała.

Katarzyna weszła za kontuar. Siadając na wolnym fotelu obok, spytała:
– A pani koleżanki nie ma?
– Koleżanka przyjdzie po południu –
wyjaśniła Dagmara.

Dłoń Kasi spociła się od kurczowego trzymania telefonu, położyła go więc na blacie. Wodziła wzrokiem po pomieszczeniu, gdy nagle rozległ się dźwięk aparatu telefonu leżącego obok recepcjonistki. Dagmara podniosła telefon i przyłożyła ją do ucha.
– Tak, szefowo? Słucham – odezwała się.

Katarzyna usłyszała w słuchawce głos Zofii, ale nie potrafiła zrozumieć słów. Recepcjonistka tylko kilka razy przytaknęła, kiwając przy tym głową.
– Tak, jest tutaj… – powiedziała nagle i spojrzała na Katarzynę. Po chwili dodała: – Dobrze, proszę pani, przekażę.

Odłożyła słuchawkę, wstała i podeszła do regału stojącego za ich plecami. Wyjęła z niego teczkę z dokumentami w niebieskiej oprawie, podeszła do Kasi i podała jej dokumenty.
– Szefowa prosiła, żeby panienka jej to przyniosła.

Kasia podniosła się, trzymając niebieską teczkę w obu dłoniach, i ruszyła w stronę drzwi biura. Recepcjonistka zatrzymała ją jednak w ostatniej chwili:
– Panienko, a telefon?

Katarzyna obróciła się i ze zmieszaną miną odparła:
– Dziękuję pani. Taka rozkołatana jestem, że zapomniałam o nim.
Recepcjonistka znów się uśmiechnęła:
– Ja tak mam za każdym razem, gdy tam wchodzę.
Ta odpowiedź spowodowała, że Katarzyna weszła do biura z uśmiechem na twarzy. Wewnątrz, przy jednym z biurek, siedziały trzy obecne tam osoby. Na widok Katarzyny mężczyzna uśmiechnął się i rzekł:
– O, jest nasza nieformalna asystentka.
Kasia, wciąż rozbawiona, podeszła do nich i podała Zosi teczkę, mówiąc:
– Proszę, pani Zosiu.
Kobieta wzięła od niej teczkę, położyła ją na biurku, otworzyła i wyciągnęła dokumenty, w które cała trójka natychmiast wlepiła wzrok. Kasia nie wiedziała, czy ma stać obok, wyjść, czy usiąść na jednym z foteli. Wybrała tę trzecią opcję i usiadła.

Dorośli przeglądali dokumenty, po czym złożyli na nich swoje podpisy. Chwilę później mężczyzna podniósł się z biurowego krzesła, mówiąc:
– No, to byłoby na tyle. Pójdę teraz do pokoju odświeżyć się i odpocząć… mam za sobą kilka godzin podróży. Ośrodek obejrzę po południu, tak jak ustaliliśmy.
– Oczywiście, panie Jacku – odparł Tom.

Zofia, obchodząc biurko, przywołała Katarzynę ruchem ręki. Gdy Kasia podeszła, szefowa powiedziała półgłosem:
– Proszę cię, skocz do Dagmary i poproś o klucz do pokoju VIP… A potem zaprowadzisz tam pana. Dobrze?
Katarzyna skinęła tylko głową i wyszła. „O rety! Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest pokój VIP” – pomyślała. Podeszła więc do recepcjonistki:
– Szefowa prosi o klucz do pokoju VIP.

Recepcjonistka z tekturowego pudełeczka wyciągnęła plastikową kartę: – My to nazywamy kluczem – i podając kartę,  powiedziała – Proszę.
– Przepraszam panią… A jak ja mam tam dojść z tym człowiekiem?
Recepcjonistka roześmiała się, lecz zwięźle udzieliła odpowiedzi:
– Panienka podejdzie z nim do windy obok wejścia na basen, a potem na trzecie piętro z apartamentami. Pokój numer pięć, zaraz obok windy.
– Bardzo pani dziękuję
– odparła Katarzyna z ulgą w głosie.

W tym samym momencie otworzyły się drzwi biura, z którego wyszła cała trójka.
– Na razie panu dziękuję, panie Jacku, zobaczymy się po południu… Kasia zaprowadzi pana do pokoju – mówiła do mężczyzny Zofia. Jedną ręką, delikatnie pchając go za plecy, nakierowała go w stronę recepcji, a drugą wskazała na Katarzynę.

Mężczyzna podał jeszcze dłoń Tomowi i podszedł do Kasi.
– To którędy, młoda damo?
– Proszę za mną –
odparła, zerkając ukradkiem na Dagmarę.

Ta, tonąc w uśmiechu, dyskretnie podniosła kciuk w górę i niemo wyszeptała: „Okej!”. Gdy czekali na windę, on zaczął rozmowę:
– Jak na dwunastolatkę jesteś bardzo kompetentną asystentką.
– A dziękuję, staram się… Ale to stresujące zajęcie.
Mężczyzna się uśmiechnął.
– Nawet jak się jest nieformalną asystentką?

– Zwłaszcza wtedy! – odparła, odpowiadając takim samym uśmiechem, i wsiadła do windy, która właśnie zjechała w dół. Gdy za nią wsiadł i on, Katarzyna nacisnęła trójkę. Drzwi się zamknęły i ruszyli w górę.

– Jak już ci mówiłem, mam córkę w twoim wieku, ale ona jest zupełnie inna… I nie chodzi mi o wygląd.
– Każdy ma swój niepowtarzalny charakter, proszę pana.
– Nie, ja nie o tym… Wydajesz się przy niej bardziej błyskotliwa, rozgarnięta i inteligentna.
– Faktycznie tylko się panu taka wydaje…  Bo w przeciwieństwie do pana córki, nie zna pan moich wad, a uwagę przyciągają tylko moje zalety?
– No widzisz… Moja córka nigdy by tak nie odpowiedziała jak ty teraz
– mężczyzna się roześmiał.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze i rozsunęły się  drzwi. Katarzyna wyszła pierwsza,  patrząc na numery pokoi na drzwiach. Gdy zauważyła drzwi z numerem pięć, obróciła i odezwała do stojącego za nią mężczyzny :
– Proszę za mną.
Zrobiwszy kilka kroków, włożyła kartę do czytnika. Gdy zamek kliknął, nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi, a potem, podając kartę, powiedziała:
– Proszę, oto pana pokój.
– Dziękuję, młoda damo… Pełny profesjonalizm –
wciąż się uśmiechał.

– A dziękuję, staram się jak mogę, żeby źle nie wypaść – po tych słowach mężczyzna roześmiał się jeszcze bardziej. – Doceniam twoją szczerość, Kasiu… Dziękuję. I pewnie spotkamy się po południu?

W tym momencie Katarzyna pomyślała: „Facet, zapomnij! Mam umówione SPA!”, lecz uprzejmie odparła:
– Być może, proszę pana. W takim razie do zobaczenia – i odwróciła się. Nie czekając na jego reakcję, wsiadła z powrotem do windy.

Gdy zamknęły się drzwi, odetchnęła z ulgą: „Uff! Ja się na to nie nadaję… Nogi mi się trzęsą jak cholera”. Lecz gdy winda zjechała na poziom „0”, Katarzyna wyszła z niej zadowolona i uśmiechnięta. Kasia mijała recepcję, przy której stało kilka osób, ale recepcjonistka odwróciła wzrok od klientów i spojrzała na nią. Kasia z zadowoleniem wyciągnęła w jej kierunku kciuk w górę, uśmiechając się… I ten uśmiech odbił się na twarzy recepcjonistki. Weszła do biura, tam zastała tylko panią Zofię:

– A wujek gdzie?

– Zofia, nie odrywając wzroku od dokumentów, odpowiedziała: – Zaraz wróci. Poszedł do stróżówki pomóc Markowi z monitoringiem. Usiądź, Kasiu.

Katarzyna usiadła na fotelu i z ciekawością zapytała: – I jak, pani Zosiu? Ta umowa podpisana?

Zofia oderwała wzrok od dokumentów, spojrzała na Katarzynę i z uśmiechem odpowiedziała:
– O tak… A to też twoja zasługa, kochanie.
– Moja?

– Oczywiście. Masz w sobie coś, co wyzwala w ludziach pozytywną energię… A pozytywne nastawienie rozwiewa wiele wątpliwości.

– Kiedy ja jestem całkiem zwyczajna, proszę pani
– odparła Katarzyna.
Zofia, śmiejąc się, powątpiewała:
– Oj, chyba jednak nie jesteś taka „zwyczajna”. To tylko twoje subiektywne odczucie.
– Subiektywne?

To pytanie jeszcze bardziej rozbawiło Zofię.

– No to znaczy, że tylko tobie wydaje się, że jesteś zwyczajna, wbrew temu, co inni sądzą o tobie. Z jednej strony ciągle zapominam, że jesteś jeszcze dzieckiem. Z drugiej – kocham cię za tę dziecięcą szczerość.
– Już drugi raz o tej „szczerości” dzisiaj słyszę… Czasem chlapnę wprost, co myślę, ale tak przecież nie mają tylko dzieci.

