

Ci którzy idąc po Twoich śladach, nie nadążają za Tobą, twierdzą żeś zbłądził.



Niczym magik z pustego kapelusza- On wywlekał z dna rozumu słowa… I chciał nimi oczarować.
Obciekające usta słowami bez znaczenia – Im wargi nie spękają, czerwono-krwiste zostaną…Nie odciskając plam na białych kołnierzykach…Bo kto by, chciał takich pocałunków , co nic nie wyrażają – nie pieszczą zmysłów”.
Gesty, które zakreślają tylko pozorów okrąg – Tworząc w ten sposób pole ochronne przed prawdą, która mogła by się przebić wewnątrz… Bo kto by, chciał pokładać wiarę w fałszywe uczucia – nie pielęgnują miłości.
Wyobraźnia, co widzi tylko Tu i Teraz – Ślepa na przeszłość i przyszłość. Spogląda tylko na twoje „Ja”… Bo kto by chciał opierać na niej swoje życie – na oślep idzie.
… I powiedz proszę, że wart jesteś kochania. Że „Nic z tych rzeczy..”. Zaprzecz!. Wtedy pójdę z tobą przez życie, drogą długą i trudną – Razem do wspólnego szczęścia.

Co z oczu to z serca.
Wiec znów pora się schować.
W kochających mnie – wzbudzić tęsknotę.
W tych, co nienawidzą – Im przyda się spokój.
… I tak kiedyś przecież wrócę.
Dla Jednych nadzieja szczęśliwą,
dla Drugich nadzieją płonną.
Co z oczu to z serca.
Przepraszam za udrękę.
Bo ból kochania i nie kochania – Jednako boli,
tak samo kłuje,
kolec w bukiecie róż,
co cierni pnącze.
Co z oczu to z serca.
Odpocząć od siebie czas
– Czas się na chwilkę zapomnieć.
By potem kochający mogli powiedzieć
z uśmiechem na ustach;
– Jak dobrze, że jesteś…
– A nie kochający , zakrzyknąć
z gniewem;
– I znowu tu jesteś!?

Noc.
Rozlewając się czernią jak kałamarnica,
pochwyciła mnie w swoje macki.
Objęła mnie.
Poczułem jej dotyk, zapach smak…
Mrok okazał się być pełen barw.
… Nie, nie jaskrawych , krzyczących – Bierz mnie!
– Jak bierze się dzień…
Pigmenty nocy, są w tonacji
ciszy z poświatą spokoju.
Zaczęły wyłaniać się wokół.
– Im dłużej stałem w ciemnościach,
tym mocniej, więcej – wdzierały się w moje doznania.
… Jak w transie – zahipnotyzowany.
Stoję tak – Ja ofiara Nocy.
… A coraz bliższy poranek!

… Niedługo „walentynki” .Jakoś nie mogę przekonać się do tego „święta”… Bo przecież w tradycji mamy „swoje”… Z drugiej strony jednak, to dobrze, bo im więcej dni w których jest powód, do wyznawania sobie miłości, tym lepiej dla nas!… Nie, nie. Nie będzie „kolejnego” wiersza z tej okazji…Choć!? – Zresztą wystarczy przeczytać co naskrobałem.
To było późnym Latem. Na Krakowskich Plantach Ogrodu przy Grodku… Lubiłem tamtędy spacerować późnym popołudniem… Samotnia dla Tych, co pragną od zgiełku odskoku. Ona siedziała na kamiennej ławeczce pod obrośniętym Bluszczem – kamiennym murem… Miała kruczo czarne , długie włosy . Ubrana w długą czarną suknię … I bladą karnację skóry – Kontrastem dla sukni były… W tych białych dłoniach, ściskała bukiet zwiędniętych Róż… Musiały być dla niej ciężarem, bo ręce opadłe z sił ,spoczęły na udach, schowanych pod czarnym aksamitem… Wiązanka kwiatów płonęła czerwonym ogniem ich blasku – Ale czy ogrzał jej myśli?… Spalała się z każdą chwilą. Siedziała wpatrzona w „nicość”, jakby w niej czegoś szukała – Obrazu minionej chwili, która wyglądać inaczej miała?… Czy może wpatrywała się w rzeczywistość zdarzeń – Czy to aby na pewno realia?. Usiadłem nieco z boku i tak z pewnością wtedy nie widziała Mnie, ludzi…Świata wokół. Bezwładne ręce ledwo obejmowały pęk róż, co płatkiem po płatku opadały „plamiąc” strój – Na rozwartych udach nóg. Raz po raz, pod okiem błysnęła łza, lecz szybko znikała… Znam te łzy! To żal… Te łzy nie podleją zwiędłego bukietu Róż – To od niego?… Czy zabić miały jakąś tęsknotę, lecz tęsknota okazała się silniejsza?… Czy to obraz po zawiedzionej miłości… Zawiedzionej nadziei?.
Nie podszedłem, nie spytałem – Nie miałem śmiałości!. Ona wyglądała jakby się czas dla niej zatrzymał… Cofną w wspomnienia a ona kartkę po kartce czytała każdą z tych minionych chwil, czy aby na pewno, dobrze zrozumiała to co się wydarzyło?. Nie miałem odwagi budzić jej z letargu… W Rozpamiętywanym Świecie jest się sam na sam – Tak jest lepiej…. Więc odszedłem, nie odwracając się za siebie.

