Nie za wysoko…

… Zbyt blisko Słońca – Za wysoko.

Jeśli już unosić sie ponad Ziemią,

to tak , by ktoś

zadzierając głowę do góry mógł mnie

dosięgnąć wzrokiem…

Fakt , że jestem widoczny,

utrwala mnie w przekonaniu,

że nie jestem sam…

– Choć nikt nie patrzy w niebo -…  Ale może?

***

Zbyt blisko Słońca, ginę,

rozpływam się – Zniknę  w  blasku,

co topią skrzydeł moc.

Kto zauważy jak spadam?

Człowiek stąpając po ziemi,

pod nogi patrzy…

Patrzę.

Kładąc się do łóżka,
zamykam oczy, 
wrota do rzeczywistości.
Zostawiam za nimi realny świat.
Nie chcę widzieć zła, cierpienia i bólu
Dłońmi obejmując głowę,
by nie widzieć i słyszeć,

 podłości, bluźnierstw, upokorzeń.

… Lecz wciąż obrazy życia,
świecą w pamięci jasno tak…
I słowa złe nie zamilkły,
złowieszczo szemrają w sumieniu,
nie dając spać…

O, dobry Boże! Panie mój..
Ześlij mi błogi sen.
… Nie karz mnie za to,
że patrzę na świat,
szeroko otwartymi oczami.

Dialog

Rozmazany obraz intencji.

Gra pozorów, manipulacja.

Człowiek – Człowiekowi pogardą trąci.

Jeśli już coś powie – To mąci.

… , Bo sobie obcy ludzie, jeszcze  rozmawiają.

Wymiana słów, uśmiechów wymiana,

 z wymalowaną na twarzy uprzejmością.

… A wewnątrz kolokwializm, kształtuje godność,

stek wyzwisk i wulgaryzm;

– Szanowny Pan jakby słaby!?…O przykro mi,

Proszę Pana… – A w głowie myśl  tańczy opętana;

– A obyś zdechł „dziadu”!

…I jeszcze silą się na komplementy;

– Pani dziś pięknie wygląda – Wypowie,

choć  język drętwo staje w gardle;

– …Żeś się wymalowała stara flądro!?

***

Na pokaz elokwentni , godni, usłużni .

Pełni szacunku i zrozumienia.

Szczerości wymazani farbą.

Opakowanie zdobi czerwona wstążka

zakończona kokardą.

– A w środku nic – Próżni!.

Nie szukają tego co łączy,

lecz tego co ich różni…

Na progu…

Majowy marazm zieloności,

już się wypełnił obfitością,

barwnych kwiatów…

Trawy  pokryte już kosmykami  źdźbeł ,

patrzą żniwiarzy.

…A dzień długi, długi

– , Że Słońce zmęczone na końcu podróży.

Na progu Lata w uchylonych szeroko drzwiach  – stanąłem .

Jeszcze krok, dwa…  I znów czas beztroskich chwil.

Ciężar Życia, odłożę w cień upalnych dni.

… W  lekkości szczęścia, będę tkwił.

To nic, że dni w swym przemijaniu

w coraz większym pędzie tańczą

 i  Lata już policzony czas.

… To nic.

***

Czas jak źdźbła rzucane na wiatr,

odlecą wprawdzie…

Lecz wyrosną  z nich

nowe pędy – Wspomnień Czar…

…Obraz.

Obraz stworzony z marzeń i oczekiwań.

Z ognia i wody, żelaza i szkła.

Czerni i bieli….I całej palety barw.

Zamknięty w przestrzeni pomiędzy niebem a ziemią.

Tkwi w czułym objęciu.

Melancholii.

…Tęsknocie.

Wypowiadany szeptem.

Wykrzyczany w głuchej ciszy.

Uwiązany w milczeniu.

Zaplatany w rozmowach bez końca.

W oddechu, pragnieniu.

…W sercu.

W pogodzie i nie pogodzie.

Na dobre i złe.

