W upalny dzień, gdzieś na Bulwarach Wiślnych, opodal Mostu Grunwaldzkiego… Zmęczony długim spacerem w pełnym słońcu, wypatrzyłem „wolną” ławeczkę… Dość sporo ludzi wyległo na spacerniaki… Co się dziwić?. Pozamykani w domach przez wirusa zniewoleni obostrzeniami, gdy tylko ściągnięto z nich „covidowe kajdany” ruszyli w plener… Więc znalezienie wolnej ławeczki wzdłuż Wiślanych alejek, graniczyło z cudem, zwłaszcza gdy tych ławeczek co roku jakby mniej?… Ja wypatrzyłem te jedyną ( I to w zacienionym miejscu!)…Wydłużając kroki, zmierzałem w jej stronę, nim mnie ktoś ubiegnie. Z naprzeciwka jednak, do tej samej ławeczki, wystartowała „Pani”… Pomyślałem ; A co tam… Jak nie zdążę przed nią, to będę drugi… A to też niezłe miejsce na ławeczce na której spokojnie mogą usiąść cztery osoby”… – Tak też się stało. Owa Pani była pierwsza i usiadła po prawej stronie ławeczki. Ja usiadłem po lewej stronie. ( właściwie to rozkład miejsc na ławeczce ma w tej historii kolosalne znaczenie)… Pani usiadła kładąc po swojej lewej stronie torebkę… Grzebiąc w niej chwilkę ( …To nie była mała torebka!), wyciągnęła książkę, otwierając ją w połowie. Przełożyła nogę na nogę ( lewą na prawą….lub odwrotnie?. Pewności nie mam!)… I książka spoczęła na zgrabnym udzie długiej nogi, w połowie przysłoniętej białą sukienką… Pani mogła mieć 30 lat?. Miała zgrabną sylwetkę, uroczą twarz z lekkim makijażem i piękne blond włosy… Wiadomym jest, że takie towarzystwo mi odpowiadało… Nie, żebym się na Panią „gapił”, ale wiecie… ładna zgrabna kobieta obok, na dodatek milcząca… Do tego cień i ławeczka…Żyć nie umierać!. Wyciągnąłem przed siebie nogi i zacząłem chłonąć błogi spokój, spoglądając na widok, który roztaczał się z „mojego ” miejsca odpoczynku… Niestety po krótkiej chwili „chłonienia” (…) .; – Ale nam się trafiło!? – Rzuciła Pani. – No Tak… I miejsce w sam raz! – Odpowiedziałem… I tu atut „milcząca” prysł… No ale, porozmawiać z ładna kobietą tez przyjemnie…Nie!?.Więc zaraz dodałem – A co pani czyta?; – I w tym samym momencie zorientowałem się, że pytanie było głupie!… Bo co innego mogła czytać, jak nie właśnie otwartą książkę?. Na całe szczęście Pani nie dostrzegła absurdu w pytaniu ; -” Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L.James… Czytał Pan? – Zmieszałem się… Niby zacząłem czytać, ale po kilkunastu stronach zrezygnowałem… Czyli; – Nie, nie czytałem, nie moje „klimaty” – Odparłem z uśmiechem. ; – No wie Pan!?… Przecież to „klasyk”!… – I tu zapadła krótka chwila milczenia, bo głupio byłoby z mojej strony stwierdzić, że dla Mnie to nie „klasyka”.. – Przepraszam… A będąc teraz…dziś w Krakowie kupiła Pani „zawijaniec” z solą? ( obwarzanka*) – Nie!?… Do czego Pan zmierza? – To też „klasyk” ! – Tu się uśmiechnąłem, ale mój uśmiech, nie został odwzajemniony…Przeciwnie, Pani parsknęła tylko ; – Pan jakiś dziwny jest!? I oddała się czytaniu książki…” W sumie, lepiej pomilczeć – Przeszło mi przez myśl… ” – Coś co ładnie wygląda z zewnątrz, w środku ładne już być nie musi jak nie zamierzamy wchodzić”… Wyciągnąłem nogi powtórnie i znów zacząłem oddawać sie oglądaniu tego, co wokół… Lecz o zgrozo!?