Wypowiedziane z głębi duszy;
– Prosto z serca – Kocham!
– Wybacz.
– Przepraszam.
– Nigdy już więcej…
Zaklęte w rękach co obejmując ;
Tulą. Pieszczą.
… Prowadzą
W prostych słowach i gestach.
Bez upiększeń – Biednie.
Minimalizm .
… A dać potrafi więcej,
niż opasłe tomy ksiąg.
instrukcji ; ” Jak podarować szczęście”.
Bez euforii.
Bez fanfar, huku petard
i ferii barw fajerwerków.
W czarno-białej rzeczywistości,
niczym nie ubarwionej…
W jednym spojrzeniu,
w kompletnej ciszy – Milczeniu.
… Nie trzeba nic więcej!

Zarysowane szczelinami absurdów
ściany codzienności.
W krąg cię otacza
spękany obraz rzeczywistości.
Niepewnie stawiasz w niej każdy krok.
Trudno tak w coraz ciemniejszą przyszłość iść.
… Bo „Oni ” zamiast światła,
co jak latarni blask wskazuje drogę.
Zsyłają mrok, kłody rzucając pod nogi.
Mówiąc;
-W imię twojego lepszego jutra,
dziś przełknij garść gorzkich trosk...
Ty jednak trwaj, na przekór im.
… Niech białej flagi nie zawiesi nikt.
Żyw się radością z każdej chwili „normalności”.
Spijaj uśmiechy z pogodnych twarzy.
… I nie przestawaj marzyć!

Lubię.
Lubię jak się czas dłuży….A tykanie zegara brzmi jak kapiąca woda z kranu, trzy razy w myślach obejrzę jej „pęcznienie” nim się na dnie umywalki rozbryzga…
Lubię ciszy echo, jak zatyka uszy a potem szum i tętnienie krwi – słuchać.
..Jak końskie kopyta; – Tam, tam, ta ram – Pognały gdzieś w dal.
Lubię pustkę wypełnioną mgłą, bez początku bez końca… Niby jasność ją tworzy a jednak mrokiem dla oczu.
Lubię samotność – Tę przez chwil kilka.
W której nikt , nic ode-mnie nie oczekuje i niczego nie chce.
Lubię poezję… W słowach i w gestach,
rzeczach, przedmiotach i w duszy- lubię jak pieści moje sece
***
Lubię wiatr.
Osiodłać wiatr i gnać na nim, gnać!
W dal…
Tam, gdzie zielone łąki.
Tam, gdzie lasów zmierzwione czupryny.
Jednym skokiem przeskoczyć góry,
obłoków tnąc strukturę.
Wzbić się wysoko ponad morzami,
nad błękitną ich krainą.
Zobaczyć świat, a potem…
Choćby w skrzydłach Wiatraków zginąć!
Lub wyjąc rozpłynąć się w koronie drzew.
– … Warto było!
***
Lubię…
Jak ołówek,
pomiędzy trzema palcami,
co pieszczą jego wiotką kibić,
zatacza koła, zygzaki…
Czasem piruet mu się zdarzy.
…Tańcząc po białej tafli papieru
– ledwo podąża za ręką,
chrobocąc ,
zostawia grafitowy ślad;
Taniec pamięci, wyobraźni, myśli
– zamknięty w dwu wymiarach.

Gdy wszyscy już daleko z przodu.
Nie pora, miejsce i czas,
by przystanąć – Powiesz,
i pognasz nie oglądając się za siebie.
… Ile już dni zapomniałeś?.
Minęły szybko w pędzie.
Nie ważne to, co było?.
A ważne to, co będzie?
Wciąż nowych miejsc szukasz.
Jak maratończyk, biegniesz wciąż
długi dystans…
Ludzi Inne chcesz poznać twarze.
Nowe wyzwania.
Cele nowe.
… I marzeń lista, nie do zapamiętania!
Odkrywco.
Nim, już Mi znikniesz, gdzieś za horyzontem.
Łapiąc obiema rękoma „ nowe”.
Przystań na chwilę, zapamiętując miejsce.
… Okrążysz Ziemię i co potem?.

Są jacyś inni…
W kolorowej rzeczywistości .
Tylko dwa kolory dominują;
– To dobre a to złe- To czarne a to białe.
Kłamstwo odpychać.
Prawdę przygarniać
… Nie było nic „pomiędzy”.
Ona;
– Czułość tuliła w objęciach miłości.
Czułość mrowiła jej karcącą rękę.
… To dobre a to złe – Czego chcieć więcej?
Ono;
Choć świat je kusił tysiącem barw.
To jednak matki piękniejsze, jej czarno-białe serce…
Niech trwają tak, w liche kolory przyodziani.
W prostocie uczuć.
Skromności serc.
Niech trwają tak „niewymalowani”