Na teraz i potem…

Na jedną chwilę i na wieczność…

…Chwila na spokój.

W blasku pełni Księżyca,

gdy sny wychodzą z głębin,

Poławiacze Snów, rozrzucają swe sieci…

Nieprzespanych nocy – sztormy.

Uczuć –  spienionych fale.

Wtedy sennych miraży drapieżne koszmary

delikatnych sieci sploty rwą.

 – Nie dla nich one!

… Im potrzebna jest „błogość”

Ciszy toń nie zmącona emocją.

Wtedy sny się nie boją,

śnią się…Śnią i mnożą.

***

Obfitości imaginacji, pękła sieć;

– Ależ miałem Kochanie dziś sen!

– O czym?

– O wszystkim!… By go opowiedzieć  za krótki jest dzień.

***

W blasku Słońca promieni.

gdy sny  schowane gdzieś

 na samym dnie pamięci,

Poławiacze Snów

wiążą „niewodu” oczka…

Teraz…

Młodość piękna i śliczna

z matematycznie zaplanowaną przyszłością.

Geometryczny ciąg zdarzeń, aż do starości…

 – Nowe pokolenie Człowieka!

…Byle  dalej dobiec i pierwszy.

Dla nich laury zwycięstwa, podziw

i gratyfikacja pieniężna…

To co Jest – Jest najważniejsze!

Nie ma „być może”

 i nie ma „Czas pokarze”

… Liczą sie tylko zwycięzcy,

bo z przegranymi nie chodzi się w parze.

***

Starość,  to zbyt dalekie wyobrażenie.

 – Młodość wszak przecież ma skrzydła.

Więc fruną pod słońcem wysoko.

… Kogo obchodzi , kto to był ” Ikar”?…

W objęciach rozpaczy…

Spacerowałem Parkowymi Alejkami w piękny , ciepły czerwcowy dzień… W środku tygodnia nigdy nie ma tłoku … Realia życia, skutecznie eliminują chęć leniwych, bez celu spacerów po parku… A, że żyję przeważnie w odcięciu od realiów, no to nic nie stało na przeszkodzie…Więc powoli „sunąłem” alejką, wzdłuż której co jakiś czas pojawiała się ławeczka. Na tych ławeczkach czasem  napotykałem ludzi – No bo do tego celu je  poustawiano, aby sobie „klapnąć” pośród zieleni i spokoju… Owszem trafiały się i „samotne” , tkwiły w półcieniu czekając na przygodnego „siadacza”… Kilka razy, ulegałem pokusie, by sobie usiąść, ale jakoś tak!?… Co to za przyjemność siedzieć samemu w parku jak wokół  tylu „ciekawych” ludzi. W połowie alejki z daleka zauważyłem na jednej z ławeczek – Panią a wokół niej porozrzucane  w nieładzie kartki. Siedziała oparta o szczeble, z podkulonymi nogami a na których o uda opierała rysunkowy blok… W miarę jak podchodziłem bliżej, coraz wyraźniej było widać jej postać.  Na moment słonce oparło się na jej lekko pochylonej nad rysunkiem, twarzy. I właśnie wtedy zobaczyłem że płacze… –  Oczywiście, że usiadłem obok! Owszem nim  się przysiadłem, uprzejmie spytałem ( mniej uprzejmie pokazując palcem gdzie chcę usiąść);

 – Czy to miejsce jest wolne?

–  Tak „woly” – Odpowiedziała „łamaną” polszczyzną. Przesuwając rozsypane kartki bliżej siebie.