… Nagle dobiegł mnie głos ” Innej” Pani; – Przepraszam, czy to miejsce jest wolne!? – Popatrzyłem na „blondynę”, nie zareagowała; – Pochłonięta była czytaniem książki!? – Więc odpowiedziałem „Innej” Pani, ; – Tak, tak wolne… – Dopiero wtedy zauważyłem, że za nią stoi wózek, a w nim mała dziewczynka… Pani się uśmiechnęła z ulgą i odparła; – Uff…Dziękuję bardzo!. – Właściwie, to nie wiem, dlaczego „dziękowała”?… ( Tu mała uwaga… Pani czytająca książkę od teraz będzie „Blondyna” ( nie , żebym miał coś przeciw blondynkom) a Pani z wózkiem „Mamusia” ( z przyczyn obiektywnych – Dziecko…Dzieci!). Więc Mamusia podziękowała i usiadła pośrodku ławeczki, przyciągając spacerowy wózek do swoich kolan… Mamusia miała nieco krótszą sukienkę, czy tam spódniczkę!? ( ..Nie wiem co jest co?…Nie noszę!). Kładąc pomiędzy mną a nią torebkę ( …Też nie małą!)… I też chwile grzebiąc obiema rękoma w niej, wyciągnęła najpierw pojemnik z kanapkami a potem termos i kubeczek…I serwetkę i drugi kubeczek z dwoma uszkami… I butelkę wody oraz małą buteleczkę soku „Kubuś”… I to wszystko wylądowało na dwu udach nóg, zaciśniętych kolanami !? – Facet by tak nie potrafił!.Gdy mamusia już ” rozłożyła kramik” , przechylając głowę w moją stronę, zawołała; – Stasiu chodź napić się soczku!… No tak, obok mnie pojawił się chłopczyk ( mógł mieć 4-5 latek); – O dziękuję Mamusiu! – Miał bardzo piękny głos… Czysty, bez „zdziecinniałych” akcentów, w przyjemnej dla ucha tonacji… Chłopiec usiadł pomiędzy swoją mamą a Blondynkom …( I tu tak naprawdę zaczyna dziać się wszystko to „najciekawsze w całej historii). Gdy chłopiec tylko usiadł, Blondynka nerwowo odchylając książkę w bok , „syknęła” ; – Uważaj Dziecko jak siadasz, ubrudzisz Mnie! -(… ) Znacie ten odruch, podnoszenia brwi ze zdziwienia?… Mi przy tym uszy lekko „kłapią”…; – Stasiu! – Zareagowała mamusia dziecka. – Uważaj synku jak siadasz… – Chłopczyk faktycznie, nie był „odpucowany” na połysk…Buzia umorusana, rączki, i wystające nóżki spod krótkich spodenek. W pierwszej chwili pomyślałem, że może wpakował się owej Blondynce na kolana…Ale nie. Przecież pomiędzy nią a dzieciakiem tkwiła torebka.. – Przepraszam czy On , Panią ubrudził ? – Spytała Matka. – Mnie Nie!..I całe szczęście… Ale oparł się o torebkę! ( …) – A znacie odruch zdziwienia w połączeniu z irytacją?…Wtedy brwi idą do góry, a oczy robią się „wielkie”… To samo wymalowało się na twarzy Mamusi… Ta nic nie odpowiedziała, obróciła się w moją stronę i wyciągając torbę spytała; – Czy mogę przesunąć się bliżej Pana?- Nic nie odpowiedziałem, tylko kiwnąłem głową z aprobatą. Torebka wyładowała obok wózka z dziewczynką , Mamusia nie podnosząc się, przesunęła swoje ciało do mnie tak, że „kramik” poszerzył się o moje udo – Oj przepraszam! – Powiedziała, gdy tylko zorientowała się, że to jednak za blisko… – Nic nie szkodzi – Wymamrotałem – Mi to nie przeszkadza… Pani się uśmiechnęła, a na jej lekko różowych policzkach ( …chyba od słońca?) na moment pojawił się czerwony kolor… Chłopczyk trzymał swój soczek w rączkach i łapczywie pochłaniał każdy łyk… Ten widok, wzbudził także pragnienie i dziewczynki w wózku, bo zaczęła głośno protestować, domagając się także picia; – Piciu, piciu!