Zofia nie potrafiła opanować śmiechu po tej odpowiedzi. Trzęsąc się rozbawiona, pokręciła tylko głową, zaciskając usta. W tym momencie do pokoju wszedł Tom. Widząc śmiejącą się Zofię, spytał:
– Coś mnie ominęło?
Zofia nic nie odparła. Nadal trwała w konwulsjach śmiechu z zaciśniętymi ustami. Tom spojrzał więc na Katarzynę. Na jej twarzy też widniał uśmiech, tylko nieco skromniejszy.
– Na mnie wujek niech nie patrzy… Nie mam pojęcia, z czego pani Zosia się śmieje. Ale to się udziela – odpowiedziała.

Zofia wstała, obejmując dłońmi brzuch: – Za chwilę się posikam ze śmiechu!

To stwierdzenie było jak petarda wrzucona w stado gołębi… Śmiech Katarzyny i Toma wzbił się w górę, wypełniając przestrzeń nie tylko biurowego pomieszczenia.

– Szkoda byłoby tej kiecki, pani Zosiu – odparła Katarzyna po chwili śmiechu.

To nie pomogło. Zofia, przykładając dłoń do ust, pośpiesznie wyszła z biura, mijając rozbawionego Toma. Gdy zamknęły się za nią drzwi, ten usiadł obok Kasi i nadal śmiejąc się, powiedział:

– Nie wiem, co ją tak rozbawiło, ale to z pewnością przez ciebie – i popatrzył na Katarzynę.

– Pewnie cieszy się z tego, że zawarliście dobrą umowę… I powiedziała, że się do tego przyczyniłam.

– …I miała rację! – odparł Tom. Miał coś jeszcze dodać, lecz drzwi do biura znów się otworzyły, a w otwartych drzwiach pojawił się Edward:

– Coście zrobili mojej Zosi? – powiedział na wstępie, a dopiero później się przywitał, mówiąc „Dzień dobry”.

Śmiech rozbawionej dwójki po jego pytaniu się wzmógł. A Tom przez śmiech odparł:

– Na mnie nie patrz… – po tych słowach Edward spojrzał na Katarzynę. Ta też, śmiejąc się, odpowiedziała:

– Pani Zosia poszła na siku!

Ta odpowiedź znów eksplodowała jak granat śmiechem Toma:

– Chyba też za chwilę pójdę!

Nagle za plecami Edwarda, w otwartych wciąż drzwiach, stanęła recepcjonistka i z uśmiechem, półgłosem powiedziała:

– To może ja zamknę te drzwi?

Edward wszedł do środka, chwycił klamkę i odparł:

– Przepraszam, pani Dagmaro… Oni oboje są niepoprawni! – i spojrzał na rozbawioną dwójkę, po czym zamknął za sobą drzwi. Podszedł do biurka, oparł się o nie i zapytał:

– Co was tak rozbawiło?

– No jak, Edku?! Jest Katarzyna – jest wesoło.

Po tych słowach Edward też się uśmiechnął:

– W to nie wątpię… Ale żeby aż tak?

Ani Tom, ani Katarzyna nie odpowiedzieli na jego wątpliwości. Powoli z ich twarzy znikał grymas uśmiechu. I gdyby w tym momencie znów nie otworzyły się drzwi, całkowicie by zniknął. Bo do środka weszła Zofia, a Katarzyna na jej widok spytała:

– Zdążyła Pani? – I śmiech znów wypełnił pomieszczenie. Katarzyna lekko się zarumieniła: – No co ja takiego powiedziałam? – spytała, uznając, że to ona znów jest przyczyną ich śmiechu.

– Nic, nic, Kasiu – odparła, chichocząc, Zofia. – Starsi ludzie też tak mają jak dzieci, że śmieją się bez powodu – dodała, widząc jej rumieńce.

– Ech Kasiu, Kasiu – westchnął Tom. – Obyś ciągle dostarczała nam tyle radości – dodał.

Siedzieli jeszcze chwilę w biurze i co jakiś czas wybuchali śmiechem, gdy Zofia opowiadała mężowi o całym zajściu. Siedzieli tak do momentu, gdy rozległ się dźwięk telefonu Katarzyny. W słuchawce usłyszała głos pani Martyny:

– No gdzie ty jesteś, Kasiu?

– W biurze. Siedzę razem z pani mamą, tatą i wujkiem.

Martyna na chwilę zamilkła, a potem Katarzyna usłyszała jej roześmiany głos:

– No tak! A ja się głupia dziwię, że tak szybko awansujesz.

Katarzynie po tych słowach śmiech przyszedł bardzo łatwo. Od rana przecież co chwilę parskała śmiechem. Pani Martyna jednak mówiła dalej:

– Zapomniałaś o SPA? Emilka już wróciła. Za chwilę przyjdzie do ciebie. Tylko poszła do domu się odświeżyć.

– Dobrze, poczekam tu na nią – odparła, odkładając telefon. I zwracając się do Toma, spytała:

– Wujku, mama Emilki załatwiła nam wizytę w SPA. Ona tu za chwilę przyjdzie i pójdziemy razem. Czy ja jestem jeszcze tu potrzebna?

– Ależ Kasiu… Już zrobiłaś dzisiaj bardzo dużo. Z pewnością  SPA ci się należy.

Tom uśmiechnął się do niej, jak zwykle wzdychając: „Ech Kasiu, Kasiu”. Po piętnastu minutach przyszła Emilka i obie pobiegły do SPA. Spędzając tam wspólne, błogie chwile, Katarzyna zdawała swojej przyjaciółce relację z całego przedpołudnia, co skutkowało raz po raz ich chichotem. Było około czternastej, gdy wychodząc ze SPA, najpierw wstąpiły na chwilę do biura, zamieniając z obecną tam babcią Emilki kilka słów. Potem poszły do baru, w którym  spędziły czas aż do wieczora. Bo ten, po kilku godzinach, wypełnił się wszystkimi poznanymi przez Katarzynę osobami. Był to przecież kolejny piątek… I posiadówki przy  wspólnym obiedzie, który w miłej atmosferze przeciągnął się aż do wieczora…

Gdy tego samego wieczora Katarzyna z Tomem spędzali czas przed snem na kanapie w salonie, Katarzyna spytała:

— Jaki to był dzień dla wujka?
Tom, który akurat był zapatrzony w swój laptop rozłożony na kolanach, zamknął go, odłożył obok na kanapę i odparł:
— Dobry. W końcu zrobiło się na dworze ciepło i pogodnie. Dopięliśmy umowę do końca… Wygrałem partię szachów z Edwardem — zamilkł na chwilę, a potem spytał: — A twój?
— Dobry. W końcu zrobiło się na dworze pogodnie. Pomogłam wujkowi w sfinalizowaniu umowy… I cieszę się, że wujek wygrał w końcu z panem Edwardem w szachy! —
i salon wypełnił ich śmiech. Gdy ucichł, Tom spytał Katarzynę

– Nadal czujesz się jak w bajce? – Po tych słowach Katarzyna posmutniała.
– Aż za bardzo… Bo wszystko w niej jest takie prawdziwe.
– A może trzeba przestać oddzielać to, co było, od tego, co jest teraz?
– zaczął Tom. – Bajki mało kiedy zaczynają się dobrze. Może ten fakt, że tu się pojawiłaś, jest tylko kolejnym jej rozdziałem?

Katarzyna nie mogła zasnąć tego wieczoru, myśląc nad słowami Toma: „Bajka nie bajka!? Zdecydowanie wolę ten rozdział życia – brać, skoro dają… Tylko czy nie powinnam im czegoś dawać w zamian? A może już im dałam?”

Następnych kilka dni lipca przemknęło bardzo szybko – choć wspomnienia z nich zostaną w pamięci Katarzyny na długo. Jak ten niedzielny rejs żaglówką dziadka Emilii, razem z jej rodzicami. Jak wyprawa w upalne, środowe popołudnie do Jamników na lody . te wszystkie chwile w barze wieczorami… I rozmowy z Tomem. Lecz przyszedł w końcu ten dzień i moment, gdy wieczorem w rozmowie ze swoją siostrą Katarzyna usłyszała: „Pora wracać” – Nie pomogły prośby i groźby:

– Diana, po cholerę mam wracać… Do czego? Pamiętasz, mówiłam Ci, że kiedyś ucieknę!

– No i uciekłaś. A teraz pora wrócić. Nim zainteresuje się tobą opieka społeczna, Kasiu.

– Gdzieś to mam… Chcesz usłyszeć gdzie?

W telefonie rozległ się śmiech, a potem:

– Chcesz resztę swojego dzieciństwa spędzić w domu dziecka? To miej to w czterech literach, siostrzyczko… Chcesz?

– Diana, chociaż jeszcze do połowy sierpnia. No proszę cię bardzo!

– Nie, kochana siostrzyczko. Przykro mi. Twoją mamę… naszą mamę coraz częściej wypytują o ciebie. Nie chcę uwikłać się w jakieś kłopoty. Do końca tygodnia zostały trzy dni. W poniedziałek wracasz.

– Diano, nie bądź taka… Jeszcze tydzień z wujkiem?

– Traktuj go, jak chcesz. Jest dla ciebie dobry – fajnie! Chcesz nazywać go wujkiem – to nazywaj! Ale w przeciwieństwie do niego, prawnie jesteś pod opieką mamy i tego ani on, ani ja, ani ty na razie nie zmienimy. W poniedziałek wracasz! Jutro porozmawiam o tym z „wujkiem”… Pa!

 To był drugi taki wieczór, po którym Katarzyna długo nie mogła zasnąć. Nie rozmyślała jednak o tym, co powiedziała jej siostra. Przewracała się z boku na bok ze łzami w oczach, a jej myśli krążyły wokół wydarzeń z ostatnich kilku tygodni.             

W piątkowy poranek wstała późno. Gdy zeszła do kuchni, Tom właśnie odkładał telefon na stół. Zauważywszy ją, powiedział:
– Twoja siostra właśnie dzwoniła…
Po tych słowach w opuchniętych od płaczu oczach Katarzyny pojawił się błysk nadziei.
– Pozwoliła mi zostać dłużej? – spytała szybko.
Tom spojrzał na nią ze smutkiem.
– Twoja siostra ma rację… Nie możemy okłamywać twojej mamy. Jakakolwiek by była, to jednak jest twoja matka…
– Nie chce mnie pan już tu?
– przerwała mu Katarzyna i rozpłakała się na dobre.

– Nie płacz i wysłuchaj mnie do końca – odparł. – Na razie w poniedziałek nigdzie nie wyjeżdżasz. Tylko tę twoją bajkę musimy na moment odstawić na półkę z realiami.
W tym momencie płacz Katarzyny, zamiast ustać, przybrał na sile. Tom mówił jednak dalej:
– Mówiłem, nie płacz… Nawet z radości. Zapalenia spojówek dzisiaj dostaniesz od tych łez – uśmiechnął się.Katarzyna też się uśmiechała, choć przez łzy radości nie było tego widać. Rzuciła mu się na szyję.
– Kocham cię, wujku! Kocham, kocham!
Tom z trudem oswobodził się z jej uścisku i mówił dalej:
– Wracając do realiów, wymagają one prawdy. A myśmy trochę nakłamali… Więc teraz trzeba to wyjaśnić, ale nie do samego końca. Bo przecież do bajek często się wraca – dodał, znów się uśmiechając.

                                                                            Koniec.

Morał.

Kraków. Kamienica w zabytkowej dzielnicy miasta. Do mieszkania starszej kobiety, u której często spędzał wakacje jej wnuk, przyszła z wizytą jej wieloletnia koleżanka. Chłopiec ją znał. Była autorką bajek dla dzieci… a on jeszcze wtedy lubił czytać książki (i po prostu mu się chciało).

Koleżanka babci przyszła w piękne, letnie popołudnie. Usiadły na wiekowych stołkach, a na stoliku z fikuśnie powykrzywianymi nogami postawiły dwie filiżanki kawy i przepyszną, jeszcze ciepłą szarlotkę. A wszystko to na wąskim balkoniku staromiejskiej kamienicy. Starowinki, delektując się kawą, wymieniały się plotkami.

Chłopiec usiadł obok nich, na krawędzi balkonu. Spuścił nóżki poza jego obręb, przez szparę pomiędzy balustradą a posadzką. Potem, łapiąc za kute elementy barierki, patrzył na ulicę pod swoimi stopami, beztrosko machał nogami i słuchał, o czym rozmawiają staruszki.

W końcu nadszedł moment, w którym wyczerpały już swój zasób plotek, a na dnie filiżanek zostały tylko fusy. Obie zamilkły. Wtedy chłopiec spytał starszą kobietę:
– Co jest potrzebne, aby pisać bajki?
Staruszka popatrzyła na niego z uśmiechem i odparła:
– Czterech rzeczy: wyobraźni, alfabetu i chęci.
– Ale to są tylko trzy rzeczy… Czwartą jest mądrość?
– Oj nie, moje dziecko. Nawet głupi potrafi pisać bajki. Czwartą rzeczą… Choć trudno mówić o człowieku jak o „rzeczy” – są ci, którzy zechcą je przeczytać.