Usiadłem po jej prawej stronie, na kraiku ławeczki, bo bliżej niej po obu stronach miejsce zajmowały owe kartki… Rzuciłem okiem na te bliżej mnie. Na jednej z nich leżącej  wzdłuż szczebelków zauważyłem  coś na kształt ludzkiej postaci… Rysowała  chaotyczną „kreską”.  Z wpadających na siebie linii i przenikające się wzajemnie. powstawała postać, lecz z jakiegoś powodu nie została dokończona. A na drugiej kartce, tej w poprzek, postać była prawie ukończona; – Miała kobiece kształty, jej dłonie jakby obejmował, tuliły wpół jej własne ciało… Autorka rysunku popatrzyła na mnie;

– Nie udane… „ja ne możu”   tego, co chce – Powiedziała

… Jakby się tłumacząc. Wkładając ołówek w usta, ręką sięgnęła po paczkę chusteczek… Gdy już  wytarła policzki i nos, a zmięta chusteczka wylądowała obok w koszu, dodała;

– ” pahano” ze mnie „kreśliar”… Kiepski – Poprawiła się… (  I tu, dla lepszego zrozumienia czytających tę historię, zrezygnuję z tłumaczenia  „Ukraińskiego na Nasze”. Będę pisał Polskie słowa, w miejscu gdzie moja rozmówczyni mówiła po Ukraińsku z jednym wyjątkiem, który za chwilę…)

– Nie, nie jest źle – Odpowiedziałem bardzo szczerze… Nie mogła wiedzieć przecież, że ” jako- takie” pojecie o rysowaniu mam;

– Bardzo „ładnie” Pani rysuje – Dodałem. Bo po tych paru zagmatwanych kreskach,  które zdążyłem zauważyć,  od razu widać było, że kobieta ma dar, talent i wprawną rękę.

– Oj Pan – Westchnęła.

– To nie ma być „pryjemno” – Dodała i znów, chciała sprostować słowo „pryemno”. Ale jej przerwałem;

– Nie miało być ładne?

– Tak… Znaczy ładne, ale nie, że  „Piękny”… Ja chciałam narysować jak mnie boli „To wszystko”…

– Nie bardzo chyba zrozumiałem – Odparłem, lecz domyślałem się, że chciała oddać rysunkiem  to wszystko, co ją „bolało”, ale nie potrafiła tego bólu pokazać…

– Ja z Ukrainy, proszę Pana- Zaczęła mówić, jakby sam fakt tego skąd jest, już sam w sobie tłumaczył wszystko inne.

– O. moja rodzina pochodzi „stamtąd” – Rzuciłem, bardziej na podtrzymanie rozmowy, niż udzielając informacji…

– To Pan Ukrainiec? – Zaczęła dociekać.

– Nie. nie – Uśmiechnąłem się.

– Babcia i Dziadek z stamtąd pochodzą, po wojnie ich przesiedlili…Polakami byli – Sprostowałem.

– O !?… Znaczy skąd Oni?

– Mariampol –  Odpowiedziałem.

Mariupol!? – Spytała z niedowierzaniem.

– Nie, nie! . Mar- iam -pol – Przesylabizowałem niezręcznie.

– To gdzieś koło Iwanofrankowska…  Rejon halicki – Uściśliłem.

– A to ja nie wiem… Nie kojarzę. – Odpowiedziała poruszając ramionami.

– Bo ja to właśnie  z  Mariupola… No ale nie z „miasta”, mąż prowadził gospodarstwo a ja mu pomagałam – Nieco przytłumionym głosem odparła i zaraz w oczach na powrót pokazały się łzy.

– Ja Tu u znajomych… Przyjechałam dwa tygodnie temu… Oni tu po „Majdanie” zostali pracować – Zaczęła opowiadać;

– „Tam”  miesiąc temu pochowałam męża i syna… Na podwórku u sąsiadów… Jak spadły bomby, akurat byłam na ogrodzie… A one w sam środek domu spadły… Mąż  poszedł tylko spakować synowi ciepły sweter, żeby nie zmarzł  w okopach…  Syn pobiegł za nim… Weszli  i już nie wyszli – łzy  na jej policzkach rozmazała ubrudzoną ręką grafitem i patrząc na mnie, uśmiechnęła się przez te łzy;

– Pewno teraz się ubrudziłam? – I odruchowo sięgnęła znów po chusteczki.