…” Isia” pić!… Ów protest był na tyle donośny, że Blondynka znów odchylając książkę na bok, burknęła; – Czy „to” Dziecko musi tak wrzeszczeć!?… Tej uwagi matka dzieci już nie przemilczała; – Pani chyba nie wie, jak dzieci potrafią wrzeszczeć?… Taka odpowiedź, zbiła z tropu ( a bardziej z pantałyku)Blondynka nie zareagowała… Poprawiwszy książkę na udach, znów oddała się czytaniu. A tymczasem, gdy dwójka dzieci, gasiła pragnienie soczkiem ( …Bo Mamusia ulała troszkę soczku z butelki do kubeczka z dwoma uszkami i wręczyła go dziewczynce , mówiąc ;- Proszę, tu „Isia” ma „pić”..) Ona w tym czasie, otworzyła termos ( … I wokół zapachniało parzona kawą) i wlała do drugiego kubeczka.; – Ale zapachniało kawą – Wymknęło mi z ust to, co miało pozostać w myślach.. – Mogę Pana poczęstować – Odparła uśmiechając się… Nie wiem, czy Owa Mamusia była Krakowianką… Ale jak „centusiowi” Ktoś proponuje gorąca, parzoną kawę ( to nic, że z termosu)…Nigdy nie odmówi. – Z przyjemnością! – Odparłem. (Górna część termosu – zamykanie…choć powinno nazywać się „zakręcanie” służy przeważnie za kubeczek)… Przytrzymałem Ów kubeczek z termosu a Mamusia nalewając kawę, żartobliwie dodała; – Na kanapkę Pan reflektuje?.. – A nie, nie… Do kawy to bardziej jakieś ciasto?. – A wie Pan!?..Mam gdzieś w torebce. – Parsknęliśmy gromkim śmiechem ( mało kawy nie rozchlapałem)… W tym samym momencie, Blondynka energicznie zamykając książkę i wrzucając ( dosłownie wrzuciła!) ją do torebki, wstała na obie nogi… ; – Co za Ludzie!?… Nawet odpocząć nie można w spokoju! – I przekładając torebkę przez ramie odeszła stawiając krótkie, ale szybkie kroki swoimi długimi nogami… Zamurowało i Mnie ..I te uprzejmą Mamusię. Nie wydobyliśmy ani słowa z siebie. ale gdy tylko zdziwienie na twarzach, zeszło z Nas, jak powietrze z nadmuchanego balonika.. I popatrzyliśmy na siebie…Już nie utrzymałem stabilnie kubeczka z kawą, zanosząc się od śmiechu… Kawa jednak nie była wrząca… Gorąca i owszem.
Wystarczy… Wrażliwości człowiek uczy sie przez całe swoje życie…Składa cegiełkę po cegiełce, tworząc „dom uczuć”… Mieszkanie Duszy. Ale jak nie raz Tu pisałem, takie mury mogą z czasem zamienić się w więzienie… Odizolowany człowiek od Świata – ,Bo wszystko odbiera zbyt emocjonalnie… Wrażliwość przemienia się w „przewrażliwienie”…
Wystarczy już tej mojej wrażliwości… Niech każdy trzyma się swojej.- Dozując ją Sobie , w odpowiednim momencie i w odpowiednich ilościach
Wątpię, by Ktoś szedł po moich śladach… Są inne ciekawsze ścieżki , na których postawione są widoczne i czytelne znaki w którą stronę trzeba iść… Nikt nie będzie się spieszył, błądził nikt nie będzie i śladów szukać też nie… I tak zawsze Wszyscy dojdziemy w to samo miejsce!- Więc po co iść za Mną?… Każdemu dana „droga”. Można wybierać spośród wielu i iść, iść…
Wystarczy… Ja już i tak doszedłem daleko… Odpocznę, nim znów zacznę stawiać kroki. „Życia głód” już jakby syty?… Niech się w brzuszku uleży, niech przetrawi się – Krzepiąc Ducha.
