***

Bo gdyby…

Bo gdyby nie przemijanie, to trwalibyśmy w miejscu jak mur z kamieni – Głuchy na radość, na smutek obojętny. …, Bo gdyby nie przemijanie, zapomniałbyś co tracisz, wciąż chłonąc nowe.
,Bo gdyby nie smutek, to bylibyśmy jak posąg z brązu, wciąż z jednym grymasem uśmiechu na twarzy – Tak nienaturalni… Bo gdyby nie smutek nie doceniłbyś radości, każdej jej krótkiej chwili.
,Bo gdyby nie radość, to nasze serca zastygłyby, nie znając potrzeby by bić w rytm życia… Bo gdyby nie radość, nie szukałbyś sensu życia.
,Bo gdyby nie życie… Nie doświadczyłbyś wartości, które czynią cię wyjątkowym.

***

Pan Bums ( opowiadanie- fragment całości „Książki” , która nigdy nie powstała…)

Alojzy Bums – Średniego wzrostu, starszy, szczupły Pan z dłońmi wielkimi jak „paca” do wyciągania bochenków chleba z pieca. Bladej cery z białym szronem w miejsce włosów… Ta siwizna na jego głowie, nie była wynikiem osiadania drobinek mąki, z której ów chleb wypiekał, tylko odciskiem czasu przeżytych lat. W niczym nie przypominał „typowego” piekarza, takiego stereotypowego z fikuśną czapką na głowie i fartuchem na zaokrąglonym brzuszku. Od dnia narodzin, mieszka w tym samym miejscu, małym aczkolwiek piętrowym domku z ogródkiem, w którym na parterze mieściła się jego Piekarnia, na ulicy „Spokojnej”- Obrzeżu wielkiego miasta.
Pięć lat temu, zmarła jego żona Jadwiga. Przeżyli razem 50 lat, dochowali, albo raczej „wychowali” troje dzieci… Teraz Pana Bumsa, tylko czasem odwiedza najmłodsza córka z wnukami. Starsi od niej bracia, synowie Alojzego i Jadwigi wyjechali „w Świat” w poszukiwaniu własnego szczęścia… Nie zatrzymywali ich. Córka z mężem i potomkami Alojzego, mieszka w centrum, kilka przystanków tramwajowych dalej…
Pan Alojzy wraz z małżonką wiedli spokojny, uporządkowany tryb życia. On zajmował się wyrabianiem chleba a Jadwisia zajmowała się nim, dziećmi, domem i kilkoma rabatkami kwiatów w ogrodzie… Po śmierci żony, przeszedł na emeryturę, jako piekarz i zajął się klombami kwiatów swojej Jadwisi i domem , który niespodziewanie zrobił się jakby większy!?. Może dlatego, że w miejsce istniejącej od 100 lat piekarni, Pan Bums, zrywając z tradycja i przeszłością, postanowił zrobić wielki salon z wielkim kominkiem?… A może to samotność, czyniła wszystko „większym” niż było w rzeczywistości?. Od chwili śmierci Jadwigi, w jego życie wkradła się też odrobina „niepokoju”. Wiadomo, że to, co „dźwigali” we dwoje, samemu ciężej udźwignąć … To małżonka była „motorem”, który napędzał ich życie po wyznaczonym kursie. Teraz pozostawiony sam – sobie, nie bardzo wiedział, w którą stronę popłynąć!?. ..Czasem, gdy zupełnie gubił się w oceanie piętrzących się trudności życia, na ratunek spieszył mu z pomocą jego sąsiad a zarazem przyjaciel i partner do gry w szachy. Niejaki Pan „Klocek”. … Właściwie to Barnaba Kloch – Emerytowany profesor filozofii. Jest małego wzrostu i grubiutki, króciutkie rączki, malutkie dłonie- Stąd jego przezwisko…, ot taki „klocek” nie, że zaraz wielki ” kloch”.
Gdyby obydwu panów postawić obok siebie, to Komuś, kto ich nie znał, ciężko byłoby po wyglądzie stwierdzić, który z Nich jest piekarzem, a który filozofem. Ciężko też, byłoby stwierdzić to po ich sposobie zachowania. Pan Bums, często popadał w chwile zadumy, mamrocąc pod nosem wymyślone przez siebie „ złote myśli” o życiu i nie tylko… Stonowany, powolny w wygłaszaniu swojej mowy. Kloch natomiast, żartował z byle powodu i przy każdej okazji. Piskliwy głosem, jak serią z automatycznego karabinu, wyrzucał z siebie, wprost, co myśli. Znali się od 20 lat, to jest od momentu, gdy Barnaba, będący już w „statecznym” wieku, poślubił równie statecznego wieku sąsiadkę z naprzeciwka domu Bumsów – Marysię i zamieszkał razem z nią. Też mieszkają w małym domku z ogródkiem i klombami kwiatów… Większość domów na ul. Spokojnej, to stare budowle, powstałe wtedy, gdy jeszcze Wielkie Miasto nie było tak wielkie a miejsce w którym mieszkali, nie było jego dzielnicą…
Na ogół, to spokojna ulica. Nie kursują po niej autobusy, nie biegnie linia tramwajowa. Porankami i popołudniem, pojawia się na niej kilka samochodów… To „Nowe pokolenie” mieszkańców ul Spokojnej, dojeżdżają i wracają ze swoich biur i fabryk. Bywają też dni, przeważnie w okresie Lata, w których „Starych” mieszkańców nawiedzają Ich dzieci. W te dni, wzdłuż ulicy unosi się zapach, „grillowanej” kiełbasy a do późnego wieczoru świecą się lampiony w ogrodach. Wtedy też, pojawia się więcej samochodów, głośniejszy gwar i jakby więcej ludzi na chodniku…
Pan Kloch w przeciwieństwie do pana Bumsa, nie posiadał potomstwa, ponieważ jak to stwierdził kiedyś; -, Gdy się spostrzegłem, że jestem tylko Ja, Marysia i nasz pies, było już za późno!. Całe swoje „uczucia rodzicielskie” przelali, zatem, na swojego pupila, który wabił się „Bąbel”… Byli nierozłączni, Tam gdzie pojawił się Pan Klocek, był i jego pies.
– Podobno psy są odbiciem swojego właściciela, w tym przypadku to zgadzałoby się w 100%. – Niejednokrotnie drwił Bums z Klocka. – Twój pies jest tak samo stary jak Ty i tak samo brzydki!. – Ten, w zamian odgryzał się choćby takimi stwierdzeniami jak; – Podobno dzieci, to wierne kopie rodziców… Współczuję twojej latorośli! -, Lecz wbrew pozorom, nie byli dwoma tetrykami, dokuczającymi sobie przy byle okazji.
W trakcie partyjki szachów, rozgrywanej Latem na tarasie przylegającym do salonu a Jesienią, tuż obok wielkiego kominka wewnątrz salonu – Ich konwersacja, była filozoficzną „rozprawka” na wszelakie tematy. Zazwyczaj to Bums, wygłaszał jakąś swoją myśl a Klocek starał się zweryfikować jej zasadność. Lub też Alojzy zwierzał się swojemu przyjacielowi z problemów jakie go gnębią a On starał znaleźć ich rozwiązanie…
Były też dni, w których grając w szachy nie wypowiadali ani słowa. Zwłaszcza wtedy, gdy partie szachów rozgrywali u Klocka w domu… Wtedy , to Pani Kloch miała tyle do powiedzenia, że nie mieli najmniejszej szansy by się odezwać…