 –  Ja ukończyłam Odeską Szkołę Artystyczną… Jeszcze za czasów ZSRR. Tatuś był Rosjaninem….Mama była z Odessy… Oboje umarli dawno temu… Ja zaraz po ślubie, przeprowadziłam się do Mariupola –  Za mężem poszłam. W 2001 roku urodził nam się syn…Tyle lat minęło!?… – Zamilkła obcierając grafit zmieszany z łzami.

– Zawsze uwielbiałam rysować…Kiedy tylko miałam wolną chwilę i czas… Marko – mąż,  śmiał się ze mnie, że lepiej maluje niż gotuje obiady… Ile ja namalowałam jego portretów!?… Zostały Tam   z nim.. – I znów łzy w jej oczach…

–  Stiepa – syn mój, też pięknie malował… Zaczął studiować Architekturę w Odessie – Rozpłakała się, zasłaniając twarz rękami. Poczułem się nieswojo. Nie wiedziałem jak  się zachować, zareagować, zdobyłem sie tylko na ciche ;

– Oj współczuję Pani bardzo.

– Dziękuję – Odparła przełykając łzy i obcierając kolejną chusteczką twarz…

  • Jak tu, do Polski przyjechałam, dali mi wszystko… Mam co jeść i gdzie spać… I mam za dużo wolnych chwil na myślenie, wspominanie i płacz. – Zamilkła na chwilkę.

– Pomyślałam , że muszę wywalić z siebie cały ten ból… I tę niesprawiedliwość.. A tylko tak potrafię – Ołówkiem…I chciałam to narysować… Zwłaszcza ten ból bezradności… Te złość!… Wiec siedzę sobie tu i próbuję, pokazać to co we mnie tkwi…

Siedziałem tam jeszcze chwilę razem z nią… Chwile jeszcze rozmawialiśmy o Niej… Ma 57 la. Nie ma domu, rodziny….Nie ma „nic”… Już łzy na jej policzkach się nie pokazywały. A jej uwaga, coraz częściej zaczynała sie skupiać na tym co chciała narysować, mniej na temacie rozmowy ze mną. Doszedłem do wniosku, że nie powinienem jej rozpraszać. Podziękowałem za rozmowę i udając, że dokądś mi spieszno – Odszedłem. Jak tylko wróciłem do domu, wygrzebałem z szuflady zapomniany rysunek… Jakoś  Mi  nie przypadł do gustu…Uznałem, że jest zbyt „mroczny” i brzydki… Ciekawe co Ona powiedziałaby widząc go?..

… Odbicia

Witaj w   „Gabinecie krzywych zwierciadeł”

2022.06.03!…

 Wykrzywił je czas, te lustra …

Wciąż zmiana za zmianą!

Już wypaczył prawdziwy obraz odbicia, tego

przed  którym codziennie stają,

 dopatrując się sumienia zmarszczki.

… Lecz  tam Panie – Pustka!

W zwichrowanych odbiciach, trudno poznać prawdę.

Krzywe charaktery, zamiary krzywe.

… Choć intencje proste; – Wszystko ma być z zyskiem!

***

Zapomnieli już, jak wygląda „Człowiek”…Po łacinie coś na „H”

… A potem coś o zwierzęciu – Tak to szło!?

Ale zwierze rozumu nie ma…Bydle  Panie i tyle!

My od Boga się wzięli, choć  Teorie Ewolucji , znamy…

Pokładając w Bogu nadzieję

 z wiarą w siebie podążamy.

… Krzywa rzeczywistość, 

pełna prostych prawd…

Lecz Kto by uwierzył w prostotę,

 skoro zwichrowany Ten Świat.

Bez wiary.

….Tu miał być rysunek  białej postaci na tle czarnego tłumu ludzi… Stoją wszyscy na krawędzi lustra wody, wpatrując się w jej odbicie… Lecz w niej, odbija się tylko samotna biała postać, na tle równie białej „pustki”… – Ale nic nie będzie.