Na rozstaju dróg siedzi wędrowiec, w którą stronę spoglądnie – każdą z nich poznał. W niejednym sercu gościł, znajdował tam miłość i gniew. I dobrzy ludzie dobrem go obdarowali, a źli mówili: – Idź sobie dalej! Więc szedł… Nie zostawał nigdzie na długo, wciąż tyle przed nim nieznanych rzeczy było i ta chęć ich poznania wciąż kusiła. … Co tam będzie, gdy dojdę za horyzont!?
Lecz gdy już poznał wszystko, wszędzie już był i wszystko widział… Na rozstaju dróg usiadł i się zadumał.
Nawet wtedy, gdy idziesz drogą uczuć donikąd, przychodzi czas, że stajesz przed drogi tej rozstajem i musisz dokonać wyboru: – Co dalej? Zdać się na ślepy los? Przeznaczeniu wyjść na spotkanie? Czy iść za drogowskazem ludzkich serc, tam gdzie cię kochają?
Jestem bardzo wrażliwym człowiekiem, choć zarzucają Mi, że mam serce z kamienia… Nie zwykłem wpraszać się tam, gdzie mnie nie chcą… (Lub, gdy mówią ; ” – Skoro jesteś wśród Nas… Masz być dokładnie jak My!”) – Dlatego świadomie wybieram samotność … Nie zwykłem udowadniać za wszelką cenę swoich racji..Narzucać je Innym – Bo choć mam pewność, co do ich słuszności, cóż mi po niej, skoro i tak nikt z niej nie korzysta!… Nie uważam się, za „mądrego” – Choć ludzie twierdzą, że bywam „przemądrzały „… Nie uważam się, za Kogoś ” wyjątkowego” – Choć posiadam wyjątkowe zdolności ( … Jak Każdy, jak Każdy!)… I w końcu, nie uważam, by moje zachowanie i postępowanie względem ludzi, w jakikolwiek sposób niewłaściwe i mogło wyrządzić komuś krzywdę – Choć nie zawsze postępuję i zachowuję się „godnie”.. Nie jestem typem zdobywcy, wojownika.- Choć zarzucają mi, że zniewalam ( …przeważnie głupotą)… Nie jestem typem „płaczka” , marudy – Choć uważają mnie za malkontenta………. – Taki jestem „prawdziwy”!… (Myśli „prawdziwe” – ironia).
Ta strona istnieje już dość długo. Każdy kto wczyta się w moje teksty i wpatrzył w obrazy z pewnością wyrabia sobie o Mnie swoje zdanie, „obraz Mnie” – Na ile prawdziwy?… – Na tyle, ile posiada w sobie wrażliwości i empatii – Te odnoszą się również, do innych aspektów mojego życia „towarzyskiego”… Nie mam zbyt wielu „przyjaciół”, zarówno w realnym , jak i wirtualnym Świecie… Pewno dla tego, że większość z czytający po lekturze utworów , zastanawia się '”Co autor miał na myśli?”. – Wiem, wiem!… Niezrozumienie nie świadczy źle o Nas, ale o Tym , Którego nie potrafimy zrozumieć!… ( auto ironia).
Do czego zmierzam? – Ano do tego, ze jest Mi zupełnie obojętne, jak mnie „widzicie” – Choć Każdy chce sie pokazać z jak najlepszej strony. Jest mi zupełnie obojętne, czy potraficie mnie zrozumieć czy nie? – Choć nie uważam się, za nazbyt skomplikowanego człowieka…
Czas nie ma znaczenia, to My chcemy coś zaznaczyć w czasie; – Moją obecność, Twoje istnienie… Nasze przemijanie. Jak tępym scyzorykiem na pniu drzewa, Ktoś wydłubał inicjały na korze .
Przetrwają lata.
Żywicznych soków litry się przeleją, obrosną w mchu balsam.
… Przetrwają lata nim się zabliźnią. Przetrwają lata nim znikną…
Nie chcę oszpecać pnia czasu. … Mało w nim już wyryte? Wygląda jak totem – ” To My Ludzie”. … A „wilkiem”, Człowiek na Człowieka patrzy.
Mój Czas nie ma znaczenia. Przemija w chórze , podobnych twarzy. … To dla solistów są oklaski!