Tak było i Tego Lata, usiedli na werandzie z tyłu domu, ledwo rozłożyli szachownicę a Bums ukrywając dwa pionki w swoich wielgaśnych dłoniach , burknął do Klocka; – Wybieraj!.
W tym samym momencie pojawiła się Marysia, z herbatą i szarlotką na talerzyku, pokrojoną w symetryczne prostokąciki
– Alku, częstuj się – Powiedziała podtykając Bumsowi pod nos talerzyk.
– Zaraz, zaraz… Rozłożymy tylko szachy – Zirytował się Bums.
– Nie kładź mi „tego” na szachownicy!- Syknął i łapiąc talerzyk lewą ręką, bo w prawej wciąż miał zaciśnięte dwa pionki – usadowił go na swoich kolanach… Stolik na werandzie był mały, stał na trzech nóżkach z okrągłym blatem. Po rozłożeniu na nim szachownicy i postawieniu dwóch kubków z herbatą nie było miejsca by zmieścił się jeszcze talerzyk.
– No Alojzy, no co Ty robisz!?- Oburzyła się Klochowa.
– A jak spadnie?… Szarlotki szkoda a i talerzyk też jest jeszcze Mamusiny.
– … Z Chińskiej Porcelany – Dodała z dumą w głosie. Poczym odwracając się z filiżanka w dłoniach znikła wewnątrz ciemnego korytarza przylegającego do werandy.
Bąbel , do chwili gdy z pola widzenie nie znikła „Pani”, leżał pokornie w kącie werandy, raz po raz merdając ogonem. W chwili gdy gospodyni zniknęła, podniósł się na cztery łapy i mlaskając jęzorem podszedł do Bumsa z nadzieja poczęstunku.
Był bardzo zawiedziony, gdy Bums chwyciwszy dwa kawałki na raz, wpakował je wprost do swoich ust, nie dzieląc się z czworonogiem.
Starsi panowie też odetchnęli z ulgą. –„ Chwila spokoju!” – Przemknęło przez myśl Bumsowi, lecz ta „chwila” okazała się bardzo króciutka, bo gdy już Klocek wylosował białego pionka i obaj ustawili swoje rzędy figur na planszy, z mrocznego korytarza dobiegł ich głos małżonki Klocka ;
-… O tu mam w albumie – Oświadczyła zadowolona starsza Pani. Wyłaniając się z mroku. W obu rekach ściskała wielki album z fotografiami… Zastąpił małą filiżankę, z którą znikła w ciemnościach domu. Na jej twarzy, pojawiły się za to, dwa słonecznie ogniki, rzucane przez szkła okularów.
Natomiast na twarzach obu graczy, znikł pogodny blask spokoju, ustępując miejsca szaremu grymasowi – „ … i Znów się zacznie!”. Owszem!. Pani Kloch dociskając prawą ręką do piersi swoją „Skarbnicę minionego czasu” , lewą ręką wlekła po drewnianej podłodze pleciony z wikliny swój stary fotel. Gdy już usadowiła się przy stoliku, po lewej stronie Alojzego i otwierając Wielką księgę, po której rozłożeniu znikły obie nogi Marysi aż do kolan, Ona poprawiając okulary na nosie, zaczęła;
– O popatrz , popatrz Lojzek – I jej blady, cieniutki palec wskazujący wylądował na czarno-białej fotografii wielu postaci.
– No patrzę – Odpowiedział, choć ani na moment nie oderwał wzroku od szachownicy. Starsza Pani w ogóle się tym nie przejęła.
– To jest właśnie Moja Ciocia… Ależ wtedy Ona była piękna!?. Eh!.
– I to Ona podarowała mojej mamie Ten serwis. To było chyba wtedy jak przed 39 rokiem przyjechali z Wujkiem Staszkiem… Jeszcze w Lwowie mieszkali… Ostatni raz wtedy, wszyscy spotkali się razem…
– Tu zrobiła krótka przerwę i śliniąc swój drobny paluszek, przewróciła następną „kartkę”… Wyglądała jak mała dziewczynka czytająca bajkę… To, co?, Że nie było ani jednego słowa na stronicach, ani jednej litery. Były za to fotografie, nieco wyblakłe i zrysowane… Właśnie w nich ukryły się całe stronice tekstów- wspomnień, które Pani Kloch zręcznie odnajdywała.
– A tu, popatrz. O tu! – Znów jej palec wylądował na fotografii.
– Tu jest Moja siostra Stasia… Ty jej nie znasz… Starsza była od nas oboje.…
– Bums nie odrywając nadal wzroku od szachownicy, potakiwał tylko głową. Nie pierwszy raz słyszał jej wywody, nie pierwszy raz Marysia siadała tak z albumem na kolanach…
Pan Kloch, też raz po raz kiwnął głową, dając w ten sposób do zrozumienia, że słucha swojej małżonki… Nie mógł przecież pozostać obojętny!. Tymczasem w głowie obmyślał strategie kolejnych posunięć na szachownicy… Po 20 latach bycia razem z Marią, znał na pamięć każde jej opowiadanie. Ale zawsze słuchał Ją, cierpliwie z uwagą… Wprawdzie chwilami udawaną, przecież nie mógł zrobić zonie przykrości . Tyle serca wkładała w te historie…
Letnie popołudnie było ciepłe. Słońce tkwiło jeszcze wysoko nad domem Klochów, na bezchmurnym, błękitnym niebie. Pani Maria, przewracając raz po raz strony albumu, opisywała słowami każde zdjęcie. Panowie, odrywając czasem na moment wzrok od szachownicy w stronę Marysi, pozorując, że słuchają jej z uwagą… Mimo wszystko słuchali, bo czasem na ich twarzach pojawiał się grymas uśmiechu, gdy Pani Maria wplatała w wspomnienia dziwacznie śmieszne historie.
Gdy słońce schowało się za dachem Klochów, po wschodniej sotnie, po której stała weranda, pojawił się cień.
Bąbel, dotąd obrażony na Bumsa, przeniósł się z werandy na zalany jeszcze słońcem kawałek ogrodu.
Pani Maria przerwała swoje opowieści, energicznie zamykając „Księgę cudów”
– To ja wam zrobię „jakąś” kolację… Siódma już będzie?. – W tym samym momencie Klocek wydobył z siebie okrzyk – O! – I ciesząc się jak dziecko oznajmił zaskoczonemu Bumsowi ;
– I „szch-macik” będzie Kochanieńki!. – Po czym łapiąc w rączkę „Królową” postawił ją dwa polana na wprost figury czarnego Króla – Bumsa. Ten jeszcze przez chwile, rozpaczliwie błądząc po szachownicy wzrokiem, usiłował ogarnąć cała sytuację…. No jakim cudem!?. Lecz po chwili z nietęgą miną, powalił swoją figurę na szachownicy.
– Przegrany składa szachy – Oznajmił rozradowany Klocek.
– To w sumie, trzecia moja wygrana z rzędu? – Spytał Bumsa zajętego układaniem pionków. Na twarzy Klocha nadal widniał uśmiech zadowolenia.
– O nie, nie!- Zaprzeczył.- Ostatnim razem, to nam szachownica spadła ze stolika i wszystko się rozsypało, a Ty, układając z powrotem „pionki” , postawiłeś Gońca nie w miejscu którym stał wcześniej… I dlatego wygrałeś oszuście!
– Srutu, tutu! – Syknął podirytowany Kloch.
– Nie umiesz przegrywać i tyle – Oznajmił oburzonym głosem.
– Ja!? Ja nie umiem przegrywać?… Umiem to tak samo jak Ty – Odpowiedział podniesionym głosem Bums.
– Jak dzieci, jak dzieci!… – Podsumowała Ich sprzeczkę gospodyni domu, trzymając w rekach pusty talerzyk i znikła w odrzwiach werandy.
Starsi Panowie podążyli za psem, pod wielkie drzewo Czereśni .
Bums wyciągnął rękę i zerwał czerwony, nabrzmiały owoc i wepchnął do buzi.
Kloch chciał uczynić to samo, lecz że był nieco niższy, jego sięganie po owoce wyglądało bardziej jak taniec godowy Pelikana, niż sięganie po „Czereśnię”.
– Bozia nie dała wzrostu co!? – Zakpił Bums, wypluwając pestkę.
– Ty nie dowcipkuj, tylko weź i nachyl te gałąź – Odrzekł Klocek.
– Za to, dała pomyślunek – Dodał, po chwili, przełykając miąższ owocu.
… Że też Bóg, nie wszystkim daje po równo – Zawyrokował Alojzy.
– No jak, no? – Zaoponował Kloch
– Bóg wszystkim daje tyle samo a, że Człowiek to słaba istota, to nie potrafi udźwignąć wszystkiego – Ją tłumaczyć Bumsowi.
– Wtedy ludzie biorą tylko to, co im akurat potrzebne i idą dalej, a to, co zostawili – przepada bezpowrotnie – Skwitował.
– No nie imputuj tu Mi, że ludzie rozum zostawiają a biorą głupotę, bo akurat im była potrzebna?.. – Dociekał Bums.
– O nie!- Znów zanegował Klocek.

– Mądrości Bóg nie daje, ani głupoty… Wiesz, „Mądrość” to starannie poukładane w koszyku to, co nam Bóg dał a poukładane, dlatego żebyśmy jak najwięcej mogli udźwignąć z Tego, co mamy i żeby nam się nic nie zapodziało. A „Głupota” to, To, co wiemy, że jest w koszyku a nie wyciągamy, gdy jest potrzebne…

Nałóg.

A ja wciąż jestem.

Tworząc ornament z myśli

zakryłem delikatną ich fakturą swój obraz

Wtopiłem w tło uczuć

Rozpłynąłem w doznaniach



A ja jestem, wciąż jestem

Jak marmur trwały – zimnym

posągiem, monumentalny



Jak szkło kruche – kryształem

stłuczonym w kawałki

Jak żelazo twardy – w ogniu niemocy

stopiony

Jak człowiek … zapomniany i samotny



Jestem, wciąż i wciąż, trwam

Tu mnie postawili , mówiąc:

– Stój, tu jest Twoje miejsce….

***

Muszę się do czegoś przyznać… Od 20 lat ( z niewielka „górką”) cierpię na wielkie uzależnienie – Nałóg „czata”… Owszem bywa w roku sporo dni, w których w ogóle, ani na myśl mi nie przyjdzie, by się Tam zalogować, ale ciągle wracam… Choć coraz częściej nie ma do czego!. Wulgarny i kolokwialny język, brak tolerancji….”hejt”, zalewa wszystkie „gadulce”… A Ludzie zamiast przeciwstawić sie tej fali, spływają po niej obojętnie… To nie prawda, że na „czacie” każdy może być kim chce!. Nie da się ukryć prawdziwego wnętrza człowieka… Przy minimum zdrowego rozsądku i odrobinie dystansu, da sie rozdzielić „ziarno od plew”.

Z perspektywy lat, patrząc na spektrum osób które się pojawiają na czacie , najliczniejszą grupę ( obecnie) stanowią te osoby, które twierdzą, że wchodzą by się „odciąć” od rzeczywistości – Jak się to przyjęło w czatowym języku -” Odmóżdżyć ”  i zabić nudę … I coraz częściej dochodzę do wniosku, że dość sporemu gronu, to już nie potrzebne, bo Ich mózgi  służą tylko za wypełnienie czaszki (Organ nieużywany zanika). W tej grupie najwięcej jest hejtu i kolokwializmu… Drugą liczną grupą, są osoby samotne…Ich obecność na czacie jest jak-najbardziej oczywista… Chcą kontaktu, rozmowy… Chcą zapomnieć o samotności … Nie ważne z czego wynikającej „samotności” – Sam jej fakt poczucia, jest ciężki do zniesienia,  więc nie ma w tym nic dziwnego, że jest ich sporo!. Lecz Oni szukają czegoś, czego nigdy nie znajdują… Ich karma na czacie , jest „szukanie”. Następną grupę stanowią  osoby, które wchodzą na czat, tylko po to, by coś „zyskać” za cenę kłamstw, mataczenia i oszustwa- Dlatego często mówię; ” Naiwność, choć czasem przydatna, kosztuje sporo bólu i rozczarowań”… Jeszcze Inną grupę stanowią Ci, dla których Internet jest jedynym sposobem kontaktowania się ze światem – Osoby przykute do foteli i łóżek, albo Te, z ograniczeniami w poruszaniu się, czy inną przeszkodą w bezpośrednim kontakcie z ludźmi ( Sam tego doświadczyłem)… Ostatnią grupę stanowią Ci, którzy wchodzą na czat „poznawać” ( Chyba najbardziej „normalna” część ludzi, według  „normalności zachowań”)… Po prawdzie ,Każdy na czacie, znajduje się tam z sobie znanych powodów, a One czasem same z siebie rzucają się w oczy, czasem wynikną z sensu rozmowy… Do tego służył „pierwotny czat”, do komunikowania się i rozmowy … I coraz częściej ludzie o tym zapominają…

Nie zamierzam się na siłę leczyć z tego „uzależnienia” – Detoks niewskazany… , Bo mało to razy, spotkałem Tu ludzi dobrych, pięknych duchowo z jeszcze piękniejszymi ideami i czynami. Kontakty w wirtualnym świecie, niczym nie różnią się od kontaktów w realnym  świecie… Bo ten „realny” coraz bardziej pcha się w Internet!

***

Elektroniczne łącze

Jeszcze ich słowa jak echo powracają cyfrowym zapisem,
lecz coraz ciszej i ciszej, by w końcu zamilknąć.
W rozgrzanych procesorach pamięci teraz chłód
trójwymiarowy obraz duszy spowszedniał już.

Dobre słowo za dobre słowo,
złe za złe i jakoś kręcił się dysk,
a teraz, gdy on milknie milkniesz i ty,
tłumacząc się: 
Przecież Ciebie nie było, status niedostępny…

Powtarzający się ciąg cyfr aż do znudzenia,
a ty chcesz wciąż nowych impulsów,
wiecznie poruszających się dłoni programisty,
wygenerowanych uczuć i myśli.

…Stagnacji masz dość w realnym świecie.

Poszukiwacz.

Poszukiwacz.

Słodkości mojego cukru,

 nie poczuje Nikt, nie kosztując Mnie…

Lecz jak dotknąć coś bez ciała,

poczuć coś bez dotyku

…Uśmiechnąć się, gdy Wszyscy płaczą?

Miłości mojej nie poczuje Nikt,

choćbym  spętał nią serca.

, Bo miłość zawsze ma jakiś kształt…

– Ja nicość – Głos Sumienia.

Obrazem z słów, maluję Człowieka.

…Sam brudząc się farbą.

Portretów niezliczonych Twarze.

– I cisza!?

… Odbicie w lustrze powie Mi prawdę?

Ten utwór powstał dawno…Dawno temu. Uznałem, że jest zbyt trudny, by pokazać go „czytaczom”… Przy czym „trudny”   znaczy, że ciężki w odbiorze ( niezrozumiały) … – Tak Mi sie wydawało ( Tylko wydawało). Zawsze wychodzę z założenia, że ludzie są dobrzy, rozsądni i domyślni… Więc jeśli czasem nawet nie zrozumieją  przesłania, które poeta zawarł w utworze, dorobią do utworu swoją wizję przekazu… ( Szczerze nie znoszę słowa „poeta”).W mojej rodzinie, nikt nie podchodzi entuzjastycznie do mojej twórczości… „- Stary facet, dom, dzieci…wnuki! No jak- On i wiersze!?”. Im „poeta” kojarzy się bardziej z Kimś wiecznie natchnionym, z filozoficznym podejściem do życia, i żyjącym podług tej filozofii, mądrym – Mądrością wyuczoną… Nie , że ” życiową” mądrością, bo ta jest zbyt licha, by się z nią obnosić…- Jednym słowem, według nich  nie nadaję się na „poetę” i „basta!”.

Czasem Ktoś się uśmiechnie, jak usłyszy o „wierszach”… Zadrwi, mówiąc; -„Każdemu wolno śpiewać” , lecz nie każdy chce słuchać…Bo i czego? – Oswoiłem się z Tym. Rodzina chyba też!?, Bo nie sugeruje Mi, żebym przestał… I Tak nie czytają.

Zamiast tego utworu, w sieci ukazał się inny…Mniej „zagmatwany”, o prostym, łagodnym przekazie… Takim „Po chłopsku!”;

Poezja to miłe słowa?

Powiedziałaś, ze poezja to tylko „miłe słowa”.

– Pachnidełko, co rozbudza zmysły przez chwil kilka

i potem znika bez śladu

..A gdy odkładałaś umyty talerz na półkę,

spytałaś;

– I gdzie w zwykłych dniach jest miejsce na wrażliwość?

…Popatrz na twoje spracowane ręce,

one nie są stworzone byś trzymał w nich pióro.

– A Ja – Patrzę…I widzę, dotykam i czuję.

W świetle dnia, w jego promieniach słońca,

w mroku nocy… Gdzieś wśród gwiazd.

W pogodny dzień, ciepły, spokojny.

W deszczowy dzień, do smutków chłodny…

Wiosną, Latem, Jesienią i Zimą

Każdą życia naszego chwilą – Jest Wrażliwość.

Pomiędzy naszymi szeptami

– Co miłości wzajemnej są wyznaniem.

Pomiędzy krzykiem, kłótnią i wrogością,

gdzie zamiast serca jest kamień…

Wtedy gdy podnosisz pięść- By uderzyć.

I wtedy, gdy czule głaszczesz…

Wtedy, gdy dłoń podając na powitanie, mówisz;

– Dzień dobry!.

…I gdy cofając ja nieufnie, warkniesz

– Odejdź!

W każdym geście, słowie – Jest Poezja.

…I co z tego, ze myśli moich obrazy

nie zawisną w Galerii Sławy?.

I co z tego, żem jeden z miliona  poetów – bezimienny.

Ten, kto patrzy – Widzi.

Ten , kto dotyka – Czuje.

Jakby sen…

Żyję w rzeczywistości, co wcale nie znaczy, że jestem w niej mocno osadzony… Nie będzie tu odniesień do wszystkiego, co akurat się wokół nas dzieje… Będzie to, co mi myślą spłynie, z zasobów mojej pamięci i wyobraźni – Świat jakim jest – Każdy widzi i odbiera „po swojemu”… Owszem, będą historie  osadzone w realiach życia –  Ale nie będą  ich wierną kopią  a  zabarwionym fikcją obrazem człowieka – Prawdziwego człowieka … I teraz właśnie taka historia;

 Któregoś dnia  późnym wieczorem, usiadłem w autokarze z zamiarem powrotu ( Ostatnim kursem) z Wielkiego Miasta do swojej Mieścinki… W autokarze było tylko kilka osób, większość miejsc pozostawała pusta. Rozsiadłem się wygodne w swoim miejscu, zgodnie z numerem na bilecie – Miejsce 32 ( Gdzieś bliżej końca, niż początku autokaru – Przy oknie)… Do odjazdu zostało kilka minut, więc  obracając się w stronę szyby, pochłonęła mnie obserwacja tego, co  za nią się działo na Autobusowym Dworcu…

– Przepraszam, czy to miejsce jest wolne!? – …Owo pytanie ,  mnie zdziwiło i może dlatego, mało elegancko nie odwracając wzroku od tego co się działo za oknem , odparłem; – Oczywiście… – Już  patrząc w stronę z której dochodził głos , zobaczyłem starszą kobietę ;  – Ale przecież Pani ma na bilecie numer swojego miejsca…Proszę Pani – Dodałem, lekko irytującym głosem… Tyle wolnych miejsc wokół a Ona Mnie się pyta, czy może usiąść obok!?. – Tak, tak wiem… – Zaczęła nieśmiało. – Tylko wie Pan, wolę usiąść obok Kogoś… Boję się sama – To jej stwierdzenie mało nie wzbudziło na mojej twarzy grymasu uśmiechu – Powstrzymałem się.- A Proszę bardzo niech Pani usiądzie… A nie boi sie  Pani siedzieć obok nieznajomego? .; – Pan mi wygląda na „spokojnego człowieka” – Odpowiedziała usadawiając się obok mnie. Popatrzyłem po autokarze…  Tylko, drzemiący Pana z łysinką na czubku głowy, młoda kobieta – Też  z opartą głową o zagłówek i zamkniętymi oczami… Oboje wyglądali jak Ja – Spokojnie!.; – Tu Wszyscy wyglądają na „spokojnych ludzi” – Odezwałem się do współpasażerki , jak już przestała „umaszczać”  ruchem bioder, swoje siedzisko.;- Ale na nich nie zwróciłam wcześniej uwagi – Odpowiedziała uśmiechając sie oczami ( Takie „ogniki” w oczach).; – „Wcześniej”? – …To znaczy – Kiedy?. Obserwowała mnie, moje zachowanie… Jeszcze nim usiadłem w autokarze, czy od momentu gdy to ona wsiadła?.; – Tak, zwróciłam uwagę na Pana już w Parku. –  Po tej odpowiedzi w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka – „Uważaj chłopie, uważaj!”. Faktycznie,  jakiś czas przed odjazdem, z braku innych atrakcji Wielkiego Miasta, do momentu nim wpakowałem się do autobusu, przesiedziałem w Parku … Dzień był upalny, męczący, dlatego wieczorną porą z ulgą usiadłem na ławeczce wśród „zieloności” … Już samo to, że trafiła mi się pusta ławeczka, było zachętą. Usiadłem , dając odpocząć zmęczonym nogą, po całodniowej wędrówce za mało istotnymi dla duszy rzeczami, lecz nieodzownymi dla egzystencji  – Posiadacza owej duszy…  Nie zachowywałem sie dziwnie, nie wyróżniałem się chyba niczym na tle podobnych Mi!?… ; – Siedział Pan tak spokojnie, i choć rozglądał się Pan dookoła, to tak jakby patrzył Pan gdzieś dalej.. .- ( !?) Pomyślałem ; ” O Masz Babo placek … W przechodzącej obok młodej parze, widziałem siebie i swoja połowicę 37 lat wcześniej… A  przechodzący chłopiec , który trzymał mamusie za rękę.. To też ja jakieś 54 lata temu ( Moda wtedy była inna..Krótkie spodnie nie była aż tak „krótkie” ..I zazwyczaj miały szelki).. A Tam, gdzie kończył się Park a zaczynała ruchliwa ulica, widziałem  mój ogród… – Cholera zapomniałem rano podlać! –   Uśmiechnąłem się ; – Nigdy nie zdarzyło się Pani „zamyślić”?; – O tak, tak, ale Pan w tym swoim „zamyśleniu” i omijaniu wzrokiem rzeczywistości, mimo wszystko reagował na to, co dookoła… – Spokojnie jęła mnie uświadamiać; – Usiadł Pan wyciągając obie nogi przed siebie, na pół alejki… Gdy przechodziła matka z małym dzieckiem,  Pan odruchowo przykurczył obie nogi… Gdy dwoje – Młodych Zakochanych, tuż przed panem, zaczęło się z lubością całować, Pan z momentu zaczął patrzeć w inną stronę… Proszę Pana… Ja zważywszy na wiek i porę dnia, jak już tracę kontakt z otoczeniem to na dobre… Dlatego wole siedzieć obok Pana. – Zaskoczył mnie tok jej myślenia; – Ale jak ma się to, do mojej „spokojności”? – Nie dałem za wygraną.; – A proszę Pana!?… Gdy dzieciak, pomimo, że pan cofnął nogę, On jednak nieumyślnie nadepnął na stopę, – Pan tylko się uśmiechną…  Gdy zakochana dziewczyna, całując się z chłopakiem, katem oka dostrzegła Pana , wymamrotała do swojego oblubieńca „Piotrek Ludzie się gapią”  – Pan z głową zwróconą w druga stronę, niby do siebie pod nosem odrzekł ” Ja Człowiek” … – Zamilkła.  Popatrzyła na mnie uśmiechając się już „całą buzia” nie tylko oczami. Odwzajemniłem Jej także uśmiechem… Autokar ruszył. Oparłem głowę o szybę, przez chwilę odbijał się w  niej profil Owej kobiety – Usnąłem. Gdy się obudziłem, nie było już jej obok… A może nie usiadła przy mnie wcale?.. Może to wszystko mi się tylko przyśniło?

On…

Pan Stanisław nie miał lekko w życiu… Powiecie, że życie już ma to do siebie, że łatwo przez nie, nikt nie przechodzi, więc oszczędzę wam wszystkich jego problemów, które los rzucał mu jak kłody pod nogi… Poza ostatnią kłodą, na której potknąwszy się, już nie wstał i nie poszedł dalej…
Któregoś dnia, jego żona zapakowała do walizki swoje rzeczy i wyszła bez słowa, zostawiając Jego i dwójkę małych dzieci… Już nigdy nie wróciła, zaczęła inne- własne życie, ale przeznaczenie, nie pozwoliło długo cieszyć się Owym życiem… Dosłownie pękło jej serce.
Stasiu był dobrym człowiekiem… Pracowity, oszczędny, cierpliwy, wyrozumiały. Nie nadużywał alkoholu, nie szastał pieniędzmi… Zbiór cnót!.
Jak potrafił najlepiej ziają się dziećmi. Miały wszystko, co potrzebne dzieciną do szczęścia a poza tym, dobrze je wychowywał … Niestety, gdy jego syn skończył pięć lat okazało się, że miał niezdiagnozowaną wcześniej wadę serca (ubytek przegrody między-przedsionkowej)… Wada wrodzona… W przedszkolu źle się poczuł, stamtąd odwieziono go do szpitala…Zmarł w drodze.
Pogrążony w żalu i smutku Stanisław, długo nie mógł się „podnieść”… Ale została o półtorej roku młodsza od jego syna córeczka… Po tragedii która spotkała jej braciszka, pierwszą rzeczą o którą zadbał Stanisław, były badania… Ich wynik był dla niego druzgocący – Jej serce też nie było zdrowe. Cierpiała na tę samą wadę, co jej starszy brat…
Ich życie zmieniło się nie do poznania… Od szpitala do szpitala. Po roku „tułaczki” jego córka wylądowała w klinice z „sztucznym” sercem… Była na liście oczekujących na przeszczep, niestety przez pół roku nie znalazł się odpowiedni dawca… Na dodatek pojawiły się inne komplikacje- Zmarła

Stanisław przez ten rok z okładem, zmienił się nie do poznania. Ratowanie córki pochłonęło wszystko, co posiadał ( Poza domem) ..Oszczędności, samochód…Ziemię… Stracił pracę, stracił chęć do życia.
Kilka razy usiłowałem nawiązać z nim kontakt, za każdym razem kończyło się tak samo – Odejdź chcę być sam!… – Któregoś dnia, spotkałem go na cmentarzu… Przy grobie swoich dzieci i żony. Nie odpowiedział na powitanie. Chwile stał w milczeniu… A Potem z żalem w głosie powiedział .
– Wiesz… Ja się modliłem o to, żeby zmarło jakieś dziecko…Żeby moje mogło żyć dalej.. I pewnie wymodliłem nie jedną śmierć ? I kurwa co z tego!?… Ich karą za to dla Mnie, było to, że swoje serca zabrali z sobą do grobu…
– Nie miałem prawa nic odpowiedzieć… Stałem tak jeszcze chwilę z nim a potem odszedłem bez słowa… Pewnie i tak nie zauważył?
Czasem widzę go na werandzie, jego domu… Wysiaduje całymi dniami, kołysząc się na bujanym fotelu – Patrzy „błędnym” wzrokiem przed siebie…

***

Oddaj.

Nie bój się oddać swojej Miłości,

Tej której już nie przytulisz nie obejmiesz.

Może ktoś potrzebuje bardziej,

jej tętniącego serca?


On siedział na skrzypiącym – Bujanym fotelu.
Pomyślał – I może lepiej?.
Teraz lekko Jej tak…
Choć tylko 21 gramów mniej.
Ciało już nie ma znaczenia…
2 m 10 cm w ziemię, lub spalone w proch.
– Dusza uwolniona!

Kołysząc się w przód i w tył.
Wpatrywał się w sufit – Szukał;
– Może akurat dostrzegę , jakiś obłok, mgiełkę…Mgnienie?
– Nie zdążyłem bajki do końca opowiedzieć,
chociaż morał usłysz , proszę!
– Tyle zabaw ominęło Mnie i Ciebie…
– Czekam na znak – Czy dobrze Ci tam w Niebie?

Stary fotel jęczał żałośnie,
bo On nie miał już łez by płakać;
– Nie było serca Innego dla Ciebie,
nie chcieli oddać nie swoich,
choć im samym niepotrzebne…
Nie chcieli dać zgody na życie!

***

Odwiedziłem naszego wspólnego „bohatera” jednej z moich historii. Przypadek zrządził, że powierzono mi , pewną sprawę do załatwienia, która wymagała delikatności… – Kto jak nie Ja!. Więc, pełen niepewności uchyliłem ogrodową furtkę do jego ogrodu, ta niepewność, nie opuściła mnie aż do frontowych drzwi jego domu… Pukałem… Bez odzewu, więc nacisnąłem na klamkę – Drzwi się uchyliły bez najmniejszego dźwięku… Bez oporu , jakby dawały do zrozumienia ; Wejdź! .
… W ciemnym korytarzu głośno spytałem – …Przepraszam, czy jest Tu Ktoś? – Nikt nie odpowiedział. Na wprost wejściowych drzwi, były drugie… Podszedłem otwierając je. Za nimi znajdował się „salon”. Ponuro wyglądające wnętrze. Mroczne, przez pozaciągane zasłony, wnętrze przytłaczały walające się części garderoby… Były porozrzucane, zapomniane , ciśnięte w jakiekolwiek miejsce, byle dalej od rąk… Za kolejnymi drzwiami usłyszałem plusk cieknącej wody z kranu, podszedłem. On stał z maszynką do golenia w jednej dłoni, drugą badał strukturę twarzy w lustrzanym odbiciu, bełkocąc; – Pomyłka? – Zamyślił się…. – Całe dotychczasowe życie było właśnie Nią – Jedną wielką pomyłką! . – Ciągnął dalej. – Może w ogóle nie miałem narodzić się?. Wtedy nie byłoby życia i błędów…Ale przecież wtedy nie byłoby też Mojej świadomości! … – Tu odwrócił się do mnie. – Dzień dobry!… Nie prosiłem „wejdź” bo i tak wiedziałem, że wejdziesz …Usiądź , jeśli jest gdzie? – Zaproponował wpatrując się w swoje odbicie. Nie usiadłem… Nie było na czym. On nadal prowadził Swoją konwersację z odbiciem w lustrze ; – Błędem jest Moje myślenie? – Bezmyślni nie żałują… Nie wyciągając wniosków z pomyłek.. Cierpię nadal, zatrzymując się w jednym miejscu i czasie?… Czy nie przywiązują uwagi do miejsc i dat?. – Tu znów wzrok skierował na mnie; – Wiem, wiem po co przyszedłeś… Już będę gotowy! – Przeciągną maszynką do golenia po jednym policzku a potem mocząc ją w umywalce, włożył do stojącego kubeczka… Przecierając twarz wymiętoszonym i brudnym ręcznikiem , rzucił – Już się spakowałem!… Tylko to, co niezbędne! – Nie zauważyłem w tym bałaganie torby podróżnej… Czy jakiegokolwiek „tobołka”… – Gdzie to wszystko zostawiłeś?.- Spytałem – ..Pomogę Ci zabrać… – A nie, nie… Właściwie wspomnienia są moje!… Nie podźwignął byś ich! – Uśmiechnął się ironicznie… To co niezbędne mam w pamięci… Piżamę mi tam chyba dadzą? – Dodał również ironicznie.
– Nie wygłupiaj się i spakuj co potrzeba… Kiedyś przecież wyjdziesz ze szpitala – Odpowiedziałem w pełni zdając sobie sprawę z tego, że tak będzie. On jednak od razu zauważył; – …, Że co, szpital?… Myślisz, że mnie wyleczą , przecież to nie fizyczny ból!… Taki leczą tylko w „psychiatryku”. – Oj! Nie zaczynaj, pokaż gdzie masz piżamę !..Przerwałem Mu… Nie pokazał, zaczął znów przeglądać się w lustrze ; – Szukaj! – Syknął – Wybierz coś „fajnego” do ubrania… No przecież będziesz mnie odwiedzał!?.

***


Pacjent nr.1

Właściwie, nie miał co pakować
w podróż Swojego Życia.
– Każdy jego aspekt miał w głowie,
posegregowany.
W skoroszytach wspomnień od „A” do „Z”.
On jednak, najczęściej
wyciągał teczkę z bólem i cierpieniem…
Choć znał tekst na stronach,
to czytając półgłosem, kolejny raz,
próbował wypatrzeć jakiś błąd w druku;
– … Przecież nie ma idealnych scenariuszy!

Właściwie, to” pomyłką” można
nazwać tę podróż…
– Gdzie Mi będzie tak dobrze?.
… Domatorem własnych myśli
się zrobił.
Wokół znane kąty.
Twarz w lustrze znajoma.
… Pajęczyna wspomnień.

Znane lęki i trwogi.
-Stary ból, jakoś boli mniej!
… I czy Ktoś pytał, czy ja chce zapomnieć?

(Obie historie zostały  opublikowane  09,07,2020  oraz 12.09.2020 na forum ” Barcislandi”.. Tu razem, bo stanowią „całość” …)

Heidi

Kosmos

Daję ci świat widziany moimi oczyma.
Czy w niczym nie jest podobny do twojego?
Patrzysz, czy masz tylko otwarte oczy,
które wlewają odrobinę światła
w twój mroczny umysł?.
… Podobno z nicości powstał Wszechświat.
Nie liczę na to, że w mojej głowie powstaną
podobne konstelacje.
Lecz czy w Moim Świecie, nie ma nic pięknego,
o czym byś nie mógł powiedzieć – Tak to jest piękne!
… Daję ci słowa, nadając im trwałą postać,
moim odczuciom i myślom – A Ty milczysz?
No tak!… Każde z nas, żyje w swojej Galaktyce.
Innego piękna jesteśmy nauczeni…

***

Ten felieton napisałem  „parę” lat temu  ( ..A nawet kilka „par” bo w 20,01,2014)… I choć w prawdziwe zdarzenie, wniosłem odrobinę fikcji , to jednak główna postać „Heidi” istnieje realnie. … Moja żona już nie pracuje w szkole jako nauczyciel, od kilku lat jest szczęśliwą emerytką… Nie ma kontaktu z swoimi uczniami, ale pamięta Wszystkich!. ,Bo każde z nich było inne – Wyjątkowe i wryło się w Jej pamięć… Dziś przypadkiem spotkałem  bohaterkę o której przeczytacie. Nie poznała mnie… No bo cóż takiego, mogło być we Mnie, co warto zapamiętać?

***

” To było wczoraj rano. Piliśmy kawę w kuchni przy stoliku na wprost okna… Kuchnia to centralny punkt domu. Tu się spędza największą ilość czasu, tu się dyskutuje, podejmuje wybory, snuje plany i marzenia… Tu się przyjmuje gości, inkasentów, poselstwa i listonoszy. Ba! Wyobraźcie sobie, że my nawet czasem w kuchni gotujemy i potem na dodatek jemy to, co upichcimy!?.. Tak czy siak z kuchni musi być widok ( no może nie „widoki na przyszłość”…., Ale na wchodzących do domu) … To okno, przed którym siedzimy, jest właśnie na kawalątek ogrodu, bramę wejściową i drogę za płotem..
.. Więc siedzimy oboje i pijemy tę kawę wpatrzeni w ów widok, który wczoraj nie był zbyt ciekawy; Mokry, zamglony, zimny… Do momentu, gdy z za żywopłotu dojrzałem postać młodej dziewczyny.
– O popatrz” Hajdi” idzie… – Wymamrotałem pod nosem, niby do żony… Niby sam do siebie.
Żona odchylając firankę, podirytowana syknęła.
– To nie żadna „Hajdi „ a Marcelina! – … Nie wiedziałem jak ma na imię!. Wszyscy sąsiedzi tak ją nazywali – „Hajdi”
Miała kruczo-czarne włosy, splecione z tyłu w długi warkocz, twarz małej dziewczynki. Mieszkała w domku na Ogródkach Działkowych, razem ze swoim dziadkiem… Stąd Owe przezwisko, od tytułowej bohaterki Heidi – Johnny Spyri… Poza drobnym szczegółem… Była upośledzona.
-, Dlaczego nazywasz ją jak Inni? – Żona tymczasem drążyła temat dalej…
– Skoro Jej nie znasz?… Bo ja ją znam – Uczyłam Marcelinę…
(Żona pracuje, jako nauczyciel – Indywidualny tryb nauczania z dziećmi niepełnosprawnymi… A umysłowe upośledzenie, to ciężki przypadek niepełnosprawności.)
– Bardzo miła, grzeczna i jak na swoją niepełnosprawność, bardzo spokojna – Skwitowała „moja druga połówka”… I opuściła rąbek firanki
Tymczasem była uczennica mojej żony znikła za dwiema wyrośniętymi ponad miarę Tujami – vis a vis bramki wejściowej.. A w holu dzwonek zaczął skamleć swoje – „Wpuść mnie, no wpuść!”
„Oho!?..Pewnie to Ona” – Pomyślałem i w tym samym momencie w domofonie rozległo się
– To Ja przyszłam proszę Pani!…
Żona odłożyła kubek z kawą – Weź załóż, chociaż szlafrok na te piżamę, bo się dziecko Ciebie przestraszy – Powiedziała i poszła otworzyć drzwi, a ja do łazienki po szlafrok… Nie odkładając kubka z kawą, lecz trzymałem go nadal w ręce. ( Wiem! … Irracjonalne postępowanie, bo jak z kubkiem kawy w ręce, nałożyć na siebie szlafrok?).Zakładanie szlafroka trwało więc dłuższa chwilę… łącznie z „zapieraniem” plam po kawie… W kuchni rozsiadły się Marcelina i moja żona. Gdy wchodziłem do kuchni, dziewczyna nawet na mnie nie spojrzała… Nie spojrzała gdy już usiadłem naprzeciw. Ja natomiast, co rusz, ukradkiem (jak mi się wydawało)- „Gapiłem” się na Nią!.
– Chcesz może herbaty Marcelka? – Zaproponowała małżonka, na co dziewczyna odpowiedziała – Tak, proszę zrób Marcelinie herbaty… – A ciasto mamy pyszne…. Z jabłkami, dam Ci. Skosztuj… – Powiedziała żona i otwierając górna szafkę w segmencie , wyciągnęła szarlotkę… (Ciekawe, mi wcześniej ani słowem nie wspomniała nic o szarlotce!?)… Położyła brytfankę z ciastem na stole, wyciągnęła nóż do ciasta z szuflady, po czym zaczęła kroić placek w poprzek a następnie na małe prostokąciki… Ja w tym czasie śledziłem reakcje Marceli. Ani raz nie popatrzyła na żadną wykonywaną czynność przez moją żonę… Jej wzrok patrzył gdzieś w kąt kuchenki gazowej – W nicość…; – Um!? Ależ zapach .– Westchnęła dziewczyna. – Tak, bo to z naszego sadu jabłka były Kochanie… – Odpowiedziała żona. Pocięte kawałeczki placka rozłożyła na trzy talerzyki – Im po dwa kawałeczki mi jeden!… Ukradkiem cały czas śledziłem zachowanie Owego „dziecka”… Przez moment tylko popatrzyła na mały talerzyk, łapiąc w dwa palce kawałek ciasta a potem jej wzrok znów spoczął na „nicości” i przełykając kęs ciasta powiedziała – Nie patrzy!…
– Zdziwiłem się!. Zaskoczyła mnie. Odruchowo obróciłem głowę w stronę okna, tymczasem ona powtórzyła – Nie patrzy na Marcelinę… Bo to nieładnie!. – Marcelina i tak widzi – Dodała przełykając drugi kęs… Zmieszany wstałem – To ja te kawę wypiję w pokoju… – wymamrotałem cicho w kierunku zony – A pewnie, pewnie… My kobiety chcemy o swoich sprawach pogadać – Odpowiedziała żona, patrząc na mnie wzrokiem , który mówił „ zmiataj stad i to szybko!”…
Uświadomiłem sobie, ze „ja” ten niby „normalny” z swoim zachowaniem i gestami, jestem bardziej irracjonalny i mniej spostrzegam niż Ona..
Z pokoju, przez uchylone drzwi słyszałem o czym rozmawiały… Marcelina mówiła krótkimi zdaniami, zimno w trybie „komend” i poleceń w drugiej osobie… Z wrodzonym dystansem do ludzi… Co mnie w ogóle nie dziwi oceniając swoje zachowanie…”

Wrażliwość Dziecka

… Dziadku, Dziadku! – Dotarło ” z dołu” do mnie, wraz z wrzaskiem moich wnuczek na klatce schodowej. Usłyszałem wołanie, gdzieś na granicy snu i jawy… – No i koniec pościelowej chwil błogości ! Od Poniedziałku do Piątku, wstają wcześnie rano ( … Słowo „wcześnie” jest lekko na wyrost…Bo to około godziny 7;20)… Starsza- siedmioletnia, celebrując w  nieskończoność wszelakie czynności – Przysposabia sie do wyjścia z domu do szkoły. Młodsza w niczym jej nie ustępując ( Obie jednakowo kapryszą i grymaszą)przysposabia się do przedszkola (Ma 5 lat)… Jak już w końcu obie usiądą w samochodzie ich mamusi, to znikają aż do popołudnia- O ile, nie pojawią się trudności i komplikacje, wtedy zostają w domu ” ku radości Dziadka” …Oczywiście, że to ironia z „radością”, no chyba, że chodzi o Ich radość na sam fakt, że zostają .Dziadek oczywiście bardzo kocha swoje wszystkie wnuki… Z przewagą wnuczek, w stosunku 4/1… Ale, teraz będzie właśnie o Tych dwóch – Najstarszych.  Tego poranka, zaistniała właśnie „komplikacja” – Najczęściej używane słowo, określające czas, w którym nie musza iść do szkoły i przedszkola, zasłyszane od ich tatusia; ” – Kochanie to One dziś nie pójdą!?…To nam wszystko skomplikuje!” – Dobre sobie!…”Im” a co ja mam powiedzieć?. Wizja dnia wypełnionego zabawą z wnuczkami, choć jakby radosna – Uciążliwa!… Mało to razy po Takim dniu, wieczorem leczyłem  „chrypę” od nieustannego naśladowania głosu Barbie, Kena  czy innych , nie mniej „dziwnych” pluszowych postaci?… Z ich wiekiem , zmieniały sie także ich zabawy…. W ogóle, przeszły na wyższy poziom trudności – Zaczęły zadawać pytania!… A potem podniosły poprzeczkę, gdy ich ciekawość, była większa niż  moje odpowiedzi  – Zadawały więcej pytań, domagając się dogłębnej analizy treści, tejże odpowiedzi… Tym razem było nieco inaczej;… Ja jeszcze dobrze nie przetarłem oczu, rozmazując resztki snu a do sypialni wpadły dwie „potwory”; – Dziadku bo my dziś nie idziemy! – Oznajmiła z radością w głosie młodsza z Nich. – Hanię boli brzuch i cały czas biega do łazienki.. – Sprecyzowała po chwili.- No ale Tobie „nic” niema? – Przekornie zacząłem dociekać… A Jej odpowiedź wcale mnie nie zdziwiła;- No przecież nie zostawię jej samej w domu!.- A co!?… Zazdrościsz? – Odburknęła Jagódce  – Hania i w tym samym momencie w oczach Jagody pojawiły sie łzy;- Dziadku, Ona jest dla mnie niedobra!… Przecież cały czas nie będzie się bawić z Tobą, a jak zostanie sama!?… A mnie nie będzie- Z Kim się wtedy pobawi? – Jej przejaw troski o starszą siostrę, wcale mnie nie zaskoczył, bo pomimo licznych wzajemnych animozji, nie potrafią istnieć bez siebie . ­-Umiem się sama bawić – Zaprotestowała Hania,  wywalając swój język do Jagody, co spowodowało jeszcze głośniejszy  płacz i rozgoryczenie;- Nie!…Ty nie umiesz się bawić sama!. Siedzenie z smart fonem  i oglądanie głupich filmików, to nie zabawa ! – Jednym tchem wykrzyczała z siebie…W tym momencie, przebudziła się Ich babcia, dotąd niczego nie świadoma…  (Moja żona twierdzi , że nie miewa snów, zamyka zmęczona oczy wieczorem  i otwiera je rano – Wyspana). Jej pierwszymi słowami, z na wpół otwartymi oczami, było; – Coś znów nawyrabiał, że ona płacze?… (- I tu mała dygresja; „Moje kobiety – Matki”, gdy śpią, nawet przysłowiowy „huk z armaty” nie zakłóciłby ich snu a na ciche kwilenie dziecka, z momentu staja na obie nogi…)- Dlaczego Ty od  razu zakładasz, że to przeze mnie? – Głupio spytałem… Bo przecież wszystkie problemy, to zawsze przez dziadka…Gdyby to dziadek spytał dziecko; – Co Ci się stało?..Dlaczego płaczesz? – W tym samym momencie usłyszał by od babci; – I poco się wtrącasz!?..Popłacze popłacze i przestanie…- Choć tu do mnie, Moja Kruszonko… Babcia utuli – Zagaiła babcia do wnuczki, lecz wnuczka  szlochając odparła; – Do Dziadka się przytulę… – Żona tylko się uśmiechnęła…  Bo choć Babcia, jest troskliwsza, mądrzejsza i ładniejsza niż Dziadek, to więcej wymaga i na mniej pozwala… A poza tym, nie potrafi  dorównać mentalności dziecku, to potrafią tylko dziadkowie ( Mężczyźni wieczne dzieci)

Zabawa babci z wnuczkami, to nie wyrażony przez bezpośrednie zachowanie i współdziałanie z dzieckiem – Tok zabawy a tylko „nadzór” nad przebiegiem poczynań dziecka… Mamy i Babcie w kontakcie z dziećmi ogranicza jeden ważny czynnik – Troska. Ojcowie i  Dziadkowie niestety są bardziej „beztroscy”…Opiekuńczy, ale w  bezpośrednim kontakcie z dzieckiem, zniżają się do poziomu logiki dziecka  – Zachowanie nie do pomyślenia z punktu widzenia  kobiety – Matki.

Wnuczki jeszcze przez jakąś chwilę, towarzyszyły nam w sypialni… Do momentu w którym starsza siostra, rzuciła młodszej hasło – ..Idziemy pobawić się w modelki!? – ( W tę zabawę dziadek niestety nie mógł się z nimi pobawić…)

Dłonie.

Ten króciutki utwór, powstał dawno, dawno temu… Któregoś popołudnia, żona odrywając mnie od pracy w ogrodzie, zawołała na kawę… I coś do kawy. Sadziłem krzewy, utytłane dłonie ziemią, brudne… Tak patrząc na nie w głowie zrodziły się strofy… Gdy zawołało mnie moje „kochanie”, obtarłem tylko ręce o spodnie ( …Też ubrudzone) i poszedłem za głosem mojej miłości ( …wiem, lekka przesada, ale wpisuje się w narrację). Usiadłem na tarasie przy stoliku i wydeklamowałem mój poemat… Lecz zamiast słów „zachwytu” , usłyszałem; – No ładnie… Ale wiesz co!? – Ty idź umyj  te ręce, nim weźmiesz nimi coś do buzi…

Miniaturka o dłoniach.

Szorstka skóra,
zdarte , bez linii papilarnych
– opuszki palców.
Zmarszczek bruzdy…
Moje dłonie nie miały się” lekko” w życiu.
Nie są piękne.
Zgrabne.
Sprawne.
… Ale jeszcze potrafią czule pogłaskać.
Zgarnąć siwy włos znad twojej skroni.
I z policzka zetrzeć, maciupeńki paproch Topoli.
Jeszcze potrafią z wielką czułością,
złapać twoją dłoń, kiedy mówię
– Chodź, nie bój się… Pójdziemy we dwoje!
Mogę objąć cię rękoma, splatając dłonie jak więzy;
– Nie oddam Cię nikomu !…

***

Kilka dni temu uszkodziłem prawą rękę – Przez własne gapiostwo i brak przewidywania, rozciąłem szybą… Dość poważna rana, wymagająca interwencji chirurga. Jak to zwykle bywa przy tej okazji, chirurg ogranicza się tylko do zabiegu… I strofowania. Wszelakie inne czynności, wykonują Panie pielęgniarki… To o czym tu mowa, odbyło się właśnie w ramach „innych czynności”… …- Ależ ma Pan te dłonie zaniedbane. – Stwierdziła pielęgniarka, opatrując mi krwawiącą ranę;  – Sińce, zadrapania… Sucha skóra – Pan, pewnie dużo pracuje fizycznie? – Nie… Dużo „używam”  rąk do pracy, nie koniecznie „fizycznej”… – No od przewracania stron w książce, to Pan z pewnością nie miałby tak „zrobionych” dłoni – Podsumowała moją  uwagę  i  zawiązując w supełek końcówkę bandaża, wyciągnęła swoje dłonie, obracając , rzuciła;  – Pan popatrzy na moje! … Troje dzieci, mąż, sterta prania, naczyń do pozmywania…. O i proszę!? – W ogóle po nich nie widać.. – Faktycznie!… Miała piękne delikatne dłonie ( ..Ich delikatności doświadczyłem na własnej skórze) .  I chcąc okazać skruchę, nieśmiało odburknąłem; -” Faceci ” mniej dbają o wygląd dłoni. – I błąd! – Odrzekła, nakładając na wcześniej założony opatrunek – Kolejny. – „Facetom” ( Zaakcentowała) wydaje się, że ręce służą tylko do wykonywania różnych czynności i nic poza… Mniejsza o wygląd, ale jak Pan tak szorstką dłonią „przytuli” dziecko…Żonę? – Tu przerwała, obwijając drugi opatrunek plastrem i sięgając do przeszklonej gabloty, wyciągnęła  kolejny opatrunek(!?) ;- To ile będzie tych warstw!? – Spytałem zdziwiony. Uśmiechnęła się; – Ta będzie ostatnia – Gipsowa… Przecież doktor Panu powiedział? – No tak!… Coś mi napomknął o tym, że trzeba usztywnić  rękę, bo rana musi się zasklepić… I coś o „szwach” , że nie mogę dłonią ruszać… Ogólnie dużo mówił, ale kto by, zwracał na to uwagę? – …Pan na dodatek ma niestarannie poobcinane paznokcie… O brudzie pod nimi to nawet szkoda mówić! – „Gderała”, ustawiając moja rękę w wilgotnym- gipsowym „czymś”. – Zamiast „ortezy”, będzie Pan przez jakiś czas miał ten gips – Stwierdziła, przerywając wcześniejsze „gderanie”… Nie myślcie , że zakończyła temat dłoni…Nie, nie, po chwili znów zaczęła; – Pan pewno nie przytula żony, nie głaszcze…Pieści? – Tu się trochę zmieszałem… Po 37 latach małżeństwa, faktycznie ostatnie lata, jakoś tak mało razy tuliłem…Głaskałem, i pewnie nie zmienia tego fakt, że i moja kochana tego nie czyni?… Małżeńska rutyna. Zamiast gestów – Słowa… I wydaje nam się, że wystarczą… – Pan weźmie i potrzyma te rękę, lekko w górę, nim gips stwardnieje… – Wyrwała mnie z kontestacji. – Teraz to Pan wiele nie zadba o tę „rękę”… W ogóle na niewiele się przyda, ale będzie miał pan sporo czasu, żeby  pomyśleć  o tym, że dłonie nie są tylko „od” pracy, ale i do okazywania czułości.. A co to za „czułość” taką „łapą”!? – „Prychnęła” z wyrzutem w głosie i obracając się na pięcie – Odchodząc dodała; – Za chwilę podejdzie do Pana lekarz… Proszę cierpliwie zaczekać…

***

Dobre i złe…

Wielu się nie spodoba to, co tu napiszę – Cóż!?. Nie będzie to coś, co „poruszy słońce” ( … a tym bardziej sumienie)…Wraz z ostatnim zdaniem, uleci z pamięci. Każdy ma wzloty i upadki, nadzieję i zwątpienia… Człowiek w całej swej doskonałości,  nie jest emocjonalnie stabilny – Niestety. Oczywiście potrafimy ukryć emocje, nie okazując ich Innym – Lecz gdzieś tam, w „środku duszy”  zostawiają ślady na psychice, zadeptując ścieżkę uczuć…  A to właśnie tą ścieżką, podąża się do dobroci, miłości i współczucia – Do współodczuwania …Empatii, zdolnej tworzyć „szczęście” , dla nas samych,  jaki dla wszystkich wokół nas… Przyjęto, że Ową empatię posiadają ludzie charyzmatyczni, obdarzeni estymą –  Autorytety , z których powinniśmy czerpać… Ideały do których mamy dążyć… –  Bujda! Charyzma wcale nie idzie w parze z emocjami a empatia z uczuciami… Pewne pojęcia się wytarły, wyblakły w czasie… Nie nadają „kolorytu” ludzkim charakterom, pudrują tylko twarze, by wydawały się gładsze, bez zmarszczek…Bez grymasów – Zwłaszcza na twarzach polityków. To im głównie przypisuje się te określenia; charyzmatyczny, empatyczny… Tak, tak! – Oczywiście że na myśl mam Pana Prezesa.”Wielkiego” bohatera tysięcy wyborców… Wodza, zbawiciela, opokę – To oczywiście przekora i ironia. Już od dawna bowiem, co dla Jednych jest „świętością” , Drugim wydaje sie być „skaraniem Boskim” ( … Dla Mnie, pan Kaczyński jest tym „drugim”)… Demokracja wbrew pozorom,  też się  nam wypaczyła, bardziej przypomina „demo  kreacji”(demonstrację możliwości wodza)..Niż wolę większości  Narodu…A co z „mniejszością” – Oni nie Naród? Nie żyje się „siłą innych” – Siłą niezłomnych charakterów.  Żyje się ich „słabościami …Tym, że potrafią ją  okazywać   w najmniej odpowiednim momencie, że potrafią przyznać się, do bezradności, błędów… Że płaczą , że okazuję emocje… Bo wtedy są tacy jak My, choć wcale się do tego nie przyznajemy…Przyszło mi żyć w czasach , gdzie nie ma „świętości”, w których autorytetem nie jest Ten, kto ma coś ” wyjątkowego” do powiedzenia ( czy napisania) a ten kto wyjątkowo dużo gada… Że o sławie decyduje ilość „lajków” na Istagramie, tudzież ilość „znajomych” na Facebooku  … Że Narodowym Bohaterem staje się zwycięzca durnych „top show”  – Bożyszczem tłumów… Żyję w czasach gdzie „polityka” jest bardziej kojarzona z głupotą….Niż sprawowaniem mądrych rządów...Gdzie niema miejsca na okazywanie słabości, upadki… Czasy w których nie ma miejsca na okazywanie emocji, bo tych „dobrych” mamy w sobie coraz mniej, więc lepiej jak nie zobaczą żadnych…

Wstępem…

Witam wszystkich potencjalnych „czytaczy” – Świadomych lub nieświadomych  miejsca w którym się znaleźli. Z pewnością miejsce To, nie jest „czymś” wyjątkowo wyróżniającym się spośród  innych, tego typu miejsc – Mam tego świadomość, ale po cichu liczę na to, że przyciągnie kilka osób, które lata temu z zaciekawieniem odwiedzały Mój „blog” ;  „Zwyczajna Wrażliwość”… Czym kierowałem się, reaktywując?-  Ot, tak… Pochwalić się tym i owym… A poza tym, wzbudzić w drugim człowieku chwilkę refleksji, zadumy i jego wrażliwość ( też obudzić) – Na Wszystko co dookoła Nas.               Podobno to niedobrze, dla człowieka gdy jest „nadwrażliwcem”… Nadmierne wyczulenie na różne aspekty życia, ( zazwyczaj te negatywne, jak ból, cierpienie, krzywda, niesprawiedliwość ) powoduje, że Ono staje się nieznośne…  Nadmiar uczuć i emocji, nie jest czymś dobrym, ale o wiele gorzej jest, gdy w ogóle jesteśmy ich pozbawieni  (Choć to podobno niemożliwe?).Dlatego Moja wrażliwość jest „zwyczajna”… Ani za głęboka, ani za płytka, ale – Jest!… I nią się właśnie chcę tu dzielić. Dlaczego „afiks”?… Słowotwórcza część wyrazu ( od łac. affixum, element przyczepiony) ( W tym przypadku, raczej do  całej zawartości tekstu można by się „przyczepić” – Przekora!) … A poza tym, jedna z domen, która nie była zajęta a kojarzyła się z „pisaniem” i tworzeniem słów, tekstu, monologu…. I Innych bredni! ( samo-krytyka i przekora), które tu właśnie mam zamiar zamieszczać.   Oprócz słów, będą także obrazy i dźwięki… A jak!? – Cały pakiet, do pobudzania zmysłów, emocji, uczuć i wrażliwości…

Miłosz.