Boję się i unikam  ludzi, którzy w nic nie wierzą a swoje życie opierają tylko na własnych doświadczeniach… Brak  w ich działaniu „tkliwości” i bojaźliwości, zamiast niej jest wyrachowana kalkulacja „zysków i strat” – Nazywam ich „Arytmetykami”… Nie twierdzę, że są pozbawieni współczucia, lecz nie wynika ono z głębi  emocji a z ” wymuszonej empatii”…  Czyli np.  Nie stawiamy  się w sytuacji tych, którym współczujemy; ” Coś strasznego, gdyby przydarzyło się to Mi” , lecz w  wyrażaniu żalu. że –  ” Jaka szkoda, że Was to spotkało”… Wymuszona empatia zdrowego rozsądku; „Pokrzywdzonym należy współczuć”. .. Nie twierdzę, że Arytmetycy pozbawieni są marzeń, lecz opierają je na podstawach realnych doświadczeń nie przypadkach losu…  Arytmetyk nigdy nie będzie miał nierealnego, nieosiągalnego marzenia, bo  znajduje się poza zasięgiem jego możliwości wyobraźni… A tylko niczym nie ograniczona i pozbawiona  realności  wyobraźnia , kształtuje świata  i człowieka. Nie twierdzę, że Arytmetycy pozbawieni są wrażliwości, lecz  traktowana i odbierana jest  przez nich jako „słabość” – Ułomność rozumu. Arytmetycy twierdzą , że najlepsza nauka życia, to nauka na  własnych błędach… Dlatego pozytywne świadectwo ukończenia egzaminu życia, wydawane im jest w chwili ich śmierci… I nie zawsze „celująco”. Arytmetycy zawsze starają się wszystko jak najlepiej przewidzieć… Dlatego  tworzą zapis przeszłości, żeby mieć pewność , że „Tak już było…” – Pozbawiając się złudzeń,  chcą stać się „idealni”.

Dlaczego  boję się Arytmetyków? – Bo pozbawieni są „przypadkowości” a  ich emocje uwalniane są tylko w konkretnym celu, bo ich działanie opiera się tylko na egzystencji ciała; – Rozum musi posiadać opakowanie… Boję się ich ” niezrozumienia”  tego, że życie to doczesne  – tu i teraz, jest tylko początkiem czegoś bliżej nieokreślonego, co trwa wiecznie!… Boję się, że obcując z nimi , utracę zdolność  wiary… Wiary w cokolwiek!.

Odrzucajmy… Negujmy wszystko co nienamacalne, pozbawione  materii i formy, struktury i zapachu…  Nie przyjmujmy za fakt , że coś takiego może istnieć… I może mieć na nas jakikolwiek wpływ… Przestańmy zadawać odwieczne pytanie „Skąd przybywamy i dokąd idziemy?”…  Skupmy się jedynie na egzystencji… Na jedzeniu i wydalaniu… Przecież stąd czerpiemy siłę i wolę życia?. ( przekora).

***

Nie wierzył w przypadki i siłę wyższą.

Zdawało mu sie, że sam kształtuje swoje przeznaczenie.

Trzy razy obrócił monetę pomiędzy palcami,

stojąc nad fontanną szczęścia.

Poczym nie rzucił jej w toń, bryzgającej piany.

… Ani pod nogi, sprawdzając czy „orzeł” czy „reszka”

 – nie zdał się na przypadek.

…Do kieszeni schował;

– Podwoję jej wartość a potem pomnożę.

Będzie zabezpieczeniem na przyszłość,

niż ślepy niepewności los…

Lecz oto dnia któregoś, ów los i tak się wyrwał

przed   szereg.

… Autobus go potrącił śmiertelnie.

..Nie wierzył w przypadki i siłę wyższą .

Nie wierzył w inne poza ziemskim istnieniem…

A mimo to, ktoś na grobowcu napisał;

” I niech Ci dobrze będzie , tam w niebie”

Ot, ludzka zapobiegliwość!