Dawno nic nie pisałem „od siebie”…Bez metafor, koronek i rymów… Dziś obudziło mnie piękne słońce za oknem… Wieczorem zapomniałem zaciągnąć zasłony w sypialni której okna wychodzą na wschód a dodając do tego drobny szczegół ; „Zmiana czasu” ( Choć czas jest niezmienny w swoim przemijaniu)…Jak w każdy Niedzielny poranek, zamiast wylegiwać się w łóżku – Wstałem pełen energii na „lepsze”!.
Wokół szaleje pandemia. Zakazy, nakazy, obostrzenia… Szarymi myślami ścielą się dni. Więcej w Nas trwogi niż pogody ducha…No to pomyślałem, że Wam trochę pozbieram ( nazbieram) tej swojej lepszej „energii”…I dam!
Choć czarno-białe rysunku barwy, kolorem kładą się w wyobraźni, choć pozbawione detali, każdą kreską przemawiają…
Wpatrz się w moje słowa! W obraz mojego jestestwa, prowadzony cienką czarną linią. …Bez wrażliwości nie odczytasz go.
Uczuć bohomazy… I cóż z tego, że na pozór banalne są? I tak maluję szeptem. Jeżeli chcesz usłyszeć, wsłuchaj się…
A Ty stoisz, jak na targowisku, pośród tłumów i wrzawy. Między kramami, w których sprzedają jelenie na rykowisku.
***
Już słychać Wiosny oddech…Zapach Ziemi wpełzł przez uchylone okno do sypialni, a za nim ćwierkanie gromadki Wróbli, co nad oknem mają gniazdo… Poranek we własnym łóżku. Jeszcze resztki snu wyciskam, tuląc się do poduszki. Obejmując ją czule, nie chcę jeszcze oczu otworzyć… Miłe, błogie chwile.
Między snem, a jawą. Tam, gdzie wszystko jest bez znaczenia. Myśli żyją sennym widziadłem, a rzeczywistość jest tylko ich cieniem… – Jeszcze chwileczkę! Nim znów z poranną kawą, problemy życia, wypełnią dzień.
***
Zima, co już tylko po szczytach gór jeszcze trwała, dziś zeszła białymi płatkami śniegu… Kwiecień przeplata dni, wiosenna euforia, rodzące się życie i długiej Zimy, apatii chwil… Splot za splotem, powstaje koszyk, w którym raz mi wesoło i radośnie, a za chwileczkę smutno mi. Wiosna i Lato i Zima, Zima i Wiosna i Lato… Ech! zaplecione to wszystko, a ja tak chciałbym pogodnych dni.
***
Resztki smutku topnieją, jak cynowa śniegu powłoka. Małe wysepki radości, z zielenią trawy na morzu bieli… Wiosna w duszy! Choć wokół jeszcze Zima, chłodne poranki i noce. Myśli już wystawiają buzię do słońca. Już wyobraźni oczyma widzisz, Majowe łąki…
***
Głęboki oddech Ziemi… Pęka zmurszała powłoka śniegu, co uciskała jak gorset. Rozpadła się zimy zbroja, uwalniając wiosny bezbronne, nagie ciało, a ono teraz łasi sie do Słońca. Ciepło chłonie całą powierzchnią, by resztki białych łat pokryć trawy zielenią… Uwolniona, radosna tak, barwą kwiatów przyozdabia się. Uśmiechem jej każdy piękny dzień, łzą szczęścia… ciepły majowy deszcz.
***
Już słońce jak wierny psiak Liże promykami twoją twarz No wstań… Proszę, Uśmiechu dzień Ci przynoszę Radości pogodę I jedną białą chmurkę, malutką Ot tak… Gdyby smutku nadszedł czas Więc wstań! Ze Słońcem zacznij dzień Tak twarzą w twarz
***
Jeszcze marzenia uniosą mnie w górę, dam nura w błękit nieba. Słoneczne zajączki promyków, na roześmianą twoją buzię ześlę. I pogilgotam Cię białym piórkiem, z mojego skrzydła. Zakręcę beczkę i korkociąg, dwa salta i piruet. I wyląduję tuż przed tobą i dając Ci pocałunek, powiem: – Masz! Ot tak na szczęście. i chodź… Nieba wystarczy dla